Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/163

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


czak, Mzura i Korsak Walenty. Ale to kropla w morzu! Nie zdzierżą oni!
Hetman podparł ręką stroskaną głowę i po chwili mówił dalej:
— Djablo mało mamy okrętów, mości panowie! Te bowiem wasze szkuty koło brzegu są dobre, ale na morzu, to — pies wśród zgrai wilków! Nic-to, furda!
— Święte słowa, wasza dostojność! — rzekł rycerz. — Nie szkutom stawiać czoło szwedzkiej armacie potężnej!
— No, widzisz, widzisz, waść! — zawołał pan Koniecpolski. — Wiem, że panowie komisarze i pan starosta już budują dwie duże karawele, lecz póki słońce wejdzie, rosa oczy wyźre. Mamy nóż na gardle! Nóż na gardle, ja ci powiadam! Do ciebie, przeto, waść, zwróciła się myśl moja, o czem najjaśniejszemu panu usilnie referowałem, aż zgodę swoją dać raczył...
Hetman umilkł. Zapanowała głęboka cisza. Słychać było, jak muchy tłukły się pod pułapem. Nareszcie pan Koniecpolski podniósł oczy na rycerza i twardym głosem recytować zaczął:
— Wypłyniesz ze swoją brygantyną, weźmiesz, ile zażądasz, szkut i barkasów z Pucka i rób, co chcesz i jak obmyślisz, ale Szwedów wstrzymaj chocia na dwa tygodnie, aż podciągną łanowi i chorągwie wojewody Ostroroga, bo tam obecnie jest maximum periculum! Rozumiesz, waść?
Pan Haraburda nie odrazu odpowiedział. Myślał długo, aż spojrzał na komisarzy i zapytał cichym głosem: