Strona:Władysław Orkan - Nowele.djvu/42

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


śpi... Stara pomruczała do siebie — chciała coś gadać do młynarza, wreszcie machnąwszy ręką, wyszła do komórki.
Nareszcie po długim czasie młynarz przetarł oczy, wstał, wstrząsnął się, jakby się chciał opędzać dręczącym myślom... Popatrzał na dzieci.
— Gdzie ciotka?... — spytał.
— W komorze... — ozwały się cicho.
Wszedł do komórki; niedługo zabawił — wracając, cicho przymknął drzwi za sobą, ucałował dzieci — jedno i drugie — i prędko wyszedł... W twarzy jego można było czytać jakieś silne postanowienie, dyktowane rozpaczą...
Dzieci popatrzały na siebie, na drzwi — i naraz wybuchły szczerym, bolesnym płaczem.
— Gdzie posed tato? — spytała w płaczu dziewczynka.
— Nie wiem... — odpowiedział chłopczyk i obydwoje załkali jeszcze głośniej.
Zbudzona ich krzykiem — stara wyszła z komory.
— Czego krzyczycie, knoty?...
W odpowiedzi jeszcze głośniej się rozpłakały. Stara podeszła do stołu — wysypała na stół talarki...
— Gdzież ojciec?...
— Posed... — odpowiedział chłopczyk, zanosząc się od płaczu.
— Gdzie?