Strona:Władysław Orkan - Nowele.djvu/12

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Żona?... — zapytał drżąco Marcin.
— Eh, wiecie pewnie z listów, co wom ludzie przesyłali... — odpowiedziała kobieta.
— Słyszałem, słyszałem, ale mi się nie chce wierzyć... Pieniędzy-m ij posyłał... — mówił zamyślony.
— To tyz, coście nogorzy zrobili. Było nie posyłać! Niechby sie była wymorzyła...
— Ej, co gadacie!...
— Godom prawdę. Ona wase zapracowane grajcary z tym wyrwipołciem przeflondrzyła, a i długów jesce do tego przyrosło...
— Mówcież wszystko dokumentnie, co wiecie!...: — szepnął, zrzucił tłumok i oparł się o poręcz. Kobieta siadła przy nim.
— Kieście odjechali — poczęła — sło jakiś cas dość dobrze; ale potem przyjęła na słuzbę Wojtka od Chyby, tego, co to downi do nie lotoł... No i zacęły się pijatyki, co wiecór tońce, a bezeceństwa, niech ręka bosko broni!... Te piniądze, coście przysłali, baba wasa zydowi w gardło wraziła!..
— O dlo Boga!... — przerwał Marcin.
— Słuchojcie ino dalij... Przyjechoł tu Sobek od Kozyry, ten wicie, co do Pesztu pojechoł na zorobek... Przywióz niemało papierków... Wasa jak pocuła u niego piniądze, dalize z nim pić... Wojtek zawziął sie na niego, przysło do bitki... Sobek pokalicół mocno Wojtka, tak ze ten i rusyć sie ni moze. Z tego do tego sło coraz gorzy.