Strona:Władysław Orkan - Nowele.djvu/34

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


muru... Przed progiem kupa śmieci i dwie czarne kałuże świadczyły o dobrej woli gospodarza, czy też gospodyni.
Do tego to domku skierował kroki młynarz. Wszedł do sieni i stanął przy odchylonych drzwiach, zerkając przez szczelinę do wnętrza...
Sekundę rozjaśnił i zaraz schmurzył twarz; przy stole dojrzał Marcysię... Poznał ją odrazu, choć siedziała podparta na łokciu i plecami zawrócona do niego. Obok niej dostrzegł kawałek „wąsiatej“ twarzy i rękę brudną, która przychylała kieliszek do jej ust...
— Pijże, kie ci daję!... Jakbyś mi ty dała, tobym sie nie opieroł!... — Młynarz słyszał wyraźnie chrapliwy głos przez podchylone drzwi.
Drgnął na te słowa, i szybko odsunąwszy drzwi, stanął na progu.
— Niech będzie pochwalony!... — wybełkotał.
Nie odpowiedziano mu. Widać, tu inny zwyczaj. Natomiast wszystkie twarze zwróciły się ciekawie ku niemu. Stara kobieta, która dotąd była schylona nad rozłożonemi kartami, podniosła głowę, ściągnęła pomarszczoną twarz i, sądząc po łatanem odzieniu, że jakiś żebrak, już miała wyrzec: „z Panem Bogiem“, kiedy Marcysia poskoczyła ku niemu z krzykiem:
— Morcin!!... e, kiżcie tu djabli przynieśli!...
Młynarza oblała krew, chciał coś wyrzec; słowa nie mógł wykrztusić z bólu i oburzenia...