Strona:Władysław Orkan - Nowele.djvu/48

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


BEZDOMNI

— Mamo! daleko jesce?...
— Z pół mili... Zaroz będą chałupy za tym lasem. Zimno ci, Jasiu?...
— Nie, matusiu, nie...
Taką urywaną rozmowę wiodło dwoje ludzi — matka i syn. Matka szła naprzód, torując drogę synkowi w zaspach śniegowych... Ile razy głębiej zapadała, — zwracała się do dziecka, mówiąc:
— Jasiu! ostrożnie... Obejdź bokiem...
— Dobze, mamusiu, dobze... — szeptał zmarzniętemi wargami chłopiec, usta zacinał i nie skarżył się, biedny, choć mróz do serca zaglądał... I teraz, gdy matka pyta go:
— Zimno ci, Jasiu?... — On odpowiada: — Nie, mamusiu, nie... — a odpowiedź ta drżąca, jak głos potrąconej struny, potwierdza pytanie, choć słowa kłamią rzeczywistości.
Dwoje ludzi w walce z zaspami śniegu... Dwie nikłe istoty, uczuciem gorące, w zapasach z bezgraniczną, zimną, martwą naturą... Kto zwycięży — człowiek, czy bezduchowy ogrom?...