Strona:Władysław Orkan - Nowele.djvu/31

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


o instrument trąci... Nie dziw, że parę razy „Marcyś!“ z chrapaniem wydarło się młynarzowi; „kontrak!“ krzyknął wójt we śnie.
— „Na moją dusyckę!“... — kończył polowy przez sen, zapewne siłą przyzwyczajenia...

Ranek był we wsi... Słonko świeżym uśmiechem „obzierało“ się po szczytach gór i powoli, niedostrzeżenie skradało się promieniami do jarów i dolin, chcąc w najskrytszych zakątkach jestestwom przynieść światłem przebłysk tego szczęścia, którego pragną, za którem tęsknią, a nigdy całego posiąść nie mogą... Dziwna tęsknota za tem, czego niema... Jestestwa naszej ziemi dążą do życia jestestw innych światów, a tamte naodwrót ku nam zwracają tęskne oczy... Słonko zaś jest jakby pośrednikiem tych ziem, lawirujących nawzajem ku sobie... Do słońca ciągną wszystkie istności... Nie dziw, że nie mają całego szczęścia, gdyż ono musi dzielić światłem wszystkich... Gdyby na jedną tylko ziemię spadło całe światło-szczęście, ustałby byt... Jednych spaliłyby promienie, drugich zamroziła noc.
Więc... ranek był we wsi. Ludzie wyłazili z chałup, „obzierali się“ twarzą do słonka, dziękując mu za jasność, która im nadzieją uwieńczenia