Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/164

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Czy mogę wziąć ze sobą szkuty i sam je potopić, gdy mi potrzeba wypadnie?
— Potopić szkuty?! — zawołali panowie Wendt i Nielsen.
— Tak jest! — odparł rycerz. — Może tuż za Helem je potopię. Chcę, żebyście waszmościowie zaufali mnie i owe statki niby podarowali. Jeżeli będzie zgoda i przyzwolenie — wypłynę za trzy dni i rozkaz spełnię, wasza dostojność.
— Co zamierzasz czynić? — spytał niecierpliwy pan Weyher.
— Relację o tem złożę po powrocie z wyprawy, panie starosto — rzekł pan Haraburda.
— Władzą swoją hetmańską zezwolenie daję! — powiedział pan Koniecpolski i dłonią w stół uderzył.
— Wtedy będę prosił, aby ludzie moi zajęli jutro dwie barkasy i trzy szkuty po 150 łasztów każda. Wyprowadzę je za mierzeję, aby niczyje oko nie dopatrzyło tego, co czynić będziemy z owemi statkami — mówił twardym żołnierskim głosem rycerz, podnosząc się.
— A mnie, mopanku, ja ci powiadam, opowiesz o tem, co zamierzasz robić? — zapytał hetman.
— Powiem w kwaterze waszej dostojności! — odparł pan Haraburda.
— To nam nie ufasz? — spytali komisarze, a pan starosta, człek domyślny, tylko oko przymrużył.
— Jakbym śmiał takim zacnym wojownikom i wiernym sługom królewskim nie ulać?! — wzruszył ramionami rycerz. — Lecz wybaczcie, waszmościowie, że powiem, iż jesteście do cudzoziemskich obyczajów nawykli. Ja zaś od zagończyków wojny się uczy-