Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/170

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Podszedłszy w nocy do zatoki, pan Haraburda rogiem retmana szwedzkiego wyzwał, aby stanął przy rudlu i do Wisby brygantynę wprowadził.
Gdy „Zjawa Morska“ stanęła na jednej kotwi w zatoce, rycerz odwiedził starszyznę portową. Oznajmił zbudzonym ze snu Szwedom o przybyciu czołowych statków dużej flotyli, wiozących dla wojska faszyny oblężnicze, prowiant i proch, i upewniwszy, że nazajutrz przybędzie sam kupiec hanzejski — Fryderyk Stein dla lichtunku towarów i pobrania opłaty, powrócił na swoją brygantynę.
Już wchodząc do Wisby, pan Haraburda dostrzegł dwie duże zugi, stojące tuż przy czeluści cieśniny, prowadzącej do zatoki.
— Dobra nasza! — rzekł do Kubali i Muży. — Niech nasze szkuty pocichu płyną na morze i biegną do Gdańska, piach i kamienie po drodze wyrzucając...
Rycerz ustawił swoje trzy szmagi tak, że niemal dotykały burtami kadłubów wielkich szwedzkich fregat, najeżonych działami.
Tuż przed świtem bosmanowie i ciurowie ze szmag zjawili się na pokładzie brygantyny.
— Wsyćko abgemacht! — zaczął recytować bosman. — Cumkami mocno nasze koryta do sterów tych oto szwedzkich basetli psycepilim i lonty długie do becek prochowych opuścilim. Tlą się sobie tera i tlą, jakgdyby nic, a jak się dotlą, no, to prochy fukną zamasyście, bo becki kamieniami psywalone!
— Wyprowadzaj brygantynę, szyprze! — szepnął do Muży pan Haraburda.
„Zjawa Morska“, którą wiatr dokoła łańcucha ko-