Pod polską banderą/Zagończyk morski

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Pod polską banderą
Wydawca Książnica - Atlas
Data wydania 1929
Druk Zakładt Graficzne S. A. Książnica-Atlas we Lwowie
Miejsce wyd. Lwów — Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


Rozdział XII.
Zagończyk morski.

Nie długo bawił w domu pan Władysław Haraburda, gdyż w kilka dni po powrocie z wyprawy pod Szczecin wezwali go do siebie komisarze królewscy i oznajmili, że ma czekać na przybycie wielkiego hetmana koronnego.
Tegoż wieczora zjechał do Pucka hetman Stanisław Koniecpolski i w domu starosty stanął.
Na widok pana Haraburdy, oczy hetmanowi śmiać się zaczęły i, chociaż troska malowała się na dostojnem obliczu, rzekł wesoło:
— Ha, mopanku, znowu się spotykamy, ja ci powiadam! Zapraszałem ciebie do Malborku, ale ty się nie śpieszysz, mopanku, ja ci powiadam. Więc jeżeli nie chce góra iść do Mahometa, to, ja ci powiadam, mopanku, Mahomet do niej idzie! Tak to, ja ci powiadam! Słyszałem już o twoich, ja ci powiadam, harcach pod Szczecinem, mopanku. Możesz victoriam conclamare, mopanku, ja ci powiadam, bo elektorek nam teraz cienko śpiewa, ja ci powiadam. Pisze do mnie, do marszałka koronnego i do króla, ja ci powiadam, epistulas uniżone i arcyucieszne, mopanku! Pisze, że nic, ja ci powiadam, o niczem nie wiedział, że to, mopanku, jacyś żądni talarów, mopanku, ludzie tak sobie do Szwedów lgnęli!
— A na mój list, wasza dostojność, elektor odpowiedzi nie przysłał? — spytał pan Haraburda.
— Na twój list? — zdziwił się hetman. — A cóż to za konfidencja, ja ci powiadam, pomiędzy tobą, mopanku, a elektorem?
Pan Haraburda opowiedział o piśmie swojem, węglem na żaglu pisanem.
Hetman i panowie pokładali się ze śmiechu, a pan starosta, jako że człek to był krewki, do świeżego buraka stał się podobny.
— No to widzę, ja ci powiadam, mopanku, że z tobą można na wielkie rzeczy się porywać, ja ci powiadam! — wołał, z uciechy klaszcząc w dłonie, pan Koniecpolski.
— Życie i mienie oddam dla ojczyzny! — odparł rycerz.
— No, to wszystko, znaczy, ja ci powiadam, oddajesz, mopanku! — ze śmiechem mówił hetman.
— Nie, wasza dostojność, — powiedział pan Haraburda — nie wszystko, bo żony nie oddam!
— A nie dziwuję się, mopanku, ja ci powiadam! — kiwnął głową hetman i, spoważniawszy nagle, ciągnął dalej:
— Teraz extra iocum! Szwedzi znowu przenoszą teatrum belli do Inflant. Już wiemy, że w portach i na Gotlandzie gromadzą się orlogi i galery z wojskiem i amunicją. Musimy mieć czas, aby ściągnąć ku granicom więcej wojska. Uwijają się tam teraz zacni kawalerowie a twoi druhowie — DubissaKraczak, Mzura i Korsak Walenty. Ale to kropla w morzu! Nie zdzierżą oni!
Hetman podparł ręką stroskaną głowę i po chwili mówił dalej:
— Djablo mało mamy okrętów, mości panowie! Te bowiem wasze szkuty koło brzegu są dobre, ale na morzu, to — pies wśród zgrai wilków! Nic-to, furda!
— Święte słowa, wasza dostojność! — rzekł rycerz. — Nie szkutom stawiać czoło szwedzkiej armacie potężnej!
— No, widzisz, widzisz, waść! — zawołał pan Koniecpolski. — Wiem, że panowie komisarze i pan starosta już budują dwie duże karawele, lecz póki słońce wejdzie, rosa oczy wyźre. Mamy nóż na gardle! Nóż na gardle, ja ci powiadam! Do ciebie, przeto, waść, zwróciła się myśl moja, o czem najjaśniejszemu panu usilnie referowałem, aż zgodę swoją dać raczył...
Hetman umilkł. Zapanowała głęboka cisza. Słychać było, jak muchy tłukły się pod pułapem. Nareszcie pan Koniecpolski podniósł oczy na rycerza i twardym głosem recytować zaczął:
— Wypłyniesz ze swoją brygantyną, weźmiesz, ile zażądasz, szkut i barkasów z Pucka i rób, co chcesz i jak obmyślisz, ale Szwedów wstrzymaj chocia na dwa tygodnie, aż podciągną łanowi i chorągwie wojewody Ostroroga, bo tam obecnie jest maximum periculum! Rozumiesz, waść?
Pan Haraburda nie odrazu odpowiedział. Myślał długo, aż spojrzał na komisarzy i zapytał cichym głosem:
— Czy mogę wziąć ze sobą szkuty i sam je potopić, gdy mi potrzeba wypadnie?
— Potopić szkuty?! — zawołali panowie Wendt i Nielsen.
— Tak jest! — odparł rycerz. — Może tuż za Helem je potopię. Chcę, żebyście waszmościowie zaufali mnie i owe statki niby podarowali. Jeżeli będzie zgoda i przyzwolenie — wypłynę za trzy dni i rozkaz spełnię, wasza dostojność.
— Co zamierzasz czynić? — spytał niecierpliwy pan Weyher.
— Relację o tem złożę po powrocie z wyprawy, panie starosto — rzekł pan Haraburda.
— Władzą swoją hetmańską zezwolenie daję! — powiedział pan Koniecpolski i dłonią w stół uderzył.
— Wtedy będę prosił, aby ludzie moi zajęli jutro dwie barkasy i trzy szkuty po 150 łasztów każda. Wyprowadzę je za mierzeję, aby niczyje oko nie dopatrzyło tego, co czynić będziemy z owemi statkami — mówił twardym żołnierskim głosem rycerz, podnosząc się.
— A mnie, mopanku, ja ci powiadam, opowiesz o tem, co zamierzasz robić? — zapytał hetman.
— Powiem w kwaterze waszej dostojności! — odparł pan Haraburda.
— To nam nie ufasz? — spytali komisarze, a pan starosta, człek domyślny, tylko oko przymrużył.
— Jakbym śmiał takim zacnym wojownikom i wiernym sługom królewskim nie ulać?! — wzruszył ramionami rycerz. — Lecz wybaczcie, waszmościowie, że powiem, iż jesteście do cudzoziemskich obyczajów nawykli. Ja zaś od zagończyków wojny się uczyłem i takowy modus zamierzam na morzu wypróbować.
— Hm! — mruknął pan starosta. — Rozumiem... rozumiem ciebie, rarogu!...
Gdy zostawszy w hetmanowej komnacie z panem Koniecpolskim i starostą, pan Haraburda wykładał im swój plan, hetman bez przerwy bił się po biodrach i pokrzykiwał:
— A to heca kole pieca, mopanku, ja ci powiadam! Toż to będzie takie teatrum, że aż — ho! Maszkara z przebieraniem się, ja ci powiadam! Nałowisz ty tam rybek, mopanku! Ja ci powiadam, Gustaw-Adolf i książę Gotland, mopanku, jak psi na księżyc, ja ci powiadam, wyć będą... A my im powiemy tedy: „Starsze nasze portki, niż wasze głowy!“ Ho, ho, ho!
Pan Koniecpolski aż na poręcz fotela upadł, trzęsąc się od śmiechu, a pan Weyher, którego krew zalała, mlaskał ustami i, kaszląc, prychając, wyrzucał słowo po słowie:
— Goddam... Ćwik!... Nie fryc... Goddam... Oj... krew... krew... mnie zaleje... Wina... pachołek... co żywo... bo ubiję! Oj! Głowa... nie igłą w niej układano...
Przy kielichach w wielkiej ochocie upłynął wieczór.
Jeszcze tejże nocy imć Kubala mknął do Gdańska z pismem pana Haraburdy.
Wzywał bowiem rycerz panią Wandę do Pucka, gdyż nie chciał z Gdańska, obawiając się szpiegów, odpływać; a także rozkazywał szyprowi Muży do Pucka posunąć „Zjawę Morską“ bez zwłoki.
Nazajutrz przed wieczorem, gdy rycerz, pozostawszy we dwoje z żoną, opowiadał jej o wynikach narady z hetmanem i komisarzami i o tem, co zamierzał czynić, brygantyna stała już przed Puckiem. Żadnego ruchu nie można było jednak dojrzeć na niej.
Pan Haraburda w szalupie podpłynął do swego okrętu, krótką chwilę rozmawiał z szyprem Mużą i, pozostawiwszy imć Wojciecha Kubalę, spokojnie powrócił do Pucka. Wkrótce ten i ów z mieszkańców powtarzał, że coś się popsuło na brygantynie, którą ciesielscy mistrzowie naprawiać mają.
Wieść ta dotarła do Gdańska, gdzie zniknięcie „Zjawy Morskiej“ dało żer różnym domysłom i baśniom. Służący wrogowi kupcy wieść tę szybko posłali Szwedom.
Jednak późnym wieczorem, gdy światła w domach puckich mieszczan zgasły, zakipiała robota. Do burty brygantyny podpłynęły dwie duże szkuty i trzy szmagi dwużaglowe, obsadzone przez okrętników pana Haraburdy; inni na łodziach pojazdowych zwozić zaczęli beczki, skrzynie i wory, układając je w rumach małych statków. O północy otwarto luki w pokładzie brygantyny i zaczęto spuszczać na sznurach jaszcze z prochem, rybami, suchemi podpłomykami, słoniną, duże kadzie i stągwie z wodą, znoszono kule armatnie oraz niedawno sprowadzone z Niemiec „karkasy“ — srogie pociski płonące.
Gdy wszystko było skończone, z fok-marsy bosman po trzykroć podniósł i opuścił zapaloną latarnię i ciemność ponownie nad Małem morzem zapadła.
— Czas już na mnie — rzekł rycerz, biorąc obydwiema rękami dłoń żony.
— Pomódlmy się, Władeńku!... — szepnęła pani Wanda.
Uklękli przed krucyfiksem starym, który tyle pokoleń walecznych Haraburdów widział, gdy oczy ku męczeńskiemu obliczu Ukrzyżowanego przed wielką przygodą lub w radości bezmiernej wznosili.
Nareszcie pani Haraburdzina wstała i z ciężkiem westchnieniem rzekła:
— Tylko dla ojczyzny bez łez i rozpaczy cię puszczam, serce ty moje umiłowane. Bądź-że spokojny mi, bo w modlitwie widziałam szczęśliwą pławbę i ciebie w promieniach sławy!
— W imię ojczyzny i twoje dokonam znacznych czynów! — zawołał w uniesieniu pan Haraburda i, ucałowawszy żonę w usta, oczy i czoło, nie oglądając się, wyszedł twardym krokiem.
Pani Wanda wślad za nim znak krzyża świętego nakreśliła i sama drzwi zamknęła, aby nikt w domu nie wiedział, że rycerz tej nocy Puck opuścił na długo.
Gdy pan Haraburda wstąpił na pokład „Zjawy Morskiej“, natychmiast rozległo się ciche gwizdanie dudki bosmańskiej. Przed burtą brygantyny sunąć zaczęły żagle szkut i szmag i wkrótce pochłonął je nocny mrok.
Rycerz wyczekał długą godzinę, a gdy nareszcie spojrzał na pektoralik i na zniżającą się już Wielką Niedźwiedzicę, rzekł do Muży cichym głosemŁ
— Wyprowadzaj!
Szyper gwizdkami podawał komendę. Warcząc, w kluzach pobiegły na wijadła łańcuchy kotwi, aż od rufy i sztaby rozległy się przyciszone głosy bosmanów:
— Koty na wierzchu!
Znowu pogwizdywał Muża, a okrętnicy, stojący już na marsach i łęcinach, rozpinali żagle, zaś kwatermistrzowa czeladź pracowała przy sterze.
„Zjawa Morska“, nabierając pędu, sunęła z Małego morza, kierując się ku cyplowi piaszczystej mierzei helskiej. Plusnęły pod ostrym dziobem wały szoru i zagrały żagle, biorąc wschodnią dmę. Brygantyna ominęła piaszczystą łachę i pobiegła na zachód.
Gdy na morzu i na ciemnem niebie kreślić się zaczęły szare, mętne smugi przedświtu — z fok-marsy warugowy majtek krzyknął:
— Szkuty i szmagi — pod brzegiem!
Zwolniwszy biegu i ostrożnie sunąc ku ziemi, „Zjawa Morska“ oddała nareszcie kotew i spuściła na wodę szalupy.
Cała załoga stanęła do pracy. Brzeg był pustynny i tylko dzikie kaczki, rybitwy i mewy widziały, co się tam działo.
Dwa dni szustało brygantynę na biegnącej szelei przy piaszczystym brzegu, ale przez ten czas szkuty i szmagi naszychtowano piaskiem i kamieniami, a zgóry — do połowy masztów zawalono faszynami, które czeladź rąbała w zaroślach wiklinowych. Brygantyna też zmieniła swój wygląd. Pomalowano ją znowu na szaro, wywieszono bandery Hanzy i na tablicę ze słowami „Zjawa Morska“ nabito tarcicę, gdzie czernił się napis „Lubeka-Hanza“.
— Z Bogiem! — zawołał nareszcie pan Haraburda. — Ruta na Bornholm!
— Westa na wodę! — odpowiedzieli szyprowie.
Nadawszy wszystkie żagle, pobiegły na wart ciężkie szkuty, przez które raz po raz przebiegała szumiąca przelewa; na uboczu, o strzał armatni, płynęła brygantyna.
Gdy dojrzano brzegi wyspy, pan Haraburda rozkazał małym statkom ominąć ją i trzymać rudel na Gotland, sam zaś śmiało zbliżał się do Bornholmu.
Znalazł tam kilka dużych galjon żaglowych, naładowanych rybami dla wojska i jedną orlogę zbrojną, osłaniającą gotową do odpłynięcia flotylę. Podszedłszy blisko, pan Haraburda zatopił orlogę i krypy, wyniszczył do reszty baty, barkasy, zugi, a nawet najmniejsze łupiny morskie i, spokojny o to, że z wyspy długo nikt nie doniesie Szwedom o napadzie, pobiegł na północ.
Dognawszy swoje szkuty, ostrożnie zbliżał się rycerz do Gotlandu. Wiedział, że tam spotka silnego wroga, gdyż z tej wyspy zwykle wyruszała armata szwedzka ku brzegom Kurlandji i Estonji, podarowanej przez króla Zygmunta koronie polskiej.
Nie pomylił się pan Haraburda i w tem widzieć zaczął dobry omen dla swej zuchwałej wyprawy. Od barona Palena i starych szyprów z „Filsandy“ rycerz dowiedział się, jak się odbywa żegluga koło Gotlandu i gdzie rzucają kotwie duże okręty. Rozmawiał też o tem z kupcami gdańskimi, kiedy oni go namawiali do pływanek targowych, a on mapy przeglądał starannie i z komendantami galer hanzejskich przy kubku miodu i węgrzyna rozmowy o żegludze do różnych krajów prowadził.
Wiedział więc pan Haraburda, że jedyną zatoką, gdzie mogą lądować okręty, jest Wisby, do której prowadzi wąska lecz łodna cieśnina pomiędzy wysokiemi skałami.
Podszedłszy w nocy do zatoki, pan Haraburda rogiem retmana szwedzkiego wyzwał, aby stanął przy rudlu i do Wisby brygantynę wprowadził.
Gdy „Zjawa Morska“ stanęła na jednej kotwi w zatoce, rycerz odwiedził starszyznę portową. Oznajmił zbudzonym ze snu Szwedom o przybyciu czołowych statków dużej flotyli, wiozących dla wojska faszyny oblężnicze, prowiant i proch, i upewniwszy, że nazajutrz przybędzie sam kupiec hanzejski — Fryderyk Stein dla lichtunku towarów i pobrania opłaty, powrócił na swoją brygantynę.
Już wchodząc do Wisby, pan Haraburda dostrzegł dwie duże zugi, stojące tuż przy czeluści cieśniny, prowadzącej do zatoki.
— Dobra nasza! — rzekł do Kubali i Muży. — Niech nasze szkuty pocichu płyną na morze i biegną do Gdańska, piach i kamienie po drodze wyrzucając...
Rycerz ustawił swoje trzy szmagi tak, że niemal dotykały burtami kadłubów wielkich szwedzkich fregat, najeżonych działami.
Tuż przed świtem bosmanowie i ciurowie ze szmag zjawili się na pokładzie brygantyny.
— Wsyćko abgemacht! — zaczął recytować bosman. — Cumkami mocno nasze koryta do sterów tych oto szwedzkich basetli psycepilim i lonty długie do becek prochowych opuścilim. Tlą się sobie tera i tlą, jakgdyby nic, a jak się dotlą, no, to prochy fukną zamasyście, bo becki kamieniami psywalone!
— Wyprowadzaj brygantynę, szyprze! — szepnął do Muży pan Haraburda.
„Zjawa Morska“, którą wiatr dokoła łańcucha kotewnego obrócił i dziobem do wyjścia postawił, skierowała się powolnym biegiem ku wyjściu z Wisby.
Tuż za skałami brygantyna stanęła w dryf, szustając się zlekka na gładzie, nadbiegającej z odkrytego morza.
Kilka szalup odbiło od niej natychmiast.
Uzbrojeni okrętnicy pod dowództwem Kubali i sprytnego a zuchwałego komendora Pyzy, co to pismo rycerza dostarczyć księciu brandenburskiemu się podejmował, cicho podpłynęli do szwedzkich zug, stojących przy cieśninie.
Porzucone przez ludzi i uszkodzone stały pochylone, już wodą zalewane.
— Jak im więcej gardziele roztworzymy, to już niewiele a pójdą sobie na dno — zauważył radosnym głosem Kubala. — Bóg nad nami czuwa!
— Fart ma nasz komendant i — tyle! — odparł Pyza, wiercąc dziurę w sztabie krypy.
Odrąbano cumy. Statki, od przodu napełniając się wodą, zaczęły sunąć ku sobie dziobami, coraz się bardziej nurzając.
Gdy szalupy przybiły do brygantyny, szwedzkie zugi zatonęły.
— Dobra! — zawołał pan Haraburda. — Teraz żaden duży okręt stąd nie wyjdzie! Ludzie do dział! Biegły ogień po zatoce karkasami!
Huknęły armaty. Płonące pociski zaczęły padać na duże i małe statki szwedzkie, szerząc popłoch wśród śpiących majtków i pogrążonego w ciemnościach miasteczka. Palić się najpierw zaczęły ładowane sianem i owsem orlogi, a ogień przerzucał się na stojące wpobliżu szkuty i lichtuny. Hukowi dział z brygantyny odpowiedziały wybuchy szmag polskich, a wylatujące kamienie i odłamki drzewa burzyły burty i pokłady szwedzkich galer i mniejszych brygów, zapalając niektóre z nich i topiąc.
Wtedy wynikło zamieszanie na zatoce. Różne statki w popłochu rejdowały kotwice i rąbały trzymające je przy brzegu lub przy pływających bakanach cumy, usiłując wyjść z Wisby, która stała się pułapką. Statki, płynące w nieładzie i w zwodniczem świetle płonących kryp i brygów, potrącały się burtami, zderzały się dziobami, lub wbijały ostre żelazne okucia sztab w szerokie rufy stojących przed niemi okrętów. Przerażone krzyki, nawoływania, gwizdki bosmanów na owral, ryk rogów i tub zmieszały się z trzaskiem i sykiem płomieni, hukiem dział „Zjawy Morskiej“ i bezładną strzelaniną z rusznic, gdyż ku brzegowi zbiegali zbudzeni ze snu drabanci szwedzcy i rajtarja.
Pan Haraburda szalał, a jego brygantyna, niewidzialna w nocy, nagle się wyłaniała, jak szkarłatne widmo, ziejąc ogniem ze wszystkich wyziorów burtowych, ze sztaby, z teremu sterowego a nawet z marsów, gdzie pomysłowy żeglarz ustawił lekkie śmigownice. Gdy płomienne żądła dział, łyskające wzdłuż burty, znikały, — mrok ukrywał napadającą „Zjawę Morską“, aż znów się wynurzała z otchłani nocy, w czerwonych wyziewach paszcz armatnich, groźna i wściekła.
Dwie duże szwedzkie fregaty, w obawie przed nowemi wybuchami i szerzącym się pożarem, ruszyły ku cieśninie, strzelając z armat, stojących na dziobie. Pan Haraburda nie krył się jednak, więc brygantyny, rozpiąwszy wszystkie żagle, runęły śmiało naprzód, aby się przerwać na otwarte morze i, zczepiwszy się z przeciwnikiem, odeprzeć zuchwały napad.
„Zjawa Morska“ nagle przestała zasypywać zatokę pociskami i na masztach swoich zapaliła duże świetliska. Kule nieprzyjacielskie uderzały teraz o pokład, przetrącały cieńsze gafie i reje, zmiatały majtków, a wśród nich buńczucznego Pyzę, którego pocisk ugodził w pierś, lecz pan Haraburda wciąż trzymał puszkarzy przy działach w bezczynności. Czekał...
Fregaty nabrały pędu i leciały, jak ptaki, ku wyjściu z zatoki.
Nagle rozległ się zgrzyt, wściekłe i wystraszone krzyki, odgłosy urywanej, brzmiącej trwogą komendy, jakieś rozpaczliwe sygnały. Minęło kilka minut i uszu rycerza doszedł nowy chrzęst, trzask pękających tarcic poszycia, plusk wody, wycie przerażonych ludzi i jeszcze bardziej trwożne sygnały, nawoływania i gwizdki.
— Biegły ogień z obydwóch deków! Zniżyć cel! — huknął pan Haraburda.
„Zjawa Morska“ znowu zaryczała, rozdzierając nocną ciszę grzmotem dział, błyskawicami migotliwemi przeszywając mrok, szalała i wściekała się aż do pierwszych błysków świtu.
Wtedy dopiero odpłynęła od skał Wisby na daleki strzał armatni i zdryfowała.
Pan Haraburda z szyprem weszli na fok-marsę i przez lunetę rozglądali pole walki.
— Jest! — zawołał rycerz i ręką wskazał na wystające z wody szpile i topreje masztów szwedzkich brygantyn.
— Wskoczyły te fregaty na utopione zugi, wały się i stanęły, a my ich dobilim! — domyślił się szyper. — Chwacko zapchalim ową gardziel, teraz któżta tam przechynie?
— Nikt! — odezwał się pan Haraburda. — Nikt, aż podniosą lub prochami wysadzą owych topielców.
Gdy czeladź ujrzała zamknięte wyjście z Wisby, zrozumiała że, przerywając ostrzeliwanie, komendant wziął Szwedów na wabia i kadłubami ich okrętów zatkał zatokę.
— Dla takowej zabawy to umrzeć słodko, nicem kubek okowity łyknąć! — zauważył młody mazur Szczurek, obszywając w płótno ciała zabitych towarzyszy. — Ciescie się zatem, brachy, że w taki poranek za ojczyznę się pomarło wam!
Ze szczytów skał żywiej zagrały rusznice piechurów szwedzkich, lecz kule nie dolatywały już.
Posławszy Szwedom kilka pocisków armatnich, „Zjawa Morska“, zhysowała żagle i odpływać zaczęła.
Pan Haraburda zamknął się w dunecie i, rozwinąwszy przed sobą mapę Bałtyku, myślał.
W rogu izby siedział nieodstępny towarzysz — imć Wojciech Kubala i, jak w słońce, patrzył w groźne, skupione oblicze rycerza.
Nagle pan Haraburda podniósł głowę, a oczy mu błysnęły drapieżną wesołością:
— Czyżbyś nie chciał, asan, do króla Gustawa-Adolfa na piwo wstąpić i do kompanji z nim się zaprosić? — spytał nagle.
Kubala oczy zmrużył i wzruszył ramionami.
— Z waszą dostojnością to i do kompanji z djabłem zaprosić się rad jestem! — rzekł.
— Cóż to, asan, wygadujesz! — udając oburzenie, zawołał pan Haraburda. — Czyżbyś widział, żebym się z djabłem zadawał?
— A widziałem! — ze śmiechem odparł sprytny chłopak. — A czyż baron Palen nie był djabłem? Sam słyszałem, jak pysznił się, że go nazywano „morskim czartem!“
— Ha, tedy mea culpa! Masz, widzę asanie, rację — powiedział wesołym głosem pan Haraburda. — No, to już wiedz, że właśnie do Sztokholmu popłyniemy, ale nie wiem, czy Gustaw Adolf rad nam będzie? Ciebie poszlę jego o to zapytać, imć panie Kubala!
— Grzecznie będę do niego gadał, to i rad będzie! — zawołał Wojtek. — Siła mu możemy uciesznych rzeczy o gotlandzkiej hecy rozpowiedzieć! Nudzi mu się przecie w Sztokholmie bez wieści i dobrej kompanji!
— Jeżeli tak, to pójdź do szypra i powiedz mu tylko tyle: „Nord!“ — rozkazał pan Haraburda, a Kubala natychmiast dunetę komendanta opuścił.
Długo płynęła „Zjawa Morska“ na północ, bo w dzień czaiła się w głębokich fiordach, ukrytych za skalistemi wiszarami brzegów i za rafami, pomiędzy któremi zwrotna i słuchająca rudla brygantyna, ciągle rzucając grzązło do mierzenia głębokości, szczęśliwie się wślizgiwała. Okoliczni rybacy i wieśniacy zbiegali ku niej, na wąski zdziar, a, widząc flagę Hanzy, z zaufaniem wchodzili na pokład i przed mówiącemi po niemiecku i szwedzku okrętnikami tajemnic nie mieli.
Pan Władysław Haraburda gromadził ważne wieści i głowił się nad tem, jakby je staroście, panu Weyherowi, przesłać.
Udało mu się to w kilka dni później. Dojrzał, bowiem, szyper na maszcie płynącej galery hanzejską flagę. Wyszedłszy z fiordu, rycerz przeciął drogę okrętowi i, zatrzymawszy go, prosił komendanta o oddanie w Gdańsku pisma kupcowi Hanzy, Johannowi Lehmanowi, który, jak wiedział, był miłośnikiem Rzeczypospolitej.
Pan Haraburda pisał do Lehmana chytrze. Radował się więc, że „Handelsseeberufsgenossenschaft“ robi dobre interesy i pomaga królowi Gustawowi, który złotem płaci za towary, z Lubeki i Hamburga dostarczane, że wojowniczy król długą wojnę obmyśla, bo pospolite ruszenie, o jakiem nie słyszano dotąd w Szwecji, ogłasza i rybaków na swoje okręty przymusem wsadza, prochownie pootwierał w Malmö, Goteborgu i Karlskronie, którym to prochowniom Prusy książęce i elektor brandenburski saletrę i siarkę posyłają. Pisał jeszcze pan Haraburda, że przez dwa tygodnie będzie jednak spokój, bo roboty dużo, albowiem wojna się gotuje, zalecał, aby się czcigodny Lehman nie wygadał z tem przed starostą puckim i mieszkańcami domu przy Długowsi.
Podpisał pan Haraburda swoje pismo nazwiskiem niemieckiem i znowu dodał, że z wojny szwedzko-polskiej rad jest.
Widocznie jednak i pan starosta Weyher, gdy od Lehmana o piśmie się zwiedział, też rad był, bo, nie zwlekając, pchnął gońca do hetmana Koniecpolskiego, a sam poleciał do Gdańska i jął zabierać okręty przewrotnej i zdradliwej Hanzy, do floty polskiej je włączając spokojnie.
Porwał więc krewki pan starosta dużą orlogę, stojącą w porcie, i galerę, która pismo pana Haraburdy przywiozła, i, nic nie podejrzewając, żelazo szwedzkie do składów gdańskiego kupca, Justusa Krockera, lichtowała.
Wpadł później pan Weyher do pani Wandy i, chociaż krew go już od wzruszenia i radości bezmiernej zalewać zaczęła, wybełkotał, wymachując rękami:
Defensor patriae! Rycerz przesławny... Salvator Rzeczypospolitej... Kroniki o nim pisać... będą!...
Pani Haraburdzina, która już od imć Lehmana wieści o mężu otrzymała, tak wielką szczęśliwość w sercu czuła, że na widok oblicza sędziwego pana starosty, słysząc jego zachwyt nad czynami rycerza, w uniesieniu rękę mu ucałowała.
Łzy miał w oczach poczciwy pan Jan, a po chwili krew go do czubka potężnej głowy zalała, bo usłyszał coś, czego w liście nie było.
— Opowiadał panu Lehmanowi komendant hanzejskiej galery, że zahaczył o Gotland i nie mógł wejść do zatoki, bo ją jakowaś brygantyna zatkała, w potrzask wprowadziwszy siła okrętów szwedzkich! — mówiła pani Wanda.
— To on zdziałał! — zakrzyknął pan starosta. — On — zagończyk morski, niech go... kule biją! Nikt inszy — tylko oni...
— I ja tak suponuję, — rzekła pani Haraburdzina — bo...
Nie skończyła jednak, gdyż pan starosta tak straszliwie pokraśniał i prychać zaczął, że pobiegła po wodę, którą ujrzawszy, pan Jan rękami zatrzepotał i wyjąkał:
— Wina... prędko wina!...
Wypiwszy duszkiem duży kubek, do równowagi i zdrowia szybko pan starosta powrócił.
— Teraz rozumiem — rzekł, sapiąc — co znaczą owe „dwa tygodnie“, podkreślone grubo, w piśmie pana Władysławowem! Ha, zagończyk! Pokaże on im, gdzie raki zimują! A to się nam frant przytrafił! Pfu! Pfu! Oj, radzi mu szwedzkie gemajny, jak dziewki suchej rzepie! Aha! Na to szczupak jest, żeby karaś nie drzymał! Aha! Pfu! Pfu! Bezmała krew mnie nie zalała ze wszystkiem! Pfu!
Długo się nie mógł uspokoić pan Weyher, aż się zerwał, jak opętany, i, klasnąwszy w dłonie, huknął na pachołka:
— Biegnij mi lotem do burgrabiego i powiedz mu, żeby mi tu migiem karabon pchnął i dobre konie dał, bo do pana hetmana do Malborka skoczyć muszę! A na jednej nodze! Na jednej nodze, bo ubiję, jak mi Bóg miły, ubiję!
Niecierpliwy i krewki pan starosta istotnie poleciał do hetmańskiej kwatery, aby nowiną się osobiście podzielić i wielkim sukcesem się nacieszyć.
Pani Wanda zaś długo się modliła, oczami duszy usiłując przez otchłań oddalenia ujrzeć swego rycerza, błąkającego się po nieznanem morzu, śmierci i niebezpieczeństwu w źrenice patrząc bez strachu i wahania, gdyż ojczyźnie służył szczerze, o sobie zapominając.
— Jeżeli potrzebny on jest dla szczęścia i sławy Polski naszej, chroń go wśród wałów szalejących i strzał wrażych, Matko Przenajświętsza, Zbawicielu Umęczony! Zbaw go dla ojczyzny i dla mnie — niegodnej! Osłoń go opieką potężną, Boże!
Usłyszana została w niebiosach modlitwa żony rycerza, bo gorąca była ta modlitwa i w głębi czystego, miłującego serca, troską i boleścią wykarmiona.
Pan Haraburda wężowym szlakiem sunął ku Sztokholmowi, w dzień zapadając do mrocznych fiordów, a w nocy — wartem biegnąc na północ. Wpobliżu Nykoping napadł na dwie galery szwedzkie z rajtarją i końmi i potopił, nikogo nie żywiąc; zaczaiwszy się w ciemnych wiągach tuż przed Sztokholmem, topił przez trzy dni szonery, zugi i szmagi, zwożące materjały wojenne do głównego obozu. Bez liku wyniszczył tego pływającego drobiazgu rycerz, a Szwedzi, wiedząc, że Polska na morzu pozostaje bezbronna, byli spokojni i nic ich nie trwożyło.
Nareszcie „Zjawa Morska“ pewnej nocy stanęła przed wejściem do zatoki Sztokholmskiej.
— Dyć to szwedzka stolica nowa? — szepnął do szypra jeden z okrętników.
— A no — spokojnie odparł Muża.
— Pobieżymy tam, cy nie pobieżymy? — pytał dalej ciura.
— W tem głowa komendanta! On myśli, nie ty i nie ja! — powiedział szyper.
— A jak myślicie? — nacierał majtek.
— Myślę, co ja tobie ziebra połamię, jeżeli szczekać nie ustaniesz! — mruknął szyper.
Rozmowa się urwała, bo na pokład wszedł pan Haraburda i, oparłszy się o zastawidło burtowe, wpił oczy w ciemną dal.
Była księżycowa, jasna noc. Morze skrzyło się od drobnej posiewy, gdyż na fale padały leniwe i ciężkie promienie miesiąca, a z toni wypływały, zapalając się i gasnąc na gładzie, zielone iskierki, migotliwe ogniki i jasne smugi, rzucane niewidzialną ręką odmętu.
O kilka staj od kołyszącej się brygantyny nad wodą powiewała chorągiew Szwecji. W ten sposób oznaczone było miejsce niebezpieczne, gdzie pod wodą czaił się duży, ostry kamień.
— Szyprze! Posłać szalupę i zerwać mi tę szmatę, a na jej miejscu wywiesić naszą flagę polską! A duchem mi, Mużo!
Na żelaznym pręcie, umocowanym do beczki, która stała zakotwiona na kamieniu, powiewał wkrótce czerwony sztandar okrętowy z ramieniem, dzierżącem miecz.
Pod tym herbem widniał napis, ułożony przez pana Haraburdę:

„Potężnie bić zamierzasz, Szwedzie, w Polski próg,
Lecz od Lechitów miecza zginiesz, boś Polski wróg!“.

Jeszcze kilka dni ukrywała się „Zjawa Morska“ w głębokich, ponurych fiordach, tuż pod bokiem całej armaty Gustawa-Adolfa, i proceder swój nocny prowadziła, topiła coraz nowe, większe i mniejsze statki wraże, podchodząc je bez strzału.
Zahaczywszy nieprzyjaciela, czeladź wbiegała na pokład i, bijąc się na białą broń, wycinała bez litości załogę szwedzką.
Nikt na brygantynie nie wiedział, jak długo będzie trwała pławba, aż pewnej nocy, rycerz wyszedł na kasztel i, obejrzawszy morze, rzekł do szypra:
— Dość już! Biegnijmy ku Kurlandzkim Zabrzegom!
Muża wydał komendę.
— Chyba już nikogo nie ostało przy życiu z okrętników szwedzkich? — zapytał żartobliwym głosem Kubala.
— Głupiś! — odparł szyper. — Złego, jak robactwa, wszędzie pełno! Tego nie wyżeniesz łacno!
— A jeżeli ogniem spróbować? — zaśmiał się imć Kubala.
Posłyszał te słowa pan Haraburda i rzekł z powagą:
— Ogień na Szwedów Rzeczpospolita rzuci teraz, czy później, a będzie to okrutna kara! Nikt się jej nie ostoi!
— Oby prędzej ten czas przyszedł! — westchnął Kubala.
— Czy prędko, czy nie — tego nie wiem, a że przyjdzie, w to wierzę! — odpowiedział rycerz.
— Eh! Niemas Pyzy nasego, — mruknął jeden z Mazurów — tenby ci ksyknął bez długiego cekania: „dajciez mi zagiew, a ja cerwonego kura na cały Stokholm zucę i łuną samemu królowi w jego legle zaświce!“ Niemas Pyzy! Spi nieboracyna głęboko na dnie tego moza, co tylu juz łyknęło na zawse! Eh! Pyza, Pyza, brachu nas najmilejsy!
I jakgdyby odpowiadając na te wspomnienia żałośne, zawyła wśród żagli i lin potężna dma, zwieruszyła, skotłowała morze i szaleć zaczęła, niby ścierając ślady walki. Tętniły żagle, śpiewając ponurą pieśń, gięły się i skrzypiały maszty, dudniły, naciągane jak struny olbrzymiej lutni wanty i liny; brygantyna szustała i ryła morze, niosąc przed sobą pienny pióropusz kipieli. Wały wylatywały nad dziobem, z sykiem i pluskiem przelewały się przez pokład, biły w burty i rufę, aż jęczeć zaczęły i żalić się grube wręgi i okute żelazem tarcice steru.
Z pośród fal jakieś widma chybkie, może dusze zatoniętych żeglarzy, wychylały się i miotały, długie, blade ręce wyciągając i patrząc bezdennemi, strasznemi oczami kręcących się, przepaścistych wirów. Znikały, aby znowu powstać i mgliste, jak majaki niejasne, jak widziadła mary nocnej, przelatywały z grzebienia wału na rozwianą grzywę prysku, ślizgały się dokoła pobojowiska, ginąc w rozstępujących się od wojach bezdennych i chyżych.
Wycie, ryk, plusk, jęki istot nieznanych, lecz groźnych... tak mówić zaczęło morze.
Płochliwych i słabych lękiem udręczyłby Bałtyk rozszalały pod smaganiem siewierzy — nordy podstępnej, co na rafy, rewy i na zdziary wiągów galery i brygi ciskała — na śmierć, na zagładę.
Zagończyk stał na plichcie i śmiał się z wałów czubatych, pianą wściekłą plujących. Dziką, drapieżną radość miał w sercu rycerz, widząc, jak biegnie lotna brygantyna, refując wydęte, wyprężone płachty żagli.
Muża, szyper kaszubski, do zwału skalnego podobny, nogi wparł mocno w szustający pokład dunety i gromką oddał komendę:
— Wychodź na ruchawę, na war! Od kraju trzymaj na morze! Porwa!
— Porwa! Porwa! — odkrzyknęli ludzie od steru, bukszprytu i z marsów.
I na odgłos mocnej ludzkiej mowy zniknęły widma i majaki straszące, umilkły ich jęki, łkania i groźby. Tylko fale syczące mknęły hufcami, tylko szturm grał.
Wtem od rudla doszła śpiewka mazurska, skoczna i beztroska:

Sedł raz Łojda utrudzony
Wiecór z karcmy do swej zony
Przez wieś gościńcem serokim,
Com sam swoim widzioł okiem...




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.