Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/178

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Wypiwszy duszkiem duży kubek, do równowagi i zdrowia szybko pan starosta powrócił.
— Teraz rozumiem — rzekł, sapiąc — co znaczą owe „dwa tygodnie“, podkreślone grubo, w piśmie pana Władysławowem! Ha, zagończyk! Pokaże on im, gdzie raki zimują! A to się nam frant przytrafił! Pfu! Pfu! Oj, radzi mu szwedzkie gemajny, jak dziewki suchej rzepie! Aha! Na to szczupak jest, żeby karaś nie drzymał! Aha! Pfu! Pfu! Bezmała krew mnie nie zalała ze wszystkiem! Pfu!
Długo się nie mógł uspokoić pan Weyher, aż się zerwał, jak opętany, i, klasnąwszy w dłonie, huknął na pachołka:
— Biegnij mi lotem do burgrabiego i powiedz mu, żeby mi tu migiem karabon pchnął i dobre konie dał, bo do pana hetmana do Malborka skoczyć muszę! A na jednej nodze! Na jednej nodze, bo ubiję, jak mi Bóg miły, ubiję!
Niecierpliwy i krewki pan starosta istotnie poleciał do hetmańskiej kwatery, aby nowiną się osobiście podzielić i wielkim sukcesem się nacieszyć.
Pani Wanda zaś długo się modliła, oczami duszy usiłując przez otchłań oddalenia ujrzeć swego rycerza, błąkającego się po nieznanem morzu, śmierci i niebezpieczeństwu w źrenice patrząc bez strachu i wahania, gdyż ojczyźnie służył szczerze, o sobie zapominając.
— Jeżeli potrzebny on jest dla szczęścia i sławy Polski naszej, chroń go wśród wałów szalejących i strzał wrażych, Matko Przenajświętsza, Zbawicielu Umęczony! Zbaw go dla ojczyzny i dla mnie — niegodnej! Osłoń go opieką potężną, Boże!