Strona:Władysław Orkan - Nowele.djvu/35

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Tato! tato!... — rozległo się z kąta i dwoje odartych, nieumytych dzieci rzuciło się ku niemu.
Młynarz spojrzał na nie, nogi mu zadygotały, upadł ciężko na najbliżej stojący kufer.
Dzieci, jedno z jednej, drugie z drugiej strony, pchały się ku niemu; pogłaskał je ciężką dłonią, pocałował, a potem zwrócił oczy na żonę z takim strasznym wyrzutem, że ta, mimo urągającej postawy, odwróciła twarz, nie mogąc znieść tej bezsłownej skargi...
Stara kobieta i wąsiaty drab ciekawie patrzeli na całą tę scenę.
— Kasper! przynieś kwaterkę!... — rzekła stara, zwracając oczy z młynarza na próżną flaszeczkę... Poznała zaraz, że to mąż siostrzenicy.
Drab wziął flaszeczkę, mruknął coś do siebie i wyszedł z izby.
— Dawnoś przyjechał?... — poczęła stara.
— Ani sie mnie nie pytojcie!... — przerwał Marcin, w którym ból i oburzenie mieniły się prawie we wściekłość.
— Toś tak pilnowała chałupy?! — zawołał do żony. — Takeś dozierała?... To jo na to charowoł tela lot!!... Piniędzym ci przysyłał... coś z niemi robiła?... co?!... — mówił drżąco od gniewu, podchodząc ku żonie.
Marcysia podniosła na niego oczy zaiskrzone, wpatrzyła się uparcie...
Młynarz, który już w zapamiętaniu podniósł