Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/165

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


łem i takowy modus zamierzam na morzu wypróbować.
— Hm! — mruknął pan starosta. — Rozumiem... rozumiem ciebie, rarogu!...
Gdy zostawszy w hetmanowej komnacie z panem Koniecpolskim i starostą, pan Haraburda wykładał im swój plan, hetman bez przerwy bił się po biodrach i pokrzykiwał:
— A to heca kole pieca, mopanku, ja ci powiadam! Toż to będzie takie teatrum, że aż — ho! Maszkara z przebieraniem się, ja ci powiadam! Nałowisz ty tam rybek, mopanku! Ja ci powiadam, Gustaw-Adolf i książę Gotland, mopanku, jak psi na księżyc, ja ci powiadam, wyć będą... A my im powiemy tedy: „Starsze nasze portki, niż wasze głowy!“ Ho, ho, ho!
Pan Koniecpolski aż na poręcz fotela upadł, trzęsąc się od śmiechu, a pan Weyher, którego krew zalała, mlaskał ustami i, kaszląc, prychając, wyrzucał słowo po słowie:
— Goddam... Ćwik!... Nie fryc... Goddam... Oj... krew... krew... mnie zaleje... Wina... pachołek... co żywo... bo ubiję! Oj! Głowa... nie igłą w niej układano...
Przy kielichach w wielkiej ochocie upłynął wieczór.
Jeszcze tejże nocy imć Kubala mknął do Gdańska z pismem pana Haraburdy.
Wzywał bowiem rycerz panią Wandę do Pucka, gdyż nie chciał z Gdańska, obawiając się szpiegów, odpływać; a także rozkazywał szyprowi Muży do Pucka posunąć „Zjawę Morską“ bez zwłoki.
Nazajutrz przed wieczorem, gdy rycerz, pozostawszy we dwoje z żoną, opowiadał jej o wynikach na-