Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/173

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


aby się przerwać na otwarte morze i, zczepiwszy się z przeciwnikiem, odeprzeć zuchwały napad.
„Zjawa Morska“ nagle przestała zasypywać zatokę pociskami i na masztach swoich zapaliła duże świetliska. Kule nieprzyjacielskie uderzały teraz o pokład, przetrącały cieńsze gafie i reje, zmiatały majtków, a wśród nich buńczucznego Pyzę, którego pocisk ugodził w pierś, lecz pan Haraburda wciąż trzymał puszkarzy przy działach w bezczynności. Czekał...
Fregaty nabrały pędu i leciały, jak ptaki, ku wyjściu z zatoki.
Nagle rozległ się zgrzyt, wściekłe i wystraszone krzyki, odgłosy urywanej, brzmiącej trwogą komendy, jakieś rozpaczliwe sygnały. Minęło kilka minut i uszu rycerza doszedł nowy chrzęst, trzask pękających tarcic poszycia, plusk wody, wycie przerażonych ludzi i jeszcze bardziej trwożne sygnały, nawoływania i gwizdki.
— Biegły ogień z obydwóch deków! Zniżyć cel! — huknął pan Haraburda.
„Zjawa Morska“ znowu zaryczała, rozdzierając nocną ciszę grzmotem dział, błyskawicami migotliwemi przeszywając mrok, szalała i wściekała się aż do pierwszych błysków świtu.
Wtedy dopiero odpłynęła od skał Wisby na daleki strzał armatni i zdryfowała.
Pan Haraburda z szyprem weszli na fok-marsę i przez lunetę rozglądali pole walki.
— Jest! — zawołał rycerz i ręką wskazał na wystające z wody szpile i topreje masztów szwedzkich brygantyn.
— Wskoczyły te fregaty na utopione zugi, popso-