Strona:Władysław Orkan - Nowele.djvu/47

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Kto?!... — spytali wszyscy naraz.
— Młynorz...
— Marcin?!
— Ehę!
Umilkli wszyscy... Przerażenie, większe niż przedtem, odbiło się na twarzach. Nawet wójt, zawsze czerwony — pobielał w jednej chwili... A na polu huczało, jak w stu fabrykach.
— Nie nadarmo tak jęcy, nie nadarmo... — odezwał się po chwili jeden z radnych.
— Obiesiół sie, obiesiół, padocie... — mówił wójt. — Ha, no! nic mu juz nie pomoze... Wiecne odpo... — nagle przerwał, wzdrygnąwszy się słów, które chciał wyrzec z przyzwyczajenia... Wicher zawył przeraźliwie.
— Nie nadarmo jęcy, nie nadarmo... — powtarzali radni...
— Widać takie mioł przeznacenie... — począł wójt.
— Żali powiedziałbym... — przerwał poważnie pisarz.
— Na świecie!... — wtrącił podwójci.
— Na moją dusyckę!... — dokończył polowy cienkim głosem i przysunął się ku stołowi.
Za chwilę kolejki szły raźno; w izbie znowu gwarno, jak przedtem, a na polu wiatr jęczy żałośnie i bije w pozostałe szyby zimnem swem skrzydłem...