Pod polską banderą/Zemsta

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Pod polską banderą
Wydawca Książnica - Atlas
Data wydania 1929
Druk Zakładt Graficzne S. A. Książnica-Atlas we Lwowie
Miejsce wyd. Lwów — Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


Rozdział XIII.
Zemsta.

Już dwa miesiące oczekiwała pani Wanda męża-rycerza. Były to miesiące troski i lęku, rozpaczy i nadziei. Tylko wiara i gorąca modlitwa koiły serce stęsknionej kobiety.
W pięknym domu przy Długowsi często widziano sędziwego Lehmana, krewkiego starostę puckiego, a nawet samego wielkiego hetmana koronnego. Odwiedzali nadobną panią Haraburdzinę i słowa pocieszenia i nadziei jej nieśli, od czasu do czasu radując ją mglistemi słuchami o mężu.
Lehman od kupców hanzejskich wieści przynosił, że w Szwecji popłoch powstał, gdy nie doszły do Sztokholmu statki, potrzebnym towarem wojennym ładowane, a także gdy dowiedziano się o zatopieniu przez nieznaną brygantynę dwóch fregat szwedzkich i o zamknięciu ich kadłubami cieśniny Wisby.
Miał też nowiny pan Koniecpolski, bo z Kurlandji przychodziły doniesienia, że jakiś okręt, niosący na grocie czarną banderę kaperską, grasuje straszliwie, tępiąc mniejsze statki nieprzyjacielskie i wycinając ludzi w pień.
— Ja ci powiadam, mopanku! — wołał pan hetman, niepomny, że do białogłowy mówi. — To on tam, ja ci powiadam, uwija się. Zagończyk nasz, mopanku, kły pokazuje, ja ci powiadam, aż na Szwedach skóra cierpnie!...
Pan Jan Weyher w zaufaniu opowiedział pani Wandzie, że komisarze królewscy — panowie Wendt i Nielsen krzywi są atoli na zagończyka.
— Cóż im zawinił Władysław? — pytała pani Wanda. — Wiernie broni Rzeczypospolitej, a tego, co on robi — inny uczynić nie jest w mocy. Łacniej jest cudzą skórę na sztych wydać, niż swojej nadstawić!
— Ha, mądrość przemawia ustami waćpani! — zgodził się pan starosta. — Jeno widzisz: komisarze są cudzoziemskimi wojownikami, gdzie wszystko, a nawet wojna, ex legibus bywa prowadzona. Nie mogą, przeto, komisarze pojąć, że musimy wojować, jak się da, boć to jedna brygantyna contra całej Szwecji powstała. Ale, ut mihi quidem videtur, króla owi panowie przeciwko panu Haraburdzie buntują i, gdyby nie powaga hetmana koronnego, wymogliby oni na najjaśniejszym panu, aby zechciał na naszym rycerzu suam iram effundere.
Zatrwożyła panią Wandę ta wiadomość, więc gdy przybyli do niej w odwiedziny komisarze królewscy, jęła im szeroko o wojnie podjazdowej na Dzikich Polach i w Inflantach rozpowiadać, mowę swoją do wyprawy męża naginając.
— Morze — to insza sprawa, dostojna pani, — rzekł nareszcie pan Wendt — o tę drogę nietylko Polska, lecz i inne narody ubiegają się od wieków!
— O Dzikie Pola też ubiegali się Moskwicini, Siczowi kozacy, Wołosi, ordyńscy Tatarzy i Turcy, waszmościowie — odparła pani Haraburdzina. — A do Inflant, czyż nie ciągną rąk carowie moskiewscy, Szwedzi, ba! — nawet książę pruski?
Komisarze zrozumieli, że z mądrą białogłową mają do czynienia, więc tylko głowami kiwali w milczeniu. Pani Wanda zaś dodała:
— Wojna wiele potrzebuje, miary pewnej nie przyjmuje, waszmościowie, a stara gadka głosi, że „prawa pysk stulają czasu wojny!“ Tak to jest!
— Tymczasem skargi napływają i sprawę wikłają, boć rycerz to hanzejską banderę wywiesza, to — duńską, to — szwedzką, albo zgoła — kaperską, czarną! — zawołał Nielsen.
— Toż mąż mój, waszmościowie, nie broni wam odpisać, że nie znacie takowej polskiej brygantyny! — zauważyła pani Wanda, bystro patrząc na komisarzy.
— Prawda w tem wielka jest — rzekł Nielsen — lecz w Gdańsku nieprzychylni dla Polszczy kupcy bez ogródek „Zjawą Morską“ nazywają ową rozbójniczą brygantynę!
— Łacno gadać, niełacno dokazać! — odpowiedziała pani Wanda. — Na sejmie inkwizycyjnym zdrajca Zebrzydowski naszego miłościwego pana na wroga ojczyzny kreował, a taki Żółkiewski, Koniecpolski, Chodkiewicz, Potoccy i mój rodzic bronili go i oto nam dotąd miłościwy Zygmunt III panuje!...
— Dostojnej pani najmądrzejszy mąż rozumu może pozazdrościć! — zawołali komisarze.
— Nie wiem ja, waszmościowie, czy to rozum, czy nie! — odparła poważnym głosem. — Mówię prawdę, którą w duszy i sercu czuję...
Rozmowa ta jednak nie uspokoiła zatrwożonej kobiety. Wiedziała już, że nowe chmury nad głową jej męża zawisły.
— Zdzierży on... — myślała, przyciskając rękę do bijącego serca, które, od pewnego czasu coraz częściej kołatało gwałtownie i, zdawało się, że chwilami pierś rozsadzić chciało.
Odniedawna ten niepokój i ból serca napadały panią Wandę, a wtedy bladła, czuła zimny pot, występujący na ciele, słabła i długie godziny leżała nieruchomo.
Pani Wanda była chora i coraz częściej przychodziły chwile osłabienia i bolesne bicie serca.
Pani stolnikowa lubelska i panna Regina odjechały już do domu, więc pani Haraburdzina pozostała na opiece ochmistrzyni — Rozy Lindstrom, niemłodej, sprawnej i usłużnej kobiety. Nie dopuszczała ona do chorej pani służebnych, aby jej nie niepokoiły, sama krzątała się przy niej, karmiła ją, ubierała i układała do łóżka, na noc dając do wypicia jakąś driakiew cudowną.
Gdy zdrowie pani Haraburdziny pogorszyło się i, zdawało się, że życie już odbiegać od niej zaczyna, ochmistrzyni ostrożnie zapytała:
— Czy dostojna pani wie, że w Gdańsku skutecznie wszelkie boleści usuwa znamienity aptekarz — Niemiec? Może przywołać go, aby pomógł?
Pani Wanda skinęła głową i uśmiechnęła się radośnie, gdyż ucieszyła ją myśl, że wyzdrowieje i spotka oczekiwanego z dnia na dzień rycerza, wesoła i szczęśliwa i chorobą swoją troski i niepokoju mu nie przysporzy.
Aptekarz zjawił się wkrótce. Był to chudy, ponury człowiek, o twarzy ciemnej i świdrujących oczach, już siwy i pod brzemieniem lat pochylony.
Długo badał chorą, słuchał, co mówiły pani Wanda i Roza Lindstrom, aż kiwnął głową i mruczeć zaczął:
— Wyrozumiałem niezdrowie dostojnej pani i leki skuteczne przyniosę...
Oddalił się, lecz powrócił po godzinie i, wywoławszy ochmistrzynię do sieni, długo szeptał jej do ucha, wciskając do rąk balsamkę grubego szkła z brunatnym płynem.
— Poprzednia driakiew, com dał, swoje zrobiła! Teraz nikt już jej nie uratuje... Musimy skończyć z nią, jeno powoli, aby nie zrozumiano rychło, że jest otruta, jak nam kazał wysłaniec ze Sztokholmu. Dawaj teraz te leki, trzy razy na dzień po dwadzieścia kropel w słodkiem winie i tak — przez trzy tygodnie, a później, znikniesz z domu i, kryj się dobrze, Rozo Lindstrom, a nagrody się spodziewaj sutej!
Pani Wanda po dwóch dniach picia leków aptekarza, poczuła się dobrze. Nic jej nie dolegało. Była zdrowa, wesoła i szczęśliwa. Nadzieja wstąpiła do serca i wszystkim rozpowiadała uradowana niewiasta, że przeczuwa rychły powrót męża.
Trwało to jednak niedługo, bo pewnego dnia pani Wanda zemdlała i już podnieść się z łoża sił nie miała. Przyszło wielkie osłabienie a obojętność na wszystko i martwota ducha ogarnęły chorą.
Widocznie jednak, całą potęgą duszy była chora kobieta przy rycerzu, bo jej tęsknica i trwoga przebyły nieznane, bezkreślne przestworza Bałtyku i opadły na serce męża.
Pan Haraburda grasował oddawna w pobliżu pobrzeży Estonji i Kurlandji, napadając galery szwedzkie, topiąc je, wybijając do nogi żeglarzy i przewożone oddziały wojska. Napady swoje czynił po nocach, lub w dzień, gdy szturm kotłował morze, miotając statkami i ludzi pozbawiając ducha.
Gdy nadpłynęła niemal cała armata szwedzka z głównemi siłami, które miały przekroczyć granice Rzeczypospolitej i do jej serca dotrzeć, „Zjawa Morska“ ukryła się wśród raf fińskich wpobliżu Hange; tu zaopatrywano się w wodę i ryby, poczem znowu rzucano brygantynę ku brzegom Estonji i Kurlandji, nieprzyjacielowi bez wytchnienia szkodząc.
Podczas przymusowych dryfów, gdy żagle na łęcinach były upięte, lub w dni sztylu fladrowały bezsilnie, pan Haraburda myślą biegł ku żonie. Przez długie tygodnie był spokojny, lecz pewnego razu, stojąc przy relągu deku i przyglądając się żeglarzom, wyciągającym sieci, uczuł rycerz, że serce mu bezprzyczynną trwogą się ścisnęło i nagle kołatać zaczęło gwałtownie.
Coraz częściej i częściej myśl jego pochłaniały wspomnienia o żonie, a dręczący lęk o ukochaną kobietę nie opuszczał go. Przestał rycerz sypiać po nocach i krokami mierzył, zadumany, pokład od sztaby do rufy, zaciskając zimne ręce i marszcząc brwi.
— Czuj duch! — mruczał do warugi, patrząc na rycerza, Muża. — Zamyśla nową pławbę komendant!
— Powiadają stayy ludzie, ojce, ze kiedy cłowiekowi se nie śpi, opadają go niewidocne skrzaty i piją krew! — szeptał kwatermistrz, siedzący przy bezczynnym rudlu.
— Gadu, gadu, stary dziadu, baj, bajugo, byle długo! — odmruknął szyper. — Skrzat, nie skrzat, a jakowaś troska komendanta, słysz, — gryzie. Patrzę się i patrzę, no i — widzę wszyćko! Złe z tego dla szwedzkich karków wyniknie — tyle tego będzie!
Jednak Muża nie zgadł.
Świt zaczynał mgławić ciemno-szare niebo. Dęła siewierz surowa, bo to już jesień dążyła od północy z wichrami, poszumem suchych liści, zbiegających na zdziary ze stromych spychów brzegu, ze szklącym się na mieliznach szronem — cienkiemi taflami kry, co się łamała na szelei i topniała w dzień, gdy słonko stawało wysoko.
Pan Haraburda, ukrywający się przed dwiema fregatami, krzyżującemi po morzu wpobliżu Hange, stał ze swoją „Zjawą Morską“ w głęboko w ląd wcinającej się zatoce, osłoniętej od przodu grzędą czarnych raf. Widział rycerz zwarę, bijącą w skały, ociekające pianą i smugami zimnej, ciężkiej wody, słyszał warkot rozszalałej pod smaganiem dmy kipieli, lecz myśli jego były daleko, — tam, gdzie w domu gdańskim porzucił swoją umiłowaną Wandkę.
— Jak żyjesz, luba, luba moja? — bez dźwięku pytał zaciśniętemi ustami, czując, że serce rwie mu się z bólu i nieznanego nawet w zgiełku bitwy strachu.
Nagle nadleciały mewy, krążyć zaczęły dokoła masztów, spadać aż do burty i krzyczeć drapieżnemi głosami. Jedna z nich — biała i duża, szybować jęła nad głową rycerza, zniżała się tak, że czuł powiew jej skrzydeł, i jęczała przeciągle i żałośnie.
Długo słuchał jej skarg niepojętych, aż drgnął, bo wyraźnie dolatywały go teraz i zapadały do serca krzyki mewy:
— Bywaj! Bywaj! Bywaj!
Przeżegnał się rycerz i, nie namyślając się, poszedł do szypra, mówiąc do niego:
— Wracamy! Biegnij do Gdańska, a chyżo, na miły Bóg, chyżo!
— Czuj duch! — pomyślał Muża. — Coś się dziać ma!
Zawinął się Kaszub szybko, wyrejdował kotwie, wymknął się za wystające z wody kamienie, wyprowadził brygantynę na ruchawę i pobiegł, ryjąc wart.
W cztery dni dobiegła „Zjawa Morska“ do Gdańska i przy latarni stanęła tak spokojnie, jakgdyby tej stójki nie opuszczała.
Pan Haraburda, do łodzi wskoczywszy, nikomu się nie opowiadając, popłynął do miasta i gnał do domu takim pędem, że przerażony Kubala ledwie za nim nadążał.
Dobiegli nareszcie i rycerz kołatką w drzwi rzeźbione uderzył.
Długo nie otwierano, aż powtórnie dobijać się musiał.
Wystraszony pachołek zgrzytnął zasuwą, klucz w zamku przekręcił i uchylił drzwi.
— Czy pani aby w dobrem zdrowiu? — trwożnym głosem zapytał pan Haraburda.
— Cichajcie, panie, cichajcie, — szeptem odpowiedział chłopak — pani nasa bez pamięci lezy, snać ducha rychło odda... Oj, rety!
Rycerz schwycił się oburącz za głowę i, zatoczywszy się, jak szalony wbiegł do świetlicy.
Imć pan Kubala pozostał w sieni. Usiadł na ławie, bo zdyszany był, nadążając za komendantem, i skinął ręką na pachołka.
— A chodź-no tu, psubracie, — rzekł, ponuro patrząc na niego — a wykładaj-no mi zaraz wszystko, co tu się działo i jak to wy pani naszej nie ustrzegliście od złego, oczajdusze, takie syny!
Długo rozmawiał Kubala z pachołkiem, a jeden raz to go nawet z rozmachem w kark walnął, aż gruchnęło w obszernej sieni. Nareszcie, widocznie, coś zmiarkował, bo, przechyliwszy głowę na bok, zapytał:
— Więc powiadasz, gałganie, że Roza nikogo do pani naszej nie przypuszczała?
— Tak jest, mój ponie, nikogusieńko, jeno dwa razy aptekas psychodzili — bąkał pachołek.
— A jakiż-to aptekarz? Powiadaj? Czy nie taki z pyska wielce czarny? — dopytywał się imć Kubala.
— A no, jakby go jegomość widzieli! — zawołał chłopak.
— Wysoki, chudy, w pałąk zgięty, a oczy, jak u żbika?
— Nicem u tego ybika, mój jegomościu drogi, a wysoki on-ci i psygarbiony wielce! — recytował zdziwiony pachołek.
— A czy tylko dwa razy aptekarz u pani był? — po namyśle zapytał Kubala.
— U pani dwa tyćko razy, bo od frontu sedł i jam mu dzwi otwierał, no, to wiem, ze dwa razy był — mówił pachołek. — Do ochmistsyni on tyćko wiecoru każdego chadzał...
— Poco chadzał?
— Nie wiem, bo pocichu godali do siebie, mój jegomościu! — usprawiedliwiał się drżący ze strachu pacholik.
Znowu zamyślił się imć Kubala i w palce trzaskać zaczął.
— Słuchaj-no ty, dubielu! Masz z oka nie spuszczać Rozy, rozumiesz: z oka! Kręć się, uwijaj przy niej, żeby nigdzie nie poszła i z nikim obcym nie gadała. Słyszysz, a jeżeli nie potrafisz, to lepiej sam szyję w stryczek wepchnij, żebym ja roboty z tobą nie miał, bo i tak ciebie uduszę, jak psa na postronku... Teraz idź! A stul pysk i nikomu nic nie gadaj!
Kubala, stąpając na palcach, ostrożnie wszedł do alkierza, gdzie leżała pani Wanda.
W izbie panował półzmrok, bo okna były zasłonięte kotarami.
Na łożu Kubala ujrzał chorą. Nie poznał jej. Leżała biała jak płachta płócienna, a blada skóra obciągała wychudłe rysy pięknej twarzy. Oczy były szeroko otwarte, lecz dokoła nich czaiły się już ciemne cienie, zwiastuny bliskiej śmierci. W mocno zaciśniętych wargach nie pozostawało ani jednej kropli krwi.
Chora była nieprzytomna i, leżąc nieruchomo, patrzyła wprost przed siebie. Lekkie błyski w oczach i ledwo dostrzegalne poruszenia ciężkich powiek świadczyły, że dusza ze schorzałego ciała jeszcze nie odleciała.
Pan Haraburda siedział na zydlu przy żonie. Głowę stroskaną oparł na rękach i cicho łkał. Podnosiły się i opadały mu szerokie, potężne bary, a dłonie drżały.
Wojciech Kubala stanął za nim i czekał. Oczy jego biegały jednak po całej izbie. Przyjrzał się bacznie smutnemu obliczu stojącej przy drzwiach Rozy Lindstrom, a później zaczął się wpatrywać w stolik, na którym stał gąsiorek wina, kubek, dzban z wodą i mała balsamka z ciemnym płynem.
Widocznie, wzrok jego przyłapała ochmistrzyni, bo bez szmeru zbliżyła się i, niby sprzątając, zdjęła ze stolika naczyńko, ukrywając je na oknie za kotarą.
Imć Kubala ani drgnął, stał i czekał.
Gdy rycerz opuścił się przy łożu na kolana i modlić się zaczął, pan Wojciech podsunął się do ochmistrzyni i szepnął:
— Niech-no, dobrodzika, idzie i powie w czeladni, aby dwa konie najlepsze siodłano i dwóch pachołków do drogi się rychtowało, a gdy będą gotowi, dobrodzika przyjdzie i powie mi o tem.
Ledwie się zamknęły za Rozą Lindstrom drzwi, Kubala skoczył do okna, przelał cały płyn z balsamki do kubka, który starannie za ciężką szafą ukrył, a misterne naczyńko stłukł i, rzuciwszy je na kobierzec, wodą polał.
— Tak będzie lepiej! — szepnął do siebie i znowu znieruchomiał, ze łzami patrząc na rycerza i na blade oblicze chorej pani.
Pan Haraburda korzył się przed krucyfiksem przodków, czując, jak rozpacz chwyta go za serce, ręce ściskał, aż chrzęściły stawy i, bijąc się w piersi, szeptał drżącemi ustami, co chwila spoglądając na leżącą, taką drogą, a taką biedną teraz istotę.
Pani Wanda nie ruszała się i cicho wodziła nieprzytomnemi oczami po pułapie i ścianach izby.
Fan Haraburda nagle powstał z klęczek. Stanął przed Ukrzyżowanym i, patrząc w Jego wynędzniałe, umęczone oblicze, rzęził przez zaciśnięte zęby:
— Jeżeli, Boże, w opiece swej masz ludzi, co wiernie ojczyźnie służą, jej dobro nad własną szczęśliwość i umiłowanie przedkładając, uczyń tak, aby poznała mnie... przed zgonem... aby zrozumiała miłość moją i z nią... odeszła...
W ciemnym alkierzu stał się cud nagły, widoczny.
Chora z trudem podniosła głowę i spojrzała na rycerza. W jej oczach błysnęła radość bezmierna, zaciśnięte usta poruszyły się nieznacznie i w ciszy rozległ się szept, raczej westchnienie krótkie:
— Władeńku!...
Rycerz padł twarzą na jej ręce, okrywał je pocałunkami i szeptał:
— Słysz mnie, Wandko najsłodsza, słysz! Bóg się nad nami zmiłował i Syn Jego Umęczony! Nie możesz odejść odemnie, bo nie byłoby tedy sprawiedliwości przedwiecznej i Bożej łaski! Jam dla miłej ojczyzny w dobie potrzeby groźnej porzucił ciebie, chociaż tylko dla ciebie bije moje serce w piersi! Niemasz nic innego, dlaczegobym opuścił ciebie i nie ustrzegł przed złem! Czyżby taką nagrodę obmyśliły dla mnie niebiosa?!
Nie wytrzymał rycerz, łkać na głos zaczął i drżeć cały, przejęty do dna duszy zrozpaczonej.
Pani Wanda z wielkim wysiłkiem białą, wychudłą dłoń podniosła i opuściła ją na zbiedzoną głowę męża.
W tej chwili weszła do alkierza ochmistrzyni.
— Konie i pachołki przed domem — szepnęła.
Kubala natychmiast wyszedł na ulicę.
— Antek! — rzekł do jednego z pachołków. — Popędzisz do pana starosty do Pucka i powiesz mu, że nasz pan powrócił, wszystkiego dokazał, co miał dokazać, a teraz jest w domu, bo pani przy śmierci. Rozumiesz?
— Jakby kto do głowy włożył! — odparł pachołek.
— No, to ruszaj z kopyta! — krzyknął imć Kubala i mówił do drugiego:
— Ty zaś popędzisz do hetmańskiej kwatery i powiesz, że nasz pan powrócił i prosi, aby lekarza rychło przysłano, bo pani mocno zasłabła, bezmała umiera. Syp!
Pachołek przygiął się do karku końskiego i smagnął go harapem.
— No, na teraz to i wszystko! — mruknął do siebie Kubala. — A jutro pogadamy inaczej i obaczymy...
Skierował się ku domowi, sam zamknął drzwi i klucz schował do kieszeni.
W świetlicy spotkał ochmistrzynię.
— Jak dawno pani nasza tak zaniemogła? — spytał ją.
— Dwie niedziele już będzie — odparła i dodała. — Co teraz będzie, ktoś driakiew pani stłukł... Trza będzie po nową posłać?
— Któż to mógł stłuc? Sto kijów takiemu! — zawołał imć Kubala. — Nie trza nowej driakwi, nasza pani i bez niej zamrze... Tylko czekać, dobrodziko, tylko czekać!
Westchnął i, przechodząc, w przelocie groźnie spojrzał na kręcącego się po świetlicy pachołka.
Kubala długo przebywał na dworze barona Palena i wiedział, że driakwie różne bywają, więc był na dobrym tropie, a gdy dojrzał zmieszanie na twarzy Rozy, pomyślał:
— Jaka ta była driakiew i skąd ty ją masz, to sama wyśpiewasz, moja w tem głowa, kawko luba!
W alkierzu Kubala zastał pana Haraburdę, pochylonego nad żoną i trzymającego ją za ręce. Leżała spokojnie, mając oczy zamknięte i oddychając cicho.
Wieczorem pachołek, nieodstępujący od ochmistrzyni, doniósł Kubali, że Roza pokryjomu pakuje swoje rzeczy.
— Jeżeli tak, — szepnął Kubala — to i ja ciebie spakuję, dobrodziko!
Poszedł do izby ochmistrzyni i rzekł wesołym głosem:
— Pani naszej lżej! Pan prosi o wino!
Poszli razem do piwnicy. Przechodząc koło małej izdebki, gdzie składano różne rupiecie, imć Kubala nagle otworzył drzwi, wepchnął przerażoną Rozę i, zamykając izbę na klucz, rzekł:
— Posiedź tu, wiedźmo, aż cię czarci wezmą!
Tejże nocy przybył lekarz nadworny wielkiego hetmana koronnego, uczony Czech — mistrz Stefan Wéliczka i, aczkolwiek był wiekowy i zdrożony, natychmiast do oglądania chorej pani Haraburdziny przystąpił. Kręcił głową uczony pan, okulary raz po raz przecierał, sapał i głowił się okrutnie, aż pochylił się ku niemu imć Kubala i szepnął:
— Leczono tu naszą panią tą oto driakwią. Może obejrzeć, wasza dostojność, zechce?
Mówiąc to, przebiegły młodzieniec wydobył ze skrytki kubek z płynem i mistrzowi podał. Ten długo wąchał, na smak z ostrożnością próbował, a później, wydobywszy z sepeciku lekarskiego jakieś puzderko, dosypał czegoś do kubka, aż płyn kolor zmienił. Wtedy zawołał zdumionym głosem:
Venenum pessimum, longo tempore datum, mortem afferens atque scilicet ad aliquam curationem interdictum, quod usu rerum doctus dico!
— Najgorsza trucizna, niosąca śmierć i zakazana?! — wykrzyknął rycerz, chwytając się za głowę.
Kubala położył palec na ustach i szepnął:
— To na później! Teraz ratować panią naszą!
Widząc, że pan Haraburda z wielkiej rozpaczy głowę traci, zwrócił się imć Kubala do mistrza z taką mową:
— Dostojny panie, nie gadaj jeno do mnie po łacinie, bo to tak, jakbyś do łysej kobyły mówił. Rycht tak samo! Gadaj mi po polsku, a najprzód słysz: mój pan nie pożałuje dukatów i zacnych upominków, jeżeli Bóg ci dopomoże pani zdrowie przywrócić, a jeżeli nie — to psi zjedzą twoją sławę, dostojny panie!
Jednak uczony to był mąż i serca wielkiego — mistrz Stefan Wéliczka, więc nie zwlekając, do leczenia się zabrał, krew chorej otworzył, muszki gryzące i synapizmy ogniste przykładał, pigułki i mikstury dawał, a mlekiem bez przerwy poił, sam zacnego węgrzyna popijając i fajką z długim cybuchem zapamiętale pykając.
Nie odstępowali od chorej ani na krok mistrz Wéliczka i pan Haraburda.
Nareszcie pewnego wieczora sepecik swój lekarski mistrz zamknął i rzekł z uśmiechem:
Per Aesculapium, filium Apollinis et Coronidae. Ne sim salvus, si aliter dico, ac sentio! Teraz dobro, welmi dobro... Żywa będzie twa pani i zdrawa krala!
Rycerz, nie mogąc powstrzymać wzruszenia, spojrzał w poważne, dobrotliwe oblicze lekarza hetmańskiego i do nóg mu jak długi padł.
Gdy pan Haraburda wsadzał mistrza Wéliczkę do karabonu, wypiwszy strzemiennego, rzekł mu na pożegnanie:
— Razem z żoną, gdy wydobrzeje do reszty, do pana hetmana przyjedziemy, za pomoc mu i dostojnemu panu podziękować ab imo pectore, a upominki piękne doręczyć!
Mówiąc to, rycerz ucałował mistrza w ramię i do kieszeni jego obszernej kapoty trzosik z dukatami nieznacznie opuścił.
Wéliczka, uśmiechając się łagodnie, tubalnym głosem odpowiedział:
Si id feceris, magnam habebo gratiam; si non feceris, ignoscam, amice!
— Co zacny, dobry mistrz mówi? — zapytał imć Kubala, przekręcając na bok głowę.
— Powiada, że jeżeli damy mu upominki — wdzięczny będzie, jeżeli nie — wybaczy! — objaśnił rycerz.
— Ho, ho, — mruknął Kubala. — Nie znajdziesz teraz łacno takowych cnotliwych na świecie! „Niech mię jak chcą ludzie piszą, gdy pieniążki w skrzyni dyszą...“ tak to teraz powiadają!
Mistrz Wéliczka zrozumiał rozmowę i, uchwyciwszy młodzika za ucho, rzekł, kalecząc polszczyznę:
— Piniądze, skarby i dobre mienie minie, sława poćciwa, — ta na wieki słynie!
— Oj, to prawda, mój dostojny panie! — zawołał Kubala i ucałował sędziwego lekarza w rękę. — Bo to, mój jegomościu, powiadają też, że „za pieniądze ksiądz się modli, za pieniądze lud się podli“.
— Ten płakał, co piniądze odbieráł! — odpowiedział przysłowiem mistrz i, skinąwszy ręką, kazał stangretowi ruszać.
Pani Wanda powoli powracała do zdrowia. Rycerz nie odstępował od łoża ukochanej, ciesząc się, jak dziecko, gdy wesołe błyski zjawiały się w jej modrych oczach, skakał i klaskał w dłonie, spostrzegłszy, że wargi jej gorącą krwią nabrzmiewać zaczęły i słabe jeszcze, lecz zwiastujące rychłą poprawę rumieńce na bladych policzkach wykwitły, do delikatnych płatków róży podobne; gdy zaś pewnego dnia pani Wanda sama na łożu usiadła i złote warkocze rozplatać zaczęła, ryknął z wielkiej radości pan Władysław i stroskanemu sercu upust dał.
Pani Haraburdzina wkrótce zaczęła opuszczać łoże i, podtrzymywana przez męża, siadywała w głębokim fotelu w świetlicy, radując się wszystkiemu — i rzadkim już promieniom jesiennego słońca, i ciemnym świerkom, zaglądającym do okna, i sprzętom, znajdującym się w izbie.
Pan Haraburda wtedy dopiero zaczął wybierać się do starosty z relacją o skończonej pławbie.
— A nie śpieszcie się, mój kochany panie, — uspokajał go Kubala — posłałem tegoż dnia, gdy powróciliśmy, pachołka do Pucka, a pan starosta zjechał tu niezwłocznie, aby o zdrowie pani zwiedzieć się. Wtedy relację obszerną o wszystkiem panu Weyherowi zdałem, on zaś zaraz do pana hetmana z pismem gońca pchnął.
— To hetman wtedy swego lekarza nam przysłał? — zapytał rycerz.
— E, nie! To ja przez pachołka naszego pana hetmana o pomoc prosiłem! — zawołał imć Kubala.
Pan Haraburda schwycił go wpół i całować zaczął, jak brata lub syna kochanego, a pani Wanda za głowę młodziana objęła i do siebie przytuliła.
— Bratem nam jesteś najlepszym! — rzekła z rozczuleniem.
— Słów nie starczy i życia, aby ci się godnie wywdzięczyć! — wołał rycerz.
Imć Kubala jednak czuł się już sowicie wynagrodzonym, bo nosem chlipał i kułakiem łzy, ciurkiem biegnące, ocierał.
— Jabym!... jabym... dla pana mego i pani... naszej... tobym na kawałki... posiekać się dał... Niech z tego miejsca nie zejdę, jeśli prawdy nie mówię!
Lecz imć Wojciech Kubala miał rozum bystry, a wesołość w nim przeważała nad wszystkiem, więc nagle zaśmiał się przez łzy i począł mówić, chichocząc:
— Toż to ja jeszcze panu i pani nic o owej wiedźmie — Rozie Lindstrom nie opowiedziałem!
— Zapomniałem o niej z troski i bojażni o ciebie, Wandeńko! — rzekł pan Haraburda i, chmurząc brwi, dorzucił:
— Dozna ta gadzina jadowita mojej zemsty!
Ale imć Kubala jął śmiać się na głos i przez śmiech, gadał:
— Już abgemacht! Potrzymałem tę kawkę czarną w piwnicy trzy dni bez jadła i picia, a potem pobieżałem do burgrabiego i z sędzią radzieckim, dwoma rajcami i ceklarzami powróciłem. Wyśpiewała wiedźma wszystko i owego aptekarza — Swena wskazała. Wrzucono ją do dolnej wieży katowni i na gardle odpowie przed sądem...
— Musimy złapać tego Swona... — mruknął, zaciskając pięści, pan Haraburda.
— E, mój dobry panie! — westchnął Kubala. — Gdyby on nie zwąchał pisma nosem i nie zwiał, jabym go już dawno ze skóry obłupił, tylko, że uciekł mi!... Długo jam się głowił nad tem, co mam z Rozą począć? Chciałem zrazu udusić ją, jeno to zawszeć białogłowa, chocia włosy ma, jak owa kawka, mocno czarne. Niech jej już kat w oczy zaświeci...
— A ścigałeś Swena? — zapytał rycerz.
— Ścigałem, alem się zwiedział, że rycht, kiedy my powróciliśmy, izbę z mieniem całem porzucił i drapnął. Śladów żadnych zwęszyć nie mogłem — mówił smutnym głosem Kubala. — Ale oko nad tem mam i ceklarzom po trzy dukaty przyobiecałem, jeżeli na trop wpadną. Bo — ja, mój kochany panie, jegobym ze skóry, jak szaraka, obdarł czyściutko...
W głosie młodziana zabrzmiała taka zawziętość, jaką dostrzegł pan Haraburda wtedy, gdy Kubala na Filsandzie o swej zemście nad Palenem mówił.
Pani Wanda, posłyszawszy, złożyła ręce i szepnęła:
— Nie ścigajcie tych ludzi!... Wdzięczna im jestem teraz, bo przez swoją chorobę zrozumiałam miłowanie twoje wierne, Władeńku, jako też życzliwość i oddanie nam imć pana Wojciecha!
Spojrzeli obaj na nią ze zdumieniem najwyższem i nic nie odrzekli, albowiem chęć pomstowania w twardych sercach mężów przygasa nie skoro.
Pan Haraburda tegoż dnia wybrał się do Pucka i panu staroście obszerną relację złożył.
Pan Jan Weyher, słuchając, po biodrach się klepał i dwa razy krew go zalewać poczynała, aż doszedł do słowa i rzekł:
— Siłaś, waćpan, dokonał i coram populo nazwałbym ciebie, rycerzu, największym bohaterem naszych czasów! Nie wiem, czy, oprócz mnie i wielkiego hetmana koronnego, inni także rozumieją, bo komisarze parskają mocno, żeś to podeptał wszelkie mores belli maritimi, jakowa, jak gadają, powinna do pojedynku szlacheckiego być podobna. Kpij z nich jednak, waćpan, bo buława hetmańska cię skutecznie osłania, a pamiętaj, że melioribus annis nagroda za sławne czyny nie ominie takich, jak ty!
— Ja, panie starosto, za nagrodą się nie oglądam! — odparł ze smutkiem pan Haraburda. — Dziwno mi jeno, jakto komisarze — ludzie wojenni, wyrozumieć nie mogą, że wojna sprytu uczy, a nie pisanych na pergaminie praw. Zwycięża ten, kto mądrzejszy! Tak nas uczył świętej pamięci hetman Żółkiewski. Czyżby się czasy zmieniły, a z niemi i — myśli?
— Och, zmieniły się, rycerzu, i myśli! — westchnął pan Weyher.
— Niech się zmieniły, tylko wszelako mózg we łbach pozostał mózgiem, a na sieczkę się nie przerobił? — zawołał pan Haraburda. — Starożytni mówili dobrze, że dente lupus, cornu taurus petit. Czyżby nie tak było?
— A, no pewne, że wilk kłem, a byk rogiem wojuje, mój przyjacielu, — odpowiedział pan starosta — ale nostro tempore wilka od byka nie byle kto zaledwie odróżnić potrafi!
— To już widzi mi się, wasza dostojność, że acta est fabula! — rzekł pan Haraburda. — Gra skończona! Żeby nie psować krwi panom komisarzom i tym, którzy radzi morza zaniechać, pójdę sobie do jakiej pancernej chorągwi i szablą będę robił...
— O! — wrzasnął pan starosta. — Waść w gorącej wodzie kąpany! Śpieszysz się, jakby cię kto w pięty smalił!
— Na cóż mam jeszcze czekać? — spytał rycerz, podnosząc ramiona. — Na wojnie każda garść zdrowa potrzebna.
— Znowu za swoje! — krzyczał pan Weyher. — Ostatnie słowo nie twoje, waszmość, i nie moje, tylko hetmańskie! Poczekasz, co on ci zaśpiewa! Wkrótce do Gdańska nowe wały i inne fortalicje obejrzeć zjedzie.
Pan Haraburda, mocno rozgoryczony, do domu powrócił i przybycia pana Koniecpolskiego wyglądał.
Pan hetman zaśpiewał prędzej, niż się spodziewano. Z Malborku przyleciał pajuk z pismem, rycerza do obozu wzywającem. Nawykły do karności, pan Władysław tegoż dnia wyjechał do hetmana.
Pan Koniecpolski w ramiona go brał i długo do szerokiej piersi przyciskał i po głowie, jak syna, głaskał, mówiąc:
— Ja ci powiadam, mopanku, bez duszy chodziłem, o słabości twojej małżonki, ja ci powiadam, zwiedziawszy się! Chocia, mopanku, od burgrabiego i pana Weyhera, ja ci powiadam, o wszystkiem co dwa dni wieści miałem, jednak, ja ci powiadam, mopanku, vivit sub pectore vulnus!
— Z duszy-serca za miłościwą troskę dziękuję waszej dostojności i za cudownego lekarza — mistrza Wéliczkę! — zawołał rycerz.
— Wiem, że już nadobna pani, ja ci powiadam, do ogrodu wychodzi i na siłach wzbiera! A więc, mopanku, mam nową dla ciebie bałamutną imprezę, a będzie ci ona, mopanku, ja ci powiadam, po sercu! — rzekł, poważniejąc, hetman.
— Byle, wasza dostojność, nie jakowaś morska wyprawa... — zaczął pan Haraburda.
— A to cóż nowego, mopanku? — zapytał, chmurząc czoło, pan Koniecpolski.
— Suponuję, mości hetmanie, że panowie komisarze królewscy do wieży mnie wrzucić każą! — odparł rycerz.
— Ha, w tem sęk cały! — zawołał dostojny pan. — Nie miej jednak alternacji, mopanku! Są komisarze, ale jest jeszcze, przecie, hetman Koniecpolski, mopanku! A ten buławy i swoich principia łacno nie popuści z rąk, ja ci powiadam! Na piśmie rozkaz dostaniesz! Całe odium biorę na siebie i chcę scelus scelere cumulare!
— Iść od zbrodni do zbrodni? — powtórzył rycerz i pytająco spojrzał na hetmana.
— Tak jest! — krzyknął hetman i pięścią walnął w stół. — Ci cudzoziemscy gemajny nie rozumieją, że in summo periculo jesteśmy i musimy się bronić! Król ucha im nadstawia, bo jeszcze ma nadzieję, że utrzyma przy sobie swoich adoratores w Szwecji, którzy za twoje harce krzyk okrutny wszczęli, a szlachta już zaczyna o morzu z pogardą i drwinami gadać...
— A przecie, wasza dostojność, ta sama szlachta ofiary na armatę składała? — zauważył pan Haraburda.
— Kto składał? Rozumniejsi, jak Potoccy, Sieniawscy, Ostrorogi, Radziwiłłowie, Sapiehowie, poczciwe mieszczaństwo, tacy Morsztynowie, Kmitowie, Fuggerowie, Baryczkowie, Korbowie, a czyż wielu mamy takich rozumniejszych i zacnych? Inni z trzosów talary wyciągali, zębami kłapiąc na wakansy i łaski królewskie! Już słyszałem, że bracia-szlachta tu i ówdzie nasze morskie poczynania za trwonienie grosza, za zbrodnię, za crimen pessimum uważają!
Mówiąc to, pan Koniecpolski walił i walił pięścią w stół.
Zapadło głębokie milczenie, gdyż obaj siedzący w ciemnej komnacie hetmańskiej panowie rozumieli, że przychodzą na ojczyznę ciężkie czasy, które ją w niedoli srogiej pogrążyć mogą.
Pierwszy odezwał się pan Haraburda:
— Szlachta tylko swej złotej wolności bronić potrafi zażarcie, swawolę z wolnością, gwałt z prawem do jednej kupy składając. Co dla niej morze? Wiedzą o niem jeno bajdy o syrenach, wężu straszliwym i innych monstrum! Zrozumieliby to łacniej kmiecie i wszyscy ci, których, z nawyknienia, ludźmi podłego stanu nazywamy. Ci broniliby morza nie dla pochwały i zaszczytów, lecz ziemi rękoma spracowanemi się czepiając. Jeno przedtem o podłym stanie należałoby zakazać wspominać, no i wolność dać...
Hetman podniósł głowę i słuchał. Pan Władysław prawił dalej:
— Szlachta, jak to szlachta! Spodoba się — to cały świat na szablach rozniesie! Nie spodoba się — z domu nie ruszy lub liberum veto zaśpiewa! Prześpiewali zagarnięcie Kozaczyzny ukrainni królewięta, prześpiewali Krym, prześpiewają i morze. Ale gadać, ha! gadać będą do siódmego potu!
— Niech gadają szczekacze — rzekł, uspokoiwszy się nieco, hetman — a my swoje robić będziemy! Ja chcę szwedzkie siły tu przyciągnąć, aby Gustawa-Adolfa takową awersją w sieci usidlić. Tu się on łacniej i rychlej narazi cesarzowi, elektorowi, księciu pruskiemu, Dunom, Hanzie i Gdańszczanom, a my przy tym ogniu swoją pieczeń upieczemy! To, coś gadał o podłym stanie, ma rację, ale, mopanku, u nas panowie-szlachta rej wodzą. Nic z tego nie będzie!
Pan Haraburda nie odzywał się. Spostrzegłszy to, hetman rzekł:
— Wiem, żeś z domu przez czas choroby małżonki nie wychodził, więc nie wiesz, co się w Pucku dzieje.
— Byłem u pana starosty Weyhera, mówił mi o wszystkiem! — odparł rycerz. — Teraz macie już innych komendantów: Murreya, Witta, Magnusa, Eilerta, Argana...
— Nie wiesz, jednak, że Witta, który był trochę piratem, nim się do nas dostał, na swoją stronę przekabaciłem, a on, ho! — najlepszy z nich żeglarz i wojennej duszy, zuchwały człek! On jeden z nich o ciebie, mopanku, wszystkim do oczu skakał, ja ci powiadam! Ale in medias res! Otrzymałem wieści, że szwedzkie galjony, od ciebie nauczywszy się procederu, napadają na osiedla pruskie, brandenburskie i pod Elbląg przychodziły niedawno, gdzie ogniste karkasy rzucały na angielskie galery z suknem. Hę! rozumiesz, mopanku?
Panu Haraburdzie oczy płonąć zaczęły, aż hetman śmiechem parsknął, wołając:
— Póty kot mruczy, póki szperki nie zje, a potem się oblizuje! Ja ci szperkę pokazuję, mopanku, ja ci powiadam!
— To ją zjem! — odparł pan Haraburda.
— Toś mi taki, bywaj! — zakrzyknął pan Koniecpolski i znowu jął rycerza do szerokiej piersi tulić i po włosach gładzić.
Długo rozglądali rycerze mapę Bałtyku, naradzali się długo, aż się rozstali dopiero przed wieczorem. Pan Haraburda, rozkaz hetmański do kieszeni schowawszy, niezwłocznie kazał się wieźć do kwatery Wéliczki. Nie znalazł go jednak w domu, więc pachołkowi oddał misternie mosiądzem okuty sepecik z pięknym dzbanem złotym, otoczonym sześciu kubkami i pięciu gąsiorkami ulubionego przez mistrza węgrzyna, poczem ruszył do Gdańska.
Nazajutrz pan Haraburda był już w Pucku i, pokazawszy pismo hetmańskie, długo konferował z panem Weyherem i z czerniawym, chudym, jak szczapa, Wittem.
Dwa dni jeszcze trwały przygotowania na brygantynach, nareszcie przyszedł do pana Haraburdy szyper Muża i rzekł z ponurą wesołością:
— Gotowim dycht! Możem znowu na Gotland biec, jeżeli taka wola!
Poczęstowawszy szypra winem, pan Haraburda kazał mu wracać na „Zjawę Morską“ i czekać.
Pani Wanda już niemal zupełnie do zdrowia powróciła, więc żegnał ją rozkochany rycerz, mówiąc:
— Taką konkluzję mam, że ostatnia to już moja pławba, Wandeńko, bo po tem, cośmy z hetmanem uradzili, komisarze na głowach staną, a mnie z floty wyrugują! Jak mi Bóg miły — wyrugują! No, aleć na ostatku, to — pohulam sobie tak, że ci gemajni, co chętnie do Szwedów teraz idą, — swoim wnukom testamentem zakażą rękę do szwedzkiej sprawy przykładać!
W nocy „Zjawa Morska“ i brygantyna „Panna Wodna“ pod komendą Witta wypłynęły na morze.
Dobrali się komendanci, jak w korcu maku, i z każdym dniem nabierali do siebie coraz większego afektu.
Krążyły brygantyny wpobliżu brzegów pruskich, patrząc, węsząc, zaglądając do każdej zatoki, tropiąc i napadając szwedzkie statki, które gwałt czyniły w pobrzeżnych osiedlach, a słuchy puszczały, że należą do polskiej armaty morskiej.
Pan Haraburda przydybał zbrojną orlogę szwedzką, rabującą i podpalającą osadę na wybrzeżu pruskiem, zaludnioną przez rybaków-Mazurów. Po krótkiej bitwie zdobyto orlogę, a gdy jeńców wyprowadzono na brzeg, pan Haraburda oddał Mazurom wszystko, co na nieprzyjacielskim statku znaleziono, jeńców zaś, na tratwie szubienice postawiwszy, powiesił. Narychtowawszy żagiel, puszczono wisielców z wiatrem.
— A wpadnijcie do Wisby i do Sztokholmu i pokłon od nas królowi złóżcie piękny! — krzyczał Kubala, gdy tratwa znikała w oddali.
Koło Elblągu zagończycy wytropili kilka pomniejszych szmag, w działa zbrojnych, które miały zamęt w Świeżej zatoce uczynić. Zaczęli więc komendanci potężnie tę flotylę skubać, podając ją sobie z rąk do rąk, aż nic nie pozostało, bo i kilkunastu wziętych do niewoli majtków, zaciężnych z cesarstwa i Danji, Witt ustrzelić kazał.
Postrach czarny rzuciły brygantyny polskie na całe wybrzeże — od Kurlandji do zatoki Szczecińskiej. Nie widzieli już komendanci nieprzyjaciela na morzu, gdyż główne siły szwedzkie zatrudnione były przewozem wojska i malerjałów do Estonji i eskortowaniem swoich transportów, a pomniejsze statki nie śmiały bróździć morza. Wiedzieli bowiem Szwedzi, że w Pucku spuszczono na wodę już dwie duże brygantyny, oprócz drobnych statków wojennych, więc ostrożni byli i na sztych niechętnie się wystawiali.
Postanowili przeto zagończycy do Gdańska powracać, ale, wypatrzywszy na morzu dużą fregatę, od Szczecina płynącą, na jej spotkanie podążyli. Była to „Karlskrona“ — jedna z najsilniejszych galer szwedzkich, która bitwę chętnie przyjęła, widząc dwie znacznie słabsze brygantyny polskie.
Bitwa trwała przez cały dzień i nikt nie wiedział, jaki miał być jej koniec, gdy nagle „Karlskrona“, wielki zatoczywszy łuk, pobiegła ku brzegowi.
Polskie okręty, chociaż mocno przez szwedzkie działa uszkodzone i mając sporo zabitych i rannych na pokładzie, wypuściły się w pogoń.
Wprawny Witt tak się uwijał, że fregata zmuszona była odchylić się od rejdy na Szczecin i, podpędzana pociskami ze „Zjawy Morskiej“, z rozpędem wielkim na rzygawiec wpadła, natychmiast na bakort się kładąc i kilem grzęznąc w ruchomej piaszczystej łasze.
Spuszczono łodzie i do poddających się nieprzyjaciół podpłynięto.
Imć Kubala, łodziami dowodzący, jął przeglądać jeńców. Nagle zatrzymał się przed jakimś zakonnikiem-jezuitą i bacznie wpatrywał się w ciemną twarz, szerokim kapeluszem osłoniętą.
— Na Najświętszą Pannę! — mruknął nareszcie do Muży i Tuska. — Toć to ten aptekarz z Gdańska! Oj, poigram ja z nim teraz!
Zbliżywszy się do przebranego jezuity, zaczął mówić doń po niemiecku:
— Dzień dobry waćpanu, panie Swen!
— Nie rozumiem! — odpowiedział po szwedzku aptekarz, a Muża słowa jego po polsku powtórzył.
— A nie dobrze, nie dobrze znajomków nie poznawać! — szydził Kubala. — Przecież rozmowę mieliśmy niemiecką w Gdańsku, przy Długowsi? Szukałem ja ciebie długo, brachu, bo Roza Lindstrom z katowni gdańskiej ukłony ci piękne przesyła i do kompanji zaprasza!
Swen milczał uparcie i wtedy zaszła rzecz straszna, a losy ludzkie odmieniająca. Imć Kubala wpadł w szał, obalił aptekarza na pokład i, zwracając się do swoich majtków, krzyknął:
— Ten czarownik naszą panią chciał zatruć na śmierć! Hej, chłopcy, zedrzeć mu skórę z grzbietu!
Straszliwe krzyki i jęki długo rozlegały się a umilkły dopiero wtedy, gdy Swenowi z obdartą z grzbietu i ramion skórą, Kubala własnoręcznie, po chłopsku usiadłszy na nim, nożem gardziel niby wieprzowi poderżnął.
Po tej kaźni straszliwej, której z przerażeniem przyglądała się cała szwedzka załoga, stojąca pod lufami pistoletów polskich żeglarzy, imć Kubala zwrócił się do wystraszonych nieprzyjaciół z taką mową:
— Kto zdechł — tego w miech, a skórę — na górę! Teraz do was się, brachy, zabierzemy po — swojemu! Zdrajcę przebraliście w szaty wielebnych, pobożnych ojców-jezuitów, — to zdrada! Ciurowie temu nie winni, tylko starszyzna. Stryczek i na łęciny z nimi! Wy — ludzie, których tu widzę w szatach duchownych — nie wierzę wam! Suponuję, że wszyscy jesteście przebrani, jak na maszkarze, bo skóra na was ścierpła. Żeby więc wilk był syt, a owca cała, daruję wam życie, tylko pamiątkę po sobie do śmierci pozostawię. Postrzępić im pośladki linkami, chłopcy, a żywo!
Gdy wszystko zostało załatwione w tak okrutny, krwawy sposób, zwieziono jeńców na brzeg i dano im wolność.
Panowie Haraburda i Witt, dowiedziawszy się o losie Szwedów, za głowę się schwycili.
— Co to gwałtu teraz będzie! — zawołał Witt.
— Źle jest! — zgodził się rycerz.
— Niech mnie oddadzą katom! — krzyknął Kubala. — Ja się za panią naszą pomstowałem, bom takem sobie ślubował!
Ponieważ pomordowanych nie można było wskrzesić, a pokaleczonym — skóry poprzyklejać, komendanci wydali rozkaz, aby szyprowie prowadzili okręty do Gdańska, umówiwszy się, że nikt o wypadku ani słówka nie piśnie.
Pan Haraburda zaczaił się w domu, jak mysz pod miotłą, czekając, co z całej wyprawy wyniknie. Jakoś cicho było jednak przez długi czas zimowego bezczynu, gdy statki polskie, otulone oponami, stały bez ruchu w zatoce gdańskiej i na Małem morzu.
— Może złe przeminie! — myślał rycerz.
Nie wiedział jednak, że pewnego wieczora król Zygmunt nagle wezwał do siebie przebywającego w Warszawie hetmana Koniecpolskiego.
— Mości hetmanie, — zaczął król mocno gniewnym głosem — powiedz nam, czy rei publicae christianissimae rex sumus, czy inter barbaros panować musimy? Marszałek koronny odczytał nam epistolas aegerrimas, które od cesarza, naszego aljanta wiernego, od elektora brandenburskiego, na którym siła nam zależy, oraz od nuncjusza ojca świętego nadeszły!
— W jakiej materji owe listy, miłościwy panie? — zapytał hetman.
— Nasi żeglarze, napadłszy szwedzką galerę, pobili ją... — mówił król.
Gratiam Deo agamus, najjaśniejszy panie! Zacnie zrobili! — przerwał królowi pan Koniecpolski, już miarkując, o co chodzi.
— Tak, tak! — rzekł niecierpliwie król. — Nie wiesz tylko, że owi żeglarze kogoś tam ze skóry obdarli, a posłowi cesarskiemu, marszałkowi brandenburskiemu i dwóm jezuitom partes posteriores szpetnie linkami posiekali! Horesco referens!
Przerażenie i wstręt malowały się na twarzy Zygmunta.
Pan Koniecpolski zamyślił się, szukając wyjścia z kłopotliwej sytuacji.
Nareszcie spytał:
— Czy niema wyjaśnień w owych pismach, za co tak spostponowano ojców jezuitów, wasza królewska mość?
— Pisze nam nuncjusz, że tylko za to, iż jakowyś zdrajca, oraz poseł cesarski i marszałek brandenburski byli w przebraniu, mając na sobie szaty duchowne! — odparł król, marszcząc brwi.
— Niechże najjaśniejszy pan nie frasuje się zbytnio! — zawołał hetman. — Jutro z marszałkiem koronnym pojedziemy do rezydentów cesarza i elektora, a także do nuncjusza. Sprawa jest jasna!
— Jakto — jasna! Czyś, waść, vinolentus?
— Nie jestem podpity, miłościwy panie! — zaprzeczył pan Koniecpolski. — Hoc verum esse concedo, że źle się stało, iż pokrzywdzono ojców jezuitów. Źle! Lecz poco oni zgodę na maszkarę dali i swoich szat duchownych użyczyli?
— Hm! — mruknął król. — Excusationem habemus criminis.
Non dubito turpe appellare owe obłupienie ze skóry, ohydny to zaiste czyn, ale, zapytam, czy tego nie czyniły szwedzkie wojska w Inflantach? — ciągnął hetman.
Abyssum abyssum invocat... — zauważył nieco uspokojony król.
— Święte słowa, miłościwy panie! — zawołał pan Koniecpolski. — Jak otchłań nawołuje otchłań, tak zbrodnia — zbrodnię — ja ci po...
Hetman ugryzł się w język, przypomniawszy sobie że przed majestatem królewskim stoi, i ciągnął dalej:
Tertio — poco posłowie cesarza i elektora na szwedzkiej galerze do Szwecji płynęli? Video rem publicam in periculo novo esse, bo, czyżby i cesarz na pomyślność Rzeczypospolitej nastawał, jak to czynią elektor i książę pruski?
Cum timore cogitamus... — szepnął król. — Ze strachem myślimy o tem!... Przekonałeś nas, mości hetmanie, że graviter odpisawszy, sprawę tę załagodzić możemy. Chociaż, powtarzamy, epistolas aegerrimas napisano do nas!
— Idę do marszałka, najjaśniejszy panie, całą sprawę omówić! — zakończył, kłaniając się nisko, pan Koniecpolski, a sam do siebie mruczał:
— Ja ci powiadam, mopanku, że musiał tam mój Haraburda, ja ci powiadam, pohulać po — naszemu, mopanku, jak to na Dzikich Polach bywało, ja ci powiadam!
Chociaż król podpisał pismo do cesarza, wyjaśniając zajście, jednak był zniewolony posłowi cesarskiemu i nuncjuszowi papieskiemu przyrzec, że owych okrutnych żeglarzy z okrętów usunie i pokara.
Miał zaś to uczynić władzą swoją hetman, na Pomorze znów odjeżdżający.
— Źle, mopanku, z tobą, ja ci powiadam! — mówił w kilka dni później pan Koniecpolski do stojącego w jego kwaterze rycerza. — Z brygantyny musisz duchem zniknąć, bo nad tem oko mają i cesarscy ludzie i ojcowie jezuici. Wezmę cię do swej chorągwi, jeno nazwisko zmienić musisz, mopanku!
— Nie wypada mi dobrego imienia nie talarami i gładkiemi słowy, lecz krwią zdobytego, zrzekać się, mości hetmanie, acz zaszczyt wielki i radość bezmierna pod jego wodzą ciągle służyć! — odparł rycerz.
— Ha, ha! mopanku, ja ci powiadam, rzekłeś dictum acerbum! — zaśmiał się hetman. — Sroga z ciebie sztuka, rogata! Cóż ja z tobą, mopanku, ja ci powiadam, uczynię? Nie mogę ja ciebie do wieży wsadzić, bobym chodził dokoła, mopanku, i, ja ci powiadam, jak ten pies wył z tęsknicy!
— Wasza dostojność, mam na to radę! — rzekł pan Haraburda. — Pozwólcie mnie żonę odwieźć do wojewody Piotra, a samemu popłynąć z handlową galerą do Italji. Namawiają mnie na to gdańscy druhowie z pomiędzy ludzi targowych. Poznam morze, jeszcze bardziej do żeglugi nawyknę, a melioribus annis na brygantynę swoją lub jaką inszą powrócę i prał będę, co trza będzie w owe czasy prać!
Długo naradzał się hetman z panem starostą Weyherem, lecz nic innego obmyśleć dla miłego ich sercu rycerza nie mogli. Wiedzieli bowiem panowie, że długie ręce ma cesarz, którego we wszystkiem słuchał król, a nie zamykali oczu i na to, że ojcowie jezuici umieli do celów swoich dążyć i u Zygmunta, gorliwego katolika, posłuch mieć we wszystkiem.
Z żalem więc pożegnali pana Haraburdę, który do kolan im padł i miłość swoją wodzom świadczył ze szczerością.
Gdy odszedł, pan Koniecpolski spojrzał na pana starostę i z westchnieniem rzekł:
— Przyszły czasy, że najlepsi z Polszczy uciekać muszą, niby syny wyrodne!
Trzasnął hetman pięścią w stół, a pan Jan Weyher dawno już prychał, bo krew go z wielkiej alteracji zalewać poczęła.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.