Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/167

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Uklękli przed krucyfiksem starym, który tyle pokoleń walecznych Haraburdów widział, gdy oczy ku męczeńskiemu obliczu Ukrzyżowanego przed wielką przygodą lub w radości bezmiernej wznosili.
Nareszcie pani Haraburdzina wstała i z ciężkiem westchnieniem rzekła:
— Tylko dla ojczyzny bez łez i rozpaczy cię puszczam, serce ty moje umiłowane. Bądź-że spokojny mi, bo w modlitwie widziałam szczęśliwą pławbę i ciebie w promieniach sławy!
— W imię ojczyzny i twoje dokonam znacznych czynów! — zawołał w uniesieniu pan Haraburda i, ucałowawszy żonę w usta, oczy i czoło, nie oglądając się, wyszedł twardym krokiem.
Pani Wanda wślad za nim znak krzyża świętego nakreśliła i sama drzwi zamknęła, aby nikt w domu nie wiedział, że rycerz tej nocy Puck opuścił na długo.
Gdy pan Haraburda wstąpił na pokład „Zjawy Morskiej“, natychmiast rozległo się ciche gwizdanie dudki bosmańskiej. Przed burtą brygantyny sunąć zaczęły żagle szkut i szmag i wkrótce pochłonął je nocny mrok.
Rycerz wyczekał długą godzinę, a gdy nareszcie spojrzał na pektoralik i na zniżającą się już Wielką Niedźwiedzicę, rzekł do Muży cichym głosemŁ
— Wyprowadzaj!
Szyper gwizdkami podawał komendę. Warcząc, w kluzach pobiegły na wijadła łańcuchy kotwi, aż od rufy i sztaby rozległy się przyciszone głosy bosmanów:
— Koty na wierzchu!