Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/169

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


miąca przelewa; na uboczu, o strzał armatni, płynęła brygantyna.
Gdy dojrzano brzegi wyspy, pan Haraburda rozkazał małym statkom ominąć ją i trzymać rudel na Gotland, sam zaś śmiało zbliżał się do Bornholmu.
Znalazł tam kilka dużych galjon żaglowych, naładowanych rybami dla wojska i jedną orlogę zbrojną, osłaniającą gotową do odpłynięcia flotylę. Podszedłszy blisko, pan Haraburda zatopił orlogę i krypy, wyniszczył do reszty baty, barkasy, zugi, a nawet najmniejsze łupiny morskie i, spokojny o to, że z wyspy długo nikt nie doniesie Szwedom o napadzie, pobiegł na północ.
Dognawszy swoje szkuty, ostrożnie zbliżał się rycerz do Gotlandu. Wiedział, że tam spotka silnego wroga, gdyż z tej wyspy zwykle wyruszała armata szwedzka ku brzegom Kurlandji i Estonji, podarowanej przez króla Zygmunta koronie polskiej.
Nie pomylił się pan Haraburda i w tem widzieć zaczął dobry omen dla swej zuchwałej wyprawy. Od barona Palena i starych szyprów z „Filsandy“ rycerz dowiedział się, jak się odbywa żegluga koło Gotlandu i gdzie rzucają kotwie duże okręty. Rozmawiał też o tem z kupcami gdańskimi, kiedy oni go namawiali do pływanek targowych, a on mapy przeglądał starannie i z komendantami galer hanzejskich przy kubku miodu i węgrzyna rozmowy o żegludze do różnych krajów prowadził.
Wiedział więc pan Haraburda, że jedyną zatoką, gdzie mogą lądować okręty, jest Wisby, do której prowadzi wąska lecz łodna cieśnina pomiędzy wysokiemi skałami.