Strona:Władysław Orkan - Nowele.djvu/46

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


wkoło, kiedy pijący, zamiast do sąsiada, — przypił do stojącego poważnie na progu pana pisarza.
— Żali powiedziałbym, żebym się nie spóźnił, gdyby nie okoliczność nadzwyczajna... — mówił poważnie pisarz.
— W ręce wase!... — przerwał mu radny.
— Na zdrowie!...
Pisarz wziął szklankę i już czwarty raz obrócił ją w ręku, przezierając się w niej — gdy nagle wicher złamanym konarem jabłoni trzasnął w szybę...
Szkło rozprysło się na drobne kawałki, a wiatr, skoczywszy otworem, zdmuchnął ciemne światło lampy... „Wzdrygli“ się radni, każdy przerażonym wzrokiem poglądał w okno... Chwilę cisza w izbie zapanowała, tylko na dworze huczało — coraz to głośniej.
Wójcina wpadła do izby, zatkała poduszką wybitą szybę i zaświeciła lampę.
Przerażenie ustępowało zwolna z twarzy radnych, nowa kolejka rozweseliła zalękłych...
Wtedy do izby wsunął się milczkiem „chuderlawy“ człeczyna...
— Ho! Jędrek od Kopańdy!... — rozległo się od stołu. — Jędrzeju! w wase ręce!... Co ta słychać u wos?...
— He, nic tak ciekawego... — mówił spokojnie człeczyna — młynorz sie obiesiół...