Strona:Władysław Orkan - Nowele.djvu/29

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


zamknął na kluczyk i usiadł przy stole. Zerknął jeszcze parę razy na śpiącego młynarza, uśmiechnął się i dwie lampki, jedna po drugiej, wychylił.
— Kupiłech dobrze? co? — zagadnął radnych.
— He, pon nocylnik mo głowę! aniby som adukat lepi nie zrobiół! — domawiali pijani.
— Za zdrowie nocylnika!... — podniósł podwójci.
— Za zdrowie!...
Kolejka szła „pieronem“.
— Coś pon pisorz nie weseli!... — zauważył jeden z radnych.
Pisarz właśnie przezierał się w szklance, wychylił więc żywiej i podniósł się z ławy.
— Różne są — począł mówić — przypadłości... Człek nie wie, na co zejdzie... Sposobności albowiem ma wszelakie. Iżalibym powiedział, szanowni bracia, o którym z was, że nie jest wedle sumienia, jako ten, który ma czynić, co powiedziano jest w piśmie: „Człowiek pokusom podan jest w utrapienie. Kto będzie owoc złego pożywał, niechaj będzie przeklęty, a kto będzie pożywał owoc dobrego, niechaj mu będzie chwała! Amen“. — Żali wy rozumiecie, co jest powiedziano? Oto zły owoc powstaje w niezgodzie, a dobry owoc w zgodzie... A gdzież, szanowni bracia, może być zgoda, jak nie przy esencji dobrego owocu, o którym powiedziano jest w psal-