Bezdomni

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Orkan
Tytuł Bezdomni
Pochodzenie Nowele
Redaktor Stanisław Pigoń
Wydawca Wojciech Meisels
Data wydania 1933
Druk Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
BEZDOMNI

— Mamo! daleko jesce?...
— Z pół mili... Zaroz będą chałupy za tym lasem. Zimno ci, Jasiu?...
— Nie, matusiu, nie...
Taką urywaną rozmowę wiodło dwoje ludzi — matka i syn. Matka szła naprzód, torując drogę synkowi w zaspach śniegowych... Ile razy głębiej zapadała, — zwracała się do dziecka, mówiąc:
— Jasiu! ostrożnie... Obejdź bokiem...
— Dobze, mamusiu, dobze... — szeptał zmarzniętemi wargami chłopiec, usta zacinał i nie skarżył się, biedny, choć mróz do serca zaglądał... I teraz, gdy matka pyta go:
— Zimno ci, Jasiu?... — On odpowiada: — Nie, mamusiu, nie... — a odpowiedź ta drżąca, jak głos potrąconej struny, potwierdza pytanie, choć słowa kłamią rzeczywistości.
Dwoje ludzi w walce z zaspami śniegu... Dwie nikłe istoty, uczuciem gorące, w zapasach z bezgraniczną, zimną, martwą naturą... Kto zwycięży — człowiek, czy bezduchowy ogrom?...
— Mamo, daleko jesce?... — pyta Janek.
— Zaroz, zaroz, ino pódź, Jasiu, nie ustaj!... — błaga matka. — Za mną, za mną... — i kolanami kraje stężały śnieg, ostatnich już prawie dobywając sił... Czuje, że słabnie, ale i to czuje, że musi iść... Inaczej zimna śmierć otuli ją i Janka.
— Zeby się ino śnieg nie porusoł!... zeby ino wiatru nie było!... — mówi do siebie szeptem niezrozumiałym... A tu, jak na odpowiedź, wicher powiał od lasu i ostrym śniegiem w twarz jej rzucił.
— Boze!... — szepnęła tylko i dalej stawia omarzłe nogi, martwe, szkieletowe... A za nią, wolą raczej niepojętą niż siłą prowadzone, stąpa w ślady skostniałe dziecko, otulone paruchą[1], którą matka zdjęła ze siebie...
Chwilę ciszy — i wicher zerwał się jeszcze gwałtowniej niż przedtem, sprzągł wszystkie tumany i ostrą śnieżycą ku obłokom podrzucał...
— Mamo...
— Co? moje dziecko...
— Mamo... — szepleni pacholę niewyraźnie i, skulone, opiera się o twardy śnieg.
— Jasiu! jak ino mozes... juz niedaleko!... — błaga matka, a w głosie jej drgają wszystkie struny: miłości, prośby i bezgranicznej rozpaczy...
Zdejmuje chuścinę z głowy, — otula dziecko.
— Jasiu! dziecko moje... jesce kawołecek!...
— Nimogę... mamo... — szepcze coraz ciszej i bezsilne opada na zmarzłe łono śnieżne...
Matka stanęła, — łamie skostniałe dłonie, a wicher, jakby okropności chciał dodać jeszcze temu przerażającemu obrazowi, — rozwiał jej włosy czarne, i straszną była w tej niemej, niebo skarżącej rozpaczy...
Śnieżyca-matka, widząc swe uosobienie, ostremi pocałunkami drapie ją po twarzy...
— Jasiu!... — szepce przez zęby i nachyla się do dziecka, którego wzrok szklany, na nią bez wyrazu zwrócony, odebrał jej resztę sił. — Pragnie podnieść dziecko, i sama na kolana upada... Mróz ścisnął je, przywarł do ziemi i, ziębiąc krew, pchał się ku sercu...
— Gdzie ty, Boze, co dajes ginąć dziecku?! — wyrwało się zgrzytem z zamarzłych warg.
— Za co mnie karzes tak straśnie?... Tu... bez księdza... — Pragnie się podnieść, kolana przymarzły do śniegu...
— Przeklęci ludzie!... wygnali z chałupy... Bodaj tak... — Nie dokończyła. Ostatek rozpaczy uleciał z przekleństwem...
Ból straszny ściskał serce, wyżerał oczy i promieniami rozchodził się po ciele... Wargi chciały jeszcze modlitwę szeptać; myśl ją dokończyła... może — na drugim świecie...
Błyszczały diamenty śnieżne, mieniąc się barwami w świetle gwiazd, które rzadkiemi oczkami patrzały z poza czarnej mgły... Błyszczały gwiazdki po śniegu — a cztery większe od innych, jak rzadkie okazy diamentów między piaskiem drogich kamieni... Błyszczały oczy zamarzłych.
Litośny wicher rzucał śniegiem na cielesne trumny — i rosła... rosła śnieżna mogiła.....

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

I uszło trzy dni... Czas płynie jak woda. Wioska biała promienieje gwiazdkami śniegu w nieciepłem świetle słońca...
Ludzie z bliska, od kościoła — spieszą po skrzypiącym śniegu na mszę św. Zdalsza nie dojdzie, bo zaspy...
— Komu to wcora dzwonili... — pyta stary gazda kobiety już niemłodej.
— E, wiecie... tej od Chowańca.
— Umarła?
— Toście nie słyseli! Umarzło biedactwo kiesi[2] razem z dzieckiem. Wypędzili z chałupy. Ta i posła na noc... Znaleźli ją dopiero na drugi dzień — pod zospami. Narobiło sie to, narobiło!... I wygnali, skoro juz sił nie stało, jak nieprzymierzając — psa...
Stary pokiwał głową, — a idąc ku kościołowi, szeptał „Wiecne odpocywanie“ i „pięć pocierzy“ za duszę komornicy...
Przecię i jemu robiła...
— A było to pracowite — pomyślał; — tak marnie... Przecie to ludzie gorsi od zwierząt!... Wygnać na mróz... I znowu: „Wiecne odpocywanie...“


Przypisy

  1. Parucha = lniana, gruba płachta, w przeciwstawieniu do cienkiej „łoktuski“.
  2. Kiesi = dawniej. Lecz najzwyklej używane zamiast: przedwczoraj.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Orkan.