Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/180

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


i gasnąc na gładzie, zielone iskierki, migotliwe ogniki i jasne smugi, rzucane niewidzialną ręką odmętu.
O kilka staj od kołyszącej się brygantyny nad wodą powiewała chorągiew Szwecji. W ten sposób oznaczone było miejsce niebezpieczne, gdzie pod wodą czaił się duży, ostry kamień.
— Szyprze! Posłać szalupę i zerwać mi tę szmatę, a na jej miejscu wywiesić naszą flagę polską! A duchem mi, Mużo!
Na żelaznym pręcie, umocowanym do beczki, która stała zakotwiona na kamieniu, powiewał wkrótce czerwony sztandar okrętowy z ramieniem, dzierżącem miecz.
Pod tym herbem widniał napis, ułożony przez pana Haraburdę:

„Potężnie bić zamierzasz, Szwedzie, w Polski próg,
Lecz od Lechitów miecza zginiesz, boś Polski wróg!“.

Jeszcze kilka dni ukrywała się „Zjawa Morska“ w głębokich, ponurych fiordach, tuż pod bokiem całej armaty Gustawa-Adolfa, i proceder swój nocny prowadziła, topiła coraz nowe, większe i mniejsze statki wraże, podchodząc je bez strzału.
Zahaczywszy nieprzyjaciela, czeladź wbiegała na pokład i, bijąc się na białą broń, wycinała bez litości załogę szwedzką.
Nikt na brygantynie nie wiedział, jak długo będzie trwała pławba, aż pewnej nocy, rycerz wyszedł na kasztel i, obejrzawszy morze, rzekł do szypra:
— Dość już! Biegnijmy ku Kurlandzkim Zabrzegom!
Muża wydał komendę.
— Chyba już nikogo nie ostało przy życiu z okrętników szwedzkich? — zapytał żartobliwym głosem Kubala.