Strona:Władysław Orkan - Nowele.djvu/38

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


nacharowała!... Tyś sie wypróżnował w Hameryce... Teroz na ciebie kolej!...
Młynarz nie odpowiedział na niesłuszny zarzut. Patrzył się jeno w oczy Marcysi, jak dawniej... Poweselał, przywołał dzieci, gwarzył z niemi...
— No, wszystko dobrze... — odezwała się stara. — Ty, Marcinie, nie wierz ludziom, ba żonie! U mnie mocie mieszkanie. Jak zarobisz, to i o mnie nie zapomnisz...
— Dziękuję, ciotko... — Młynarz pocałował ją w kościstą rękę.
Marcysia przeszła do komórki.
— Kaspra nie widać — rzekła głośno ciotka. — Skoczno, Michaś, po wódkę! — Dała chłopcu centy, flaszkę. — Przynieś taką, jaką ci codzień daje... Ino pełno przynieś! — upominała.
— Dobze ciotko — „wyseplenił“ chłopczyk i poskoczył żywo.
Młynarz pomyślał: „Źle dziecko przyzwycajać!“ ale się nie odezwał głośno.
W chwilę, gdy chłopczyk przybiegł z wódką, harmonja zapanowała w kółku, jakby nigdy nic...
Marcysia śmiała się „po swojemu“, młynarz opowiadał o „Hameryce“, ciotka kabałę ciągła na przyszłość, i mimo złej wróżby, którą monotonnym, nosowym głosem wygłaszała, żadne na to nie zwracało uwagi... Podchmieleni, weseli, zjedli wieczerzę i poszli spać...