Strona:Władysław Orkan - Nowele.djvu/20

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Na moją dusyckę!... to nie jo!... — krzyknął polowy.
— Ktoz, jak nie wy?
— A ino podwójci serdockiem zawadziół!
— E, coz mie „ty“ nadweręzos?! — wrzasnął podwójci.
I byłoby do bitki przyszło, gdyby nie nowy gość, który nagle stanąwszy na środku izby, zagadnął, kłócących się biblijnemi słowy.
— Bracia w Chrystusie! Przestańcie lżyć się słowami, albowiem powiedziano jest... — Tu zatrzymał się, przypominając sobie zapewne, co jest powiedziano.
— A! pon pisorz!... — przerwano mu zamyślenie i ciszę oczekiwania dalszych słów jego.
— Aleśmy się wos nacekali!... No, bo jakże bez wos radzić wedle spraw gminnych!...
Stół już stał na swojem miejscu, a na nim litrówka i szklanka, większa jeszcze niż przedtem. Niejeden z radnych, spoglądając na objętość szklanki i w myślach wypełniając ją już treścią butelki, pomyślał: „Niema złego, coby na dobre nie wysło“. Odwrotne znaczenie tego najpospolitszego przysłowia nikomu na myśl nie przyjdzie.
Posadzono pana pisarza na ławie za stołem, wójt usiadł na stoiku — i rada otwarta...
W tym zamęcie zapomniano o młynarzu, który stał na boku i gdyby nie rozpaczne myśli, jakie go nie opuszczały, zapewneby się zastanowił, cze-