Strona:Władysław Orkan - Nowele.djvu/41

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


siedział. Nie gadali ci we wsi?... Kazała pedzieć, że cie widzieć na oczy nie chce!...
— A dzieci!... — krzyknął rozpaczliwie młynarz.
— Kazała ci pedzieć, że kie mosz dzieci, to se je żyw!... Oj, Marcysia!... Widzisz, jako twoja Marcysia!... — krzyczała, przedrzeźniając, stara.
W myślach Marcina nagle rozjaśniło się wszystko. Opowiadania kobiety, gdy wchodził do wsi, dogadywania ludzi o Wojtku, o Sobku, o rozpuście, pijatykach — to wszystko zobaczył, jak na dłoni, oczy otworzył szeroko... I nagle te obrazy poczęły ciemnieć — wszystko zaczęło wirować, tańczyć, cała izba kręciła się w oczach — czuł wrażenie, jakby leciał gdzieś z izbą i ze wszystkiem w okropną przepaść...
— Raty Boskie!... — krzyknął tylko, oczy przymknął i pozostał bez ruchu, bez myśli, jak drewno...
Nie słyszał krzyku dzieci, wystraszonych zachowaniem się ojca, gadania ciotki — nic nie czuł... Stara zauważyła jego dziwny stan. Sądząc, że zemdlał, poczęła lać wodę na niego...
Otrząsnął się — zimno przeszło po nerwach... Ożyły... Popatrzał na starą — wzdrygnął się przypomnieniem — i znów popadł w odrętwienie...
Uszło tak parę godzin.
Dzieci zachowywały się cicho, myśląc, że ojciec