Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/182

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


blade ręce wyciągając i patrząc bezdennemi, strasznemi oczami kręcących się, przepaścistych wirów. Znikały, aby znowu powstać i mgliste, jak majaki niejasne, jak widziadła mary nocnej, przelatywały z grzebienia wału na rozwianą grzywę prysku, ślizgały się dokoła pobojowiska, ginąc w rozstępujących się od wojach bezdennych i chyżych.
Wycie, ryk, plusk, jęki istot nieznanych, lecz groźnych... tak mówić zaczęło morze.
Płochliwych i słabych lękiem udręczyłby Bałtyk rozszalały pod smaganiem siewierzy — nordy podstępnej, co na rafy, rewy i na zdziary wiągów galery i brygi ciskała — na śmierć, na zagładę.
Zagończyk stał na plichcie i śmiał się z wałów czubatych, pianą wściekłą plujących. Dziką, drapieżną radość miał w sercu rycerz, widząc, jak biegnie lotna brygantyna, refując wydęte, wyprężone płachty żagli.
Muża, szyper kaszubski, do zwału skalnego podobny, nogi wparł mocno w szustający pokład dunety i gromką oddał komendę:
— Wychodź na ruchawę, na war! Od kraju trzymaj na morze! Porwa!
— Porwa! Porwa! — odkrzyknęli ludzie od steru, bukszprytu i z marsów.
I na odgłos mocnej ludzkiej mowy zniknęły widma i majaki straszące, umilkły ich jęki, łkania i groźby. Tylko fale syczące mknęły hufcami, tylko szturm grał.
Wtem od rudla doszła śpiewka mazurska, skoczna i beztroska:

Sedł raz Łojda utrudzony
Wiecór z karcmy do swej zony
Przez wieś gościńcem serokim,
Com sam swoim widzioł okiem...