Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/177

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


jącą w porcie, i galerę, która pismo pana Haraburdy przywiozła, i, nic nie podejrzewając, żelazo szwedzkie do składów gdańskiego kupca, Justusa Krockera, lichtowała.
Wpadł później pan Weyher do pani Wandy i, chociaż krew go już od wzruszenia i radości bezmiernej zalewać zaczęła, wybełkotał, wymachując rękami:
Defensor patriae! Rycerz przesławny... Salvator Rzeczypospolitej... Kroniki o nim pisać... będą!...
Pani Haraburdzina, która już od imć Lehmana wieści o mężu otrzymała, tak wielką szczęśliwość w sercu czuła, że na widok oblicza sędziwego pana starosty, słysząc jego zachwyt nad czynami rycerza, w uniesieniu rękę mu ucałowała.
Łzy miał w oczach poczciwy pan Jan, a po chwili krew go do czubka potężnej głowy zalała, bo usłyszał coś, czego w liście nie było.
— Opowiadał panu Lehmanowi komendant hanzejskiej galery, że zahaczył o Gotland i nie mógł wejść do zatoki, bo ją jakowaś brygantyna zatkała, w potrzask wprowadziwszy siła okrętów szwedzkich! — mówiła pani Wanda.
— To on zdziałał! — zakrzyknął pan starosta. — On — zagończyk morski, niech go... kule biją! Nikt inszy — tylko oni...
— I ja tak suponuję, — rzekła pani Haraburdzina — bo...
Nie skończyła jednak, gdyż pan starosta tak straszliwie pokraśniał i prychać zaczął, że pobiegła po wodę, którą ujrzawszy, pan Jan rękami zatrzepotał i wyjąkał:
— Wina... prędko wina!...