Strona:Władysław Orkan - Nowele.djvu/45

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Więc rankiem słonko, kiedy „wyźrało“ z za lasu, biegnąc od strzechy do strzechy, padło promieniami i na pustą chałupę... Słonko ciekawe, radeby wszędy wiedzieć, czy noc nie przyniosła nowego mieszkańca...
I po dachu ślizgało się promieniami, przeszywając światłem cienkie gonty; a gdzie szerszą szczelinę otworzyły wichry, wyrywając pobicie, — tam rzucało całym snopem światła... Okiennica na strych otwarta; promienie padły do izby i nagle drgnęły, zwinęły się napowrót, rozpraszając się po konarach nad dachem...
Lecz słonko idzie wyżej; wnet wszystkie promienie na świat rzuci... — W całem świetle potworniejsze wydaje się złe — toż promienie, chcąc słońcu złagodzić okropność obrazu, jaki dojrzały — spoiły się napowrót, skoczyły okiennicą do izby i oblały całem swem światłem wiszącego trupa...

Wieczorem u wójta zgromadziła się cała „rada“. Miano ważną sprawę „do uradzenia“ — toż nie brakowało nikogo... Pisarz tylko, jak zwykle, spóźnił się, wiedząc zapewne, że bez tak ważnej jak on osobistości rady nie rozpoczną.
Mylił się jednak poczęści, gdy sądził, że będą na niego czekać. Już bowiem cztery butelki wypróżnili, zanim się ukazał... Ósma kolejka szła