Strona:Władysław Orkan - Nowele.djvu/13

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Wasa nie pilnowała roboty, w polu nieobrobione, syćko pustkom leżało, a dzieciska obsarpane chodziły...
— Rany Boskie! — lamentował zrozpaczony Marcin.
— Zeby to na tem koniec!... — ciągnęła dalej kobieta. — Przyśli dziandary i zabrali ze sobom Sobka...
— Za co?
— Za co? bo piniądze, które przywiózł, nie były jego, ino ukradzione... Co prawda, to nie on wzion te piniądze. Jeden z tych, co we fabryce robili, ukrodł je panu. Sobek wypatrzół, ka ten piniądze schowoł, wzion je i przyjechoł do wsi. Tamtego chycili, on po piniądze do schowku, a tu piniędzy ni ma. Bili go okropnie Madziary... Sobek wiedzioł o tem, a nie oddoł. Tako wom psio noga uparto!... A tu sie juz zaceni zwiadować, ze Sobek mo piniądze wielgie, no i tak jakosi bokem wychledali... Kiedy dziandary przysły, to już ino połowę mioł z tego, a i to oddoł wasy babie... Ho! wasa mądro! Zaroźnicki zabrała dzieciska i pojechała kolejom za Kraków.
— Wszyscy święci! i nima jej?! — wykrzyknął Marcin, chwytając się za głowę.
— A nima... Wicie, do cego to dosło. Kiebyście byli do Hameryki nie jeździli, jak wom ludzie radzili, tobyście przecie wyzyli na tym gruncie. Mieliście i młyn, i cosi kasi, a teroz co?... Baba