Polowanie na reny (opowiadanie)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wacław Sieroszewski
Tytuł Polowanie na reny
Pochodzenie Polowanie na reny
Data wydania 1938
Wydawnictwo Towarzystwo Wydawnicze „RÓJ“
Druk Drukarnia „Linolit“
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


POLOWANIE NA RENY



Po ciepłym, słonecznym dniu, cichy zapadł wieczór, wróżąc noc zimną, a nazajutrz dzień jasny, pogodny. Środkiem ogromnego, zamarzłego, pokrytego śniegiem jeziora, dymiącego zlekka różowym nocnym oparem, sunęła wyciągnąwszy się sznurem, nieduża karawana ludzi. Na czele jej postępowało trzech łowców na łyżach[1], podpierając się wielkimi, długością im prawie równymi łukami, których dolne końce zabezpieczone były od grzęźnięcia w śniegu nasadzonymi na nie drewnianymi krążkami. Podróżni odziani byli w lekkie, ciemne, futrzane „kuklanki“, z kapturami u kołnierzy, w takież uszate, podobne do hełmu czapki, i długie za kolana, tunguskie „kamusowe torbasy“[2]; każdy z nich był podpasany; u boku miał nóż, na plecach mały ze strzałami sajdak z kory brzozowej, a na oczach uplecione z czarnego włosia okulary, w kształcie opaski. Wszystko więc tak się działo, jak to był sobie zawczasu wymarzył Foka, ku wielkiemu jego zadowoleniu, gdyż i on znajdował się w liczbie myśliwców i był właśnie tym trzecim, którego niezgrabne, uroczyste ruchy zdradzały nowicjusza wyprawy.
Wiódł ich Dżianha, uznany mistrz wszelkiego rodzaju polowań, za nim postępował Ujbanczyk, dalej Foka, a zamykał pochód Niuster, jadący na lekkiej, sześcioma czarnymi, kudłatymi psami zaprzężonej narcie. Psy syte biegły raźno, wytknąwszy naprzód ostre mordy i zadarłszy w górę lisie, w trąbkę zwinięte ogony. Ich łapy, odziane w małe skórzane buciki, dla zabezpieczenia od podbicia, wystukiwały zabawnie cichy takt na twardej powierzchni zlodowaciałego śniegu. Ludzie szli w milczeniu, uważnie patrząc przed siebie; dziś nie mieli zamiaru zaczynać polowanie, szukali tylko miejsca do godnego na nocleg.
Mrok już dobrze zgęstniał, tuman zamglił okolicę, a gwiazdy rojem wysypały się na niebo, kiedy dotarli nareszcie do przeciwnego brzegu ogromnego jeziora. Odszukawszy na stokach wzgórka miejsce dogodne na obozowisko, natychmiast zdjęli łyże i poczęli kopać nimi jamę w głębokiej zaspie śnieżnej. Dotarłszy do gruntu, wyrównali cokolwiek dno oraz boki dołu, poprawili wał, jaki utworzył się z wyrzuconych grud śniegu; poczem Foka z Niusterem poszli po modrzewiowe dla podściółki gałązki, Ujbanczyk jął rąbać wyschły na korzeniu pniak, który odnalazł w pobliżu, a Dżianha postrugał na cienkie wióreczki suchutką, dobytą z worka trzaskę i krzesał ognia. Po chwili czerwony płomień oświecił fantastycznie białe wnętrze jamy i uwijających się w niej ludzi; przyniesiono z sanek worki z zapasami żywności, naczynia, pościel: w kopcącym smolistym dymie, nisko na drążku zawisł kociołek i czajnik, pełen białego śniegu, a ludzie w oczekiwaniu wieczerzy siedli półkolem na zasłanych niedźwiedzimi i reniferowymi skórami gałązkach.
— Co to jutro będzie! Ach, gdyby ta noc już minęła, gdyby to był poranek! — szepnął Foka, spoglądając w górę na niebo, migocące poprzez nagie konary drzew nad ich nie mającą dachu śniegową chałupką.
— Poranek?... Prędkiś!... A spać?..
— A jutro, cóż ma być?
— Nic nie będzie, niebo się nie obali.
— Czy zdobędziem co, czy nie?
— Któż to wie, niedobrze zgadywać!
— Ja bo się stęskniłem za mięsem, dawnom go nie jadł.
— Niby to tak: złapał i zaraz zjadł. Nieprędko je spróbujemy.
— Teraz mięso „dzikusa“ niesmaczne; chude i cuchnie. Ot, jesienią to wyborne: tłuste, kruche... jak topione masło. I polowanie wtedy... śliczność — zagadnął przeciągle tonem wytrawnego opowiadacza Dżianha.
Obecni uszu nadstawili, a on, zachęcony ich uwagą, tak dalej prawił:
— A tylko niebezpieczne, można utonąć! A to znów raz miałem takie zdarzenie. Poszliśmy na jeziora szukać do spółki: ja, Kozak i Długi. Kozak pozostał pilnować koni, a ja z Długim udaliśmy się na czaty. Noc była dogodna, ciemna, chmurna — ręki wyciąggniętej nie dojrzysz. Wietrzyk powiewał od brzegu. Siedzieliśmy: ja na wodzie chowam się w czółenku, w trawie, a Długi opodal na ziemi w krzakach. Czekamy, czekamy.... długo! bardzo długo! Już mi nawet dokuczyło! Nagle słyszę: człapie, ale jakoś dziwacznie. Myślałem, że to Długi, znacie go — trzpiot! Ale nie: widzę — idzie zwierz!... Czarny, ogromny, niby łoś!... W wodę nie poszedł, a tylko stanął u brzegu i chłepce i coś jakby nie na „dzikusa“ wygląda... Lecz noc była ciemna — nie widzę. To niby rogów nie ma, to znów ma, to niby „dzikus“, to niby coś innego. I boję się, że zdobycz ujdzie, i znów rozważam... A tymczasem powoluchnu podpływam coraz bliżej i bliżej. Jużem wzniósł dzidę, by pchnąć, gdy nagle jak ziewnie... aż mi serce wskoczyło do gardła — poznałem... Czekam wylękły, co będzie dalej, ale „on“ postał, postał, otrząsł się jeszcze, wody troszeczkę pochłeptał, otrząsł się jeszcze, wody troszeczkę pochłeptał i poszedł w gęstwinę, aż zatrzeszczało po lesie... — Cóż? uciekł? — pyta Długi, nadbiegając z hałasem. — „Milcz! — kok!“[3]. „Kok!“ powtórzył i tyle go widziałem — drapnął do obozowiska. A ja zostałem, czego się mam bać? Jeżeli był tak blisko i nie zjadł, to już znaczy... nie przeznaczone... A schowasz — wszędzie znajdzie.
— No, a Długi? — spytał Foka, wytrzeszczając wylękłe oczy.
— Długi, wiesz przecie, żyje! — roześmiał się Dżianha. — Tylko tej nocy niemało nacierpieli się oba z Kozakiem, bo „kok“ prosto do nich poszedł i chciał konie zjeść. Musieli całą noc ogień palić, a on wciąż chodził dokoła i straszył, dopiero o świcie przyszedłem z gwintówką.
Dżianha urwał nagle i, pochyliwszy się ku ognisku, trzymanym w ręku patyczkiem zaczął poprawiać pokrywkę na kipiącym czajniku. Słuchacze zrozumieli, że nie chce mówić o zwycięstwie, odniesionym nad potworem, który może niedaleko śpi gdzie w barłogu i słucha, nie pytali więc o koniec wyprawy, a Dżianha, zmieniwszy głos, tak dalej mówił:
— No, i „ugonić“ można niemało, jeżeli dzień uda się szczęśliwy, a „dzikusy“ tylko na wiosnę są chude i mięso ich cuchnie zimowym pokarmem — jagielem[4]. W lecie jedzą one przeważnie trawy, gałązki i zioła, więc i mięso ich pachnie, jak rozkwitły las.
— Dałby Bóg choć chudego na początek! — westchnął Ujbanczyk.
— Co ma nie dać! Da! — odrzekł z przekonaniem brat starszy; widząc, ze czajnik z herbatą zagotował się po raz drugi, kazał Niusterowi wyjmować filiżanki; sam wydobytą z worka grudkę zmarzłego masła zaczął rąbać na drobne kawałki, dogodne do spożywania.
Rzuciwszy na ogień datek dla brodatego „Bajnaja“, opiekuna myśliwych, zabrali się do wieczerzy, którą jednak spożywali z umiarkowaniem, po pierwsze — dlatego, że tak zwyczaj każe, po drugie — dlatego, że zapasów mieli niewiele, jak długo brodzić mieli po tajdze za zdobyczą, oszczędzali w obawie, że im nie wystarczy.
— Ty, Foka, nie pij zbyt wiele herbaty! — Zobaczysz, jutro biegać ci nie da! Od wody robi się człowiek ciężki; zatknie cię pod sercem, opuchniesz cały! — radził Ujbanczyk, układając się spać obok brata, który już się był rozebrał i nagi, jak z bronzu ulany, siedział na pościeli, patrząc w zamyśleniu na ogień. — Foka usłuchał, filiżankę do góry dnem przewrócił, czajnik od stawił, ale spać się nie zabierał, dotrzymując towarzystwa Niusterowi, który musiał jeszcze czuwać, aby psom zgotować strawę i nakarmić je.
Podwinąwszy po tatarsku nogi, siedzieli spory kawał czasu, słuchając łagodnego grania kipiącej w kociołku wody. Cicho potrzaskiwało palące się drzewo, cicho chrapali śpiący obok, naciągnąwszy na głowy futrzane kołdry, a głosy te, miękkie, niepewne, to milknące, to niespodzianie wzmagające się, nabierały niezwykłej wyrazistości wśród grobowej ciszy otaczającej ich pustyni, zarówno jak pokrywająca ją ciemność uwydatniała blaski palącego się obok ogniska. Nieświadomość tego, co się dzieje, tam, może blisko, ale po za kresem świetlanego koła, którego właścicielami się czuli, tam, w tych ogromnych, nieznanych przestrzeniach powietrza, śniegu i lasu, oblewających zwartą masą drobną wysepkę ich życia — napełniała zwolna ich dusze niespokojnym uczuciem trwogi i oczekiwania.
 — A cobyś robił, gdyby nagle pojawił się „on“? — szepnął niespodzianie Niuster.
— Kto?
— On! Człowiek bez twarzy.
Chłopak z przerażeniem spojrzał na krawędź jamy, gdzie to zjawiały się, to nikły, wywołane migotaniem płomieni, białe od śniegu, a krwawe od łuny, widma sąsiednich drzew.
Nagle, porywczo, zajadle zaszczekał jeden z uwiązanych u sani psów.
— Dżianha! Ujbanczyk! Ujbanczyk! — szeptali chłopcy, szarpiąc śpiących towarzyszów.
Dżianha zerwał się.
— Co takiego? Co się stało?
— Pies szczeka!
— Więc cóż? Niech szczeka! — odrzekł gniewnie, ale wstał, narzucił świtę na gołe plecy i zbliżył się do ukazanej przez wyrostków strony dołu. Wał wyrzuconego śniegu podtajał, osiadł od ciepła i sięgał patrzącym zaledwie do ramion; mogli więc, nie wyłażąc, rozejrzeć się dokoła. Pies więcej nie szczekał, ale nastawiwszy uszy, siadł na tylnych łapach i patrzył uporczywie w jednym kierunku; inne nie ruszyły się nawet, śpiąc spokojnie zwinięte w kłębek około sań.
— Wilk albo lis — mruknął ziewając Dżianha — i wrócił śpiesznie do ciepłej pościeli. Ale Foka i Niuster długo jeszcze spać nie mogli; oparci o siebie, stali u brzegu dołu, wpatrzeni w miliardy gwiazd tajemniczo ku nim mrugających, zasłuchani w cichość nocy. Zmysły ich ostre, pobudzone, jak oktawy strun napięte, szukały w tym niewiadomym, co ich otaczało, pokrewnych wrażeń i dźwięków.
— Ot, widzisz — zagadał nareszcie Foka, pokazując palcem — te tam trzy gwiazdy! Ta pierwsza na przodzie, największa, to powiadają łoś; te dwie mniejsze za nią, to dwóch braci Tunguzów, a obok czwarta maleńka, to ich pies. Dawno, bardzo dawno temu, wyszli oni na polowanie, podobnie jak my, i przepadli bez wieści! A widzisz tę szeroką białą, gwiaździstą smugę, biegnącą środkiem nieba? To droga, po której chodził Bóg, gdy tworzył świat.
Założywszy sobie ręce na ramiona, przytuliwszy się tak do siebie, że wyraźnie poprzez odzież odczuwali przyjemne ciepło swych żywych ciał, długo nie ruszali się z miejsca, patrząc na świat, dzieląc się myślami, siląc zlać w jedno, przejęci, rozmarzeni, sobie bliscy bardziej niż kiedykolwiek.
Nazajutrz o brzasku myśliwi wybiegli na łowy. Znowu, jak wczoraj, wiódł ich ostrożny Dżianha, a w ślad biegli towarzysze, pilnie bacząc na to, co się działo wokoło, zręcznie wymijając zawady i unikając gałązek, które, utraciwszy giętkość od nocnego mrozu, pękały za lada trąceniem ze szklanym trzaskiem, daleko rozbrzmiewającym po borze. Srebrny, koronkowy wykwit szronu ubielił pnie i konary drzew; tu, w głębi tajgi, w miejscach bezwietrznych, zacisznych, zimowe śniegi jeszcze obciążały las; przejrzysty, zlekka kołyszący się tuman poranku nadawał białym konturom jego lotność i nikłość z chmur urobionych obrazów. W miarę, jak dniało, ta chmurna głębia nasiąkała perłową światłością, jak wata wodą. Na tym tle ciemne postacie myśliwych malowały się coraz dobitniej; to też oni, czując, jak różnią się od otoczenia, jak łatwo ich zauważyć, szli coraz wolniej posuwali się coraz ostrożniej. Nagle Dżianha zatrzymał się i niecierpliwym ruchem ręki dał znak, aby stanęli. Zamarli, tłumiąc oddech, w pozach, w jakich zastał ich ten nakaz, i tylko chciwe spojrzenia rozgorzałych oczu puścili we wskazanym kierunku. Nic nie ujrzeli z początku prócz śniegu, mgły i sęków, sieć szarych zarośli, przed którymi chylił się Dżianha; myśląc, że się ich przywódca omylił, chcieli już podejść bliżej, gdy tuż obok rozległo się przeciągłe, podobne do westchnienia sapnięcie; zakołysały się gałązki, sypiąc śniegiem, i ciemny grzbiet zwierza podniósł się z nocnego pod krzakiem legowiska. Dżianha metodycznie, nie zmieniając postawy, sięgnął ręką za siebie i dobył z sajdaka strzałę. Ale strzelać było niepodobieństwem, gdyż gęsta i wysoka ściana chróstu wznosiła się pomiędzy myśliwym a zdobyczą; próbować obejść, było to wystawić się na widok; pozostawało więc, trzymając łuk w pogotowiu, czekać, czy zwierz, żerując, nie wystawi się na strzał któregokolwiek z ukrytych w krzakach łuczników. Tak też zrobili. Stali, nie ruszając się wcale, a zwierz tymczasem ze wzrastającym apetytem skubał mech, wygrzebując go racicami z pod śniegu. Nareszcie Foka, znużony, spróbował zmienić postawę, i śnieg silniej naciśnięty zaskrzypiał mu zlekka pod łyżą. Rogal drgnął, nastawił uszy, podniósł łeb i dużymi, płomiennymi oczyma jął niespokojnie szukać w zaroślach przyczyny szelestu. I nagle wzrok jego spotkał się, może po raz pierwszy, z drapieżnym, utkwionym weń spojrzeniem czających się za krzakami ludzi. „Dzikus“, ogarnięty niezmiernym zdumieniem i trwogą, stanął nieruchomy. Skorzystał z tego Dżianha, z szybkością błyskawicy łuk napiął i puścił strzałę w ten widniejący o kroków kilka łeb rosochaty. Ale cel zniknął prędzej, nim strzała do niego dobiegła. Pocisk, przebiwszy próżnię, utkwił w pniu drzewa z gniewnym, jak osa, brzęknięciem.
— Ruszaj! Haj-da!
— Gdzie? Jak? Co mam robić? — wrzeszczał Foka, przedzierając się przez gąszcz, chrósty, usiłując dopędzić towarzyszów, którzy to chyłkiem, to bokiem wymijając przeszkody, pędzili z dwóch stron szerokiego przez renifera stratowanego śladu. Zwierza nigdzie w pobliżu ani widać, ani słychać nie było.
— Strzały! strzały! zbieraj strzały! — krzyczał zdala Ujbanczyk.
Ale Foka biegł z wytrzeszczonymi oczyma i nic nie rozumiał. Jakie strzały? Co za strzały? On nic nie widzi, ani sęków, które rozrywają mu odzież i ranią ciało, ani pni, o które zaczepia nartami, nie widzi nic, prócz kłębów własnego, gorącego oddechu. Zimne powietrze, wpadając do płuc przez nieoględnie szeroko otwarte usta, dusi go; pot kroplisty wystąpił mu na czoło i oczy zalewa; szronem obmarzłe rzęsy zlepiają się; w biegu nie podpiera się się ogromnym łukiem, a wlecze go za sobą, zamknąwszy oczy, by mu ich nie wybiły uderzające po twarzy gałęzie, rwie naprzód, nie patrząc przed siebie, wreszcie koniec jego łyży ugrzązł w większym wyboju, wybitym w twardej śniegów skorupie przez ściganego rena, i Foka upadł jak długi.
— Poczekajcie! — wołał, grzebiąc się w śniegu... — ale nikt mu nie odpowiedział; przestał go nawet dolatywać skrzyp nart przodem pomykających towarzyszów; z tyłu za to coraz wyraźniej dochodziło go Niusterowe: noch! noch! noch! — którym popędzał i kierował psy. Foka siedział, drażnącymi rękoma rozplątając pokręcony rzemień nart i płakał, jak bóbr. Gdy, uspokojony nieco, podniósł się, to wolniej już i uważniej w dalszą puścił się drogę. Zmienił nawet kierunek, gdyż, porzuciwszy trop zwierza, poleciał ku krawędzi lasu, nad jezioro, gdzie daleko na różowym tle zorzy dojrzał czarne, drobne postacie chyżo mknących towarzyszów. Rena wciąż nie było widać. Ponieważ Foce się zdawało, że ślad, którym gonili, zataczał półkole, więc dla skrócenia drogi rzucił się na przełaj, ale nim doścignął myśliwych, ci zawrócili kilkakroć i zniknęli w przeciwległych zaroślach. Znowu chłopak ujrzał się sam na krawędzi jaskrawej, mlecznej wstęgi świeżo stratowanego śniegu, wijącej się wdzięcznie, ale bez końca. Zmuszony pilnować się jej, aby w lesie nie zabłądzić, wlókł się osłabły, zniechęcony, coraz bardziej zwalniając kroku, aż z dreszczem dzikiej radości dojrzał na śniegu rubinowe krople krwi, a nieco dalej tkwiącą w ziemi strzałę. Widok ten wrócił mu siły i ochotę, więc zabrał strzałę i raźno puścił się naprzód, a gdy wydostawszy się z lasu, zobaczył w dali sunące po równinie już nie dwa, ale trzy cienie, z wesołym okrzykiem popędził ku nim.
Z zarzuconymi na plecy rogami, ciężko skacząc i zapadając się co chwila, uciekał ścigany renifer; zataczał koło z widocznym zamiarem wydostania się na już przebieżoną ścieżynę. Ale przeszkadzali mu w tym sunący z obu stron bracia, strasząc go i najeżdżając. Tymczasem Foka, rączy i podniecony, nadbiegał z gotowym łukiem i strzałami w ręku, i byłby może położył zwierza, gdyby ten, natrafiwszy przypadkiem na silniej zmarzniętą płaszczyznę, nie był pomknął z chyżością błyskawicy i znikł nagle z przed oczu myśliwych. Trzask łamiących się zarośli objaśnił, gdzie im się podział. Pośpieszyli więc w tym kierunku, pełni obawy, że zwierz wydobędzie się na swe poprzednie ślady, a biegając dokoła zostanie dla nich stracony. Ale ren zapadł się znowu — skakał, zrywał się, rzucał po lesie jak szalony, zaczepiając o gałęzie i sęki, zrzucając z nich całe obłoki śnieżystej kurzawy. Doścignęli go bez trudu. Foka roznamiętniony, szczęśliwy, z całych sił dotrzymywał im kroku, starając się naśladować zręczne, wyrachowane ich ruchy.
— Aj-da! Zuch! zuch Foka! doprawdy zuch! — krzyknął Dżianha, zwracając ku niemu spotniałą, rozognioną, ale wcale zmęczenia nie zdradzającą twarz. — A tylko, mój zuchu, podwiąż sobie rzemień u obuwia, bo się obalisz.
Zmieszany Foka spojrzał na nogi i znowu poczuł, że mu się na płacz zbiera: ciężkie, futrzane torbasy spadły mu już były niżej kolan, a długie podwiązki wlokły się po ziemi i groziły przewróceniem lada chwila. Musiał się przeto zatrzymać, a tymczasem Ujbanczyk minął go z wesołym śmiechem.
— Zabiją, zabiją beze mnie... Uuu! Pewnie już daleko — szeptał żałośnie, podnosząc się i co tchu ruszając dalej. Wielkim było jego zdziwienie, gdy wpadłszy do lasu, ujrzał o kilka kroków obu braci, skradających się ostrożnie ku płaskiemu wzgórkowi. Zobaczywszy go, dali znak, żeby się spokojnie zachował, a jednocześnie, aby się starał okrążyć wzgórek od strony przeciwnej. Idąc za tą wskazówką, zobaczył na stoku pochyłości renifera, głęboko ugrzązłego w zaspie śniegu. Biedak łeb, przyduszony ciężarem gałęzistych poroży, zwiesił tak nisko, że chrapami, ziejącymi strugi piany i pary, dotykał gruzłowatych kolan przednich łap, tkwiących bezsilnie aż do zgięcia w wysokiej zaspie; wpadłszy na ten lep śnieżny, zwalił się całym ciężarem swej złotej, grzywiastej piersi i nie mógł już powstać. Bokami robił gwałtownie, brocząc z pod strzał pierzastych, tkwiących między żebrami, strugi koralowej posoki; ciemny, śniegiem przyprószony grzbiet jego przebiegały bolesne drgania, a tylne, żylaste nogi deptały konwulsyjnie i gniotły śnieg dokoła, tworząc obszerny dół, ciemny, gdyż powleczony sinym, łagodnym cieniem tylko co nad tumany wzeszłego słońca. Dżianha zdołał już na dziesięć kroków podkraść się do zwierza, ale dalej iść nie śmiał, gdyż zauważył, że nie jest jeszcze dostatecznie wyczerpany, a po przyśpieszonym drżeniu jego członków odgadł, że już go spostrzegł i że się przeraził; zatrzymał się więc i wypuścił strzałę. Ren, wystraszony dobrze mu znanym brzęknięciem pocisku, zebrał ostatki sił i ogromnym, rozpaczliwym skokiem wyrwał się z grząskich więzów. Rozpoczęła się znowu straszna gonitwa, ale zwierz był już znużony, biegł powoli, więc ścigający zbliżali się coraz bardziej. Jak dwa psy gończe, z obu stron biegli za nim bracia: Dżianha na lewo, Ujbanczyk na prawo, od czasu do czasu wypuszczając strzały; z tyłu zaś porzuciwszy łuk, sajdak, nawet czapkę i rękawicę, dziko wyjąc, leciał Foka z nożem w ręce. Ścigany zwierz raz po raz zerkał po za siebie krwawymi, wybiegłymi z orbit oczyma, a kiedy jękła cięciwa, za każdym razem kulił się i przyśpieszał kroku. Wskutek tego nie zmniejszała się ani powiększała przestrzeń, dzielącą łowców od zdobyczy. Ludzie też poczynali się nużyć; twarze ich pobladły, członki skostniały, oddech stał się krótki, syczący, głęboko zapadłe oczy gorzały krwawo, posępnie; biegli jednak, zacisnąwszy zęby, paleni żądzą mordu, gotowi raczej paść trupem, niż zdobycz porzucić. Strzał im wreszcie zabrakło, których Foka zapomniał pozbierać.
— Ujbanczyk! łapaj! — ochrypłym głosem krzyczał Dżianha, wy puszczając ostatnią i tak mierząc, by w razie nietrafienia upadła bratu na drogę. Śmignęła „dwużądła“ i, polatując, opuściła się daleko na śniegi. Ujbanczyk schwycił ją w biegu i łuk z kolei naciągnął. Tak przez czas jakiś przerzucali sobie nacisk, aż ugodził i, wbiwszy się głęboko w żywe ciało, sam zadrżał, jak żywy. Ren skoczył, i głową runął na dół, ryjąc śniegi rogami.
— Uruj! — wrzasnął Dżianha, łuk rzucił, stopy pośpiesznie z nart wyszarpnął, i siadł okradkiem na trzepocącym się jeszcze zwierzu.
— Czego ty tak brzydko na mnie patrzysz? Gdybyśmy cię nie schwytali, sami umarlibyśmy z głodu!... — wyrzekł z uśmiechem, szturchając palcem mdlejące, zapłakane oczy renifera, patrzące na swych zabójców z wyrazem niewymownej boleści i wyrzutu. Ujbanczyk stał obok, oparty na łuku, z rozkoszą wydychał z płuc szalonym biegiem napędzone tam powietrze i patrzał spokojnie na zalane słońcem równiny. Nadbiegł wkrótce i Foka i chciał też koniecznie pchnąć nożem zwierza, lecz nie pozwolili mu przez wzgląd na całość skóry. Surowo skarcili go też i za to, że porzucił broń i odzież, i kazali mu wrócić po nie natychmiast.
Tego samego dnia „dobyli“ jeszcze jednego „dzikusa“, a pod wieczór, naładowawszy sanie mięsem, z którego tylko trochę zostawili dla siebie, i włożywszy na nie ostatniego, niepatroszonego jeszcze rogala, wyprawili Niustera do domu. Sami zasiedli dokoła ogniska, roznieconego w innym już miejscu i w nowo wykopanej jamie. Tu, przypominając wesoło różne wypadki dnia ubiegłego, pili, nie skąpiąc już sobie topionego masła, z drewnianych miseczek, aby co rychlej wrócić siły i sprężystość członkom, zesztywniałym po nadmiernej pracy. Wieczerzając, nie zapominali o wesołym swoim opiekunie „Bajnaju“ i raz po raz rzucali mu na ogień wyborowe kąski mięsa i tłuszczu.



Zobacz też[edytuj]


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wacław Sieroszewski.
  1. Łyże albo narty — duże, cienkie, elastyczne deski z zagiętymi do góry trójkątnymi dziobami, długie od 5 do 8 stóp i na stopę szerokie; do nóg przymocowują je za pomocą rzemiennych pętli, umieszczonych pośrodku, cokolwiek bliżej dziobów, i wloką, nie odrywając od śniegu.
  2. „Kamusowe torbasy“ — miękkie, kosmate buty, uszyte z wyprawnych, ale niepozbawionych sierści łap rena, albo łosia.
  3. Tak Jakuci tej miejscowości przezywają niedźwiedzia, gdy go nie chcą nazwać po imieniu.
  4. Jagiel — porost, mech islandzki.