Strona:Władysław Orkan - Nowele.djvu/49

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Mamo, daleko jesce?... — pyta Janek.
— Zaroz, zaroz, ino pódź, Jasiu, nie ustaj!... — błaga matka. — Za mną, za mną... — i kolanami kraje stężały śnieg, ostatnich już prawie dobywając sił... Czuje, że słabnie, ale i to czuje, że musi iść... Inaczej zimna śmierć otuli ją i Janka.
— Zeby się ino śnieg nie porusoł!... zeby ino wiatru nie było!... — mówi do siebie szeptem niezrozumiałym... A tu, jak na odpowiedź, wicher powiał od lasu i ostrym śniegiem w twarz jej rzucił.
— Boze!... — szepnęła tylko i dalej stawia omarzłe nogi, martwe, szkieletowe... A za nią, wolą raczej niepojętą niż siłą prowadzone, stąpa w ślady skostniałe dziecko, otulone paruchą[1], którą matka zdjęła ze siebie...
Chwilę ciszy — i wicher zerwał się jeszcze gwałtowniej niż przedtem, sprzągł wszystkie tumany i ostrą śnieżycą ku obłokom podrzucał...
— Mamo...
— Co? moje dziecko...
— Mamo... — szepleni pacholę niewyraźnie i, skulone, opiera się o twardy śnieg.

— Jasiu! jak ino mozes... juz niedaleko!... — błaga matka, a w głosie jej drgają wszystkie struny: miłości, prośby i bezgranicznej rozpaczy...

  1. Parucha = lniana, gruba płachta, w przeciwstawieniu do cienkiej „łoktuski“.