Strona:Władysław Orkan - Nowele.djvu/50

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Zdejmuje chuścinę z głowy, — otula dziecko.
— Jasiu! dziecko moje... jesce kawołecek!...
— Nimogę... mamo... — szepcze coraz ciszej i bezsilne opada na zmarzłe łono śnieżne...
Matka stanęła, — łamie skostniałe dłonie, a wicher, jakby okropności chciał dodać jeszcze temu przerażającemu obrazowi, — rozwiał jej włosy czarne, i straszną była w tej niemej, niebo skarżącej rozpaczy...
Śnieżyca-matka, widząc swe uosobienie, ostremi pocałunkami drapie ją po twarzy...
— Jasiu!... — szepce przez zęby i nachyla się do dziecka, którego wzrok szklany, na nią bez wyrazu zwrócony, odebrał jej resztę sił. — Pragnie podnieść dziecko, i sama na kolana upada... Mróz ścisnął je, przywarł do ziemi i, ziębiąc krew, pchał się ku sercu...
— Gdzie ty, Boze, co dajes ginąć dziecku?! — wyrwało się zgrzytem z zamarzłych warg.
— Za co mnie karzes tak straśnie?... Tu... bez księdza... — Pragnie się podnieść, kolana przymarzły do śniegu...
— Przeklęci ludzie!... wygnali z chałupy... Bodaj tak... — Nie dokończyła. Ostatek rozpaczy uleciał z przekleństwem...
Ból straszny ściskał serce, wyżerał oczy i promieniami rozchodził się po ciele... Wargi chciały jeszcze modlitwę szeptać; myśl ją dokończyła... może — na drugim świecie...