Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/168

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Znowu pogwizdywał Muża, a okrętnicy, stojący już na marsach i łęcinach, rozpinali żagle, zaś kwatermistrzowa czeladź pracowała przy sterze.
„Zjawa Morska“, nabierając pędu, sunęła z Małego morza, kierując się ku cyplowi piaszczystej mierzei helskiej. Plusnęły pod ostrym dziobem wały szoru i zagrały żagle, biorąc wschodnią dmę. Brygantyna ominęła piaszczystą łachę i pobiegła na zachód.
Gdy na morzu i na ciemnem niebie kreślić się zaczęły szare, mętne smugi przedświtu — z fok-marsy warugowy majtek krzyknął:
— Szkuty i szmagi — pod brzegiem!
Zwolniwszy biegu i ostrożnie sunąc ku ziemi, „Zjawa Morska“ oddała nareszcie kotew i spuściła na wodę szalupy.
Cała załoga stanęła do pracy. Brzeg był pustynny i tylko dzikie kaczki, rybitwy i mewy widziały, co się tam działo.
Dwa dni szustało brygantynę na biegnącej szelei przy piaszczystym brzegu, ale przez ten czas szkuty i szmagi naszychtowano piaskiem i kamieniami, a zgóry — do połowy masztów zawalono faszynami, które czeladź rąbała w zaroślach wiklinowych. Brygantyna też zmieniła swój wygląd. Pomalowano ją znowu na szaro, wywieszono bandery Hanzy i na tablicę ze słowami „Zjawa Morska“ nabito tarcicę, gdzie czernił się napis „Lubeka-Hanza“.
— Z Bogiem! — zawołał nareszcie pan Haraburda. — Ruta na Bornholm!
— Westa na wodę! — odpowiedzieli szyprowie.
Nadawszy wszystkie żagle, pobiegły na wart ciężkie szkuty, przez które raz po raz przebiegała szu-