La Péndola/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol May
Tytuł La Péndola
Pochodzenie cykl Ród Rodriganda
Wydawca Spółka Wydawnicza Orient R. D. Z. East
Data wydania 1926
Druk Zakł. Druk. „Bristol”
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
II
BOŻE NARODZENIE.

W dwa dni później Sternau czuwał przy łóżku hrabianki. Matka doktora siedziała przy oknie, zajęta robotą ręczną. Roseta spała jeszcze ciągle i we śnie tym sprawiała wrażenie cudownego posągu z marmuru.
— Matko — szepnął Sternau.
— Co, synu? — zapytała cicho.
— Chodź tu bliżej...
Pani Sternau podeszła do syna, patrząc na niego z niepokojem.
— Weź tę rękę — rzekł Sternau.
Ujęła białą rękę hrabianki.
— Czy czujesz, jak jej puls bije? Czy widzisz, jak wargi zaczynają się rumienić, jak z policzków schodzi trupia bladość? Idź do kapitana i powiedz, że hrabianka zbudzi się za chwilę.
Pani Sternau pogłaskała syna i zapytała:
— Czy wszystko będzie dobrze?
— Bóg tylko wiedzieć to może. Modlę się do Niego, jak nigdy dotąd.
— Bóg wysłucha twej modlitwy. Zasługujesz na to w zupełności.
Wyszła, za chwilę wróciła, siadła przy oknie, ale nie mogła już pracować. Modliła się wraz ze synem.
Po pół godzinie słyszeć się dał lekki oddech chorej. Po chwili powieki poruszyły się, wyciągnęła rękę. Sternau musiał zebrać wszystkie siły, aby zapanować nad sobą, aby mu nie zadrżała ręka, w której trzymał dłoń hrabianki.
Wreszcie powieki chorej zaczęły się podnosić. Otworzyła oczy, patrząc wokoło wzrokiem mętnym.
— Boże, bądź mi miłościw... Od tej chwili zależy wszystko — modlił się Sternau.
Wzrok hrabianki zaczął stopniowo nabierać wyrazu; nie patrzyła już tak nieruchomo.
— Uratowana — szepnął Sternau.
Wzrok Rosety krążył ze zdumieniem po otaczających ją przedmiotach. W pewnej chwili poczuła, że ktoś trzyma jej rękę. Zdumiona, kto to być może, zwróciła wzrok na Sternaua i, poznając go, zawołała:
— Carlosie, czy to ty?
— Tak — odparł Sternau drżącym głosem.
— Gdzie jestem? Jak długo spałam?
— Uspokój się; jesteś u mnie.
— Jestem spokojna, bom przy tobie. Musiałam spać długo.
— Bardzo długo. Byłaś chora.
— Chora? Jakto? Wczoraj odprowadziłam Amy do Pons, potem wróciłam. Ciebie nie było. Poczułam się niezdrowa, chciałam się położyć, zasnęłam podczas modlitwy. Gdzie byłeś, Karolu?
— W Barcelonie.
— Dlaczego mnie nie uprzedziłeś?
Po tych słowach z pod okna rozległo się ciche łkanie. Roseta usłyszała je i zapytała:
— Kto to płacze? Czy to Elwira?
— Nie, droga moja. To ktoś bardzo dobry, kto cię chce poznać.
— Ktoś obcy? Któż to taki? — zawołała hrabianka.
— To moja matka.
Roseta odparła z radością:
— Co za niespodzianka. Poproś ją, prędko, prędko...
— Musisz z nią mówić po francusku, nie zna hiszpańskiego.
— Poproś ją...
— Matko, podejdź, Roseta chce cię widzieć.
— Nie rozumiem wprawdzie, co hrabianka mówi, ale mam wrażenie, że przytomność jej wróciła. Czy tak?
— Tak. Bóg wysłuchał naszej modlitwy.
Pani Sternau podeszła do łóżka. Roseta wyciągnęła ku niej ręce i rzekła:
— Więc pani jest matką mego Karola? Teraz i ja mam matkę. Czy zechce mnie pani uważać za córkę?
Pani Sternau odparła:
— Niech wam Bóg dopomaga, moje dzieci; bądźcie szczęśliwi.
Utonęły w długim uścisku. Po chwili hrabianka rzekła do narzeczonego:
— Karolu, dziękuję ci za matkę, którą mi dałeś. Kocham ją od pierwszej chwili. Ale czy to prawda, że byłam chora?
— Tak, kochanie. Chorowałaś bardzo długo.
— Więc to nie było wczoraj, o czem mówiłam przed chwilą?
— Nie; trzy miesiące temu.
— Trzy miesiące temu? Więc byłam cały czas nieprzytomna? I tyś mnie uleczył, ty?
— Bóg pozwolił mi na to.
— A gdzież jest Alfonso, Cortejo, Alimpo, Elwira?
— Alimpo i Elwira są tutaj. Reszty dowiesz się później. Teraz nie powinnaś za wiele mówić; musisz oszczędzać swoich sił.
— Dobrze, będę cię słuchała. Tylko powiedz mi, gdzie jestem?
— U naszego wspólnego przyjaciela.
— W Rodriganda?
— Nie. Dowiesz się o wszystkiem jeszcze dzisiaj.
— A mój ojciec? Czy zginął naprawdę?
— Nie; żyje. Ale nie mów już nic, najdroższa, bo możesz sobie zaszkodzić.
— Mój drogi... Mam jeszcze prośbę do ciebie, ale się wstydzę...
— Mów śmiało.
— Pytam teraz nie narzeczonego, a lekarza, — rzekła, oblewając się rumieńcem. — Więc przez cały czas choroby nic nie jadłam?
Sternau aż krzyknął z radości:
— Mogłaś to powiedzieć narzeczonemu, a nie lekarzowi, Roseto, bo pytanie to jest dla mnie szczęściem. Teraz wiem, że będziesz zdrowa. Mamo, proszę przynieść to, co tu wypiszę na kartce. A może chcesz, by ci przyniosła Elwira?
— Chciałabym ją zobaczyć, ale niechaj matka wraca jak najprędzej.
Sternau napisał kilka słów na kartce, którą pani Sternau odniosła do kuchni. Po drodze spotkał ją leśniczy i, chwytając za ramię, zapytał:
— Więc wyzdrowiała?
— Bogu niech będą dzięki.
— Victoria! Aleluja! Brawo! Czy mogę ją zobaczyć? — Nie? To kiepsko, to okrutnie, to nieludzko! Ale chciałbym dla niej coś zrobić. Jak pani sądzi, coby ją ucieszyło najbardziej?
— Nie mam pojęcia. A zresztą nie mam czasu, muszę pójść do kuchni; syn wypisał na kartce, co jej mam przynieść na posiłek.
— Niech pani pokaże kartkę.
Wziąwszy kartkę do ręki, przeczytał: — trochę kleiku, odrobinę pieczonych owoców.
— To ma postawić chorą na nogi? Niechże pani przyniesie jej zamiast tego kawał sarniny, trochę klusek, kapusty, szynki, parę korniszonów i marynowanego śledzia; to pobudza apetyt i wzmacnia nerwy. Syn pani jest świetnym lekarzem, ale na kuchni zna się, jak koń na geografji.
Po chwili Elwira wniosła kleik do pokoju hrabianki. Roseta przywitała się z nią serdecznie, a poczciwa pani rządcyni wzięła condesę w objęcia, płacząc z radości, iż nareszcie minęła okropna choroba.
Zjadłszy zupę, Roseta wpadła w lekki sen; Sternau był z tego bardzo zadowolony, bo wiedział, że ta drzemka doda hrabiance sił. Przy Rosecie została pani Sternau wraz z Elwirą, nasz doktór zaś udał się do pokoju hrabiego.
Gdy wrócił po godzinie, zastał Rosetę i Elwirę zalane łzami. Pani Sternau wstała od okna i rzekła:
— Dobrze, że przychodzisz. Nie rozumiem wprawdzie po hiszpańsku, ale mam wrażenie, że pani Elwira była zbyt gadatliwa. Mimo moich próśb i napomnień nie zamykały jej się usta.
Widząc niepokój Sternaua, Roseta odparła:
— Nie gniewaj się, najdroższy. Elwira opowiedziała mi nieco o mojej chorobie; wypytywałam o szczegóły i stąd ta długa rozmowa.
— Ależ to ci może bardzo zaszkodzić.
— Nie przypuszczam. Pewność i prawda dręczą mnie mniej, aniżeli domysły. Po opowiadaniu Elwiry, jestem o wiele spokojniejsza, aniżeli przedtem. A teraz mam do ciebie prośbę, którą spełnisz, nieprawdaż? Powinnam jako córka być przy łożu ojca. Puść mnie do niego.
Sternau ustąpił po chwili wahania. Kazał obok łóżka hrabiego przygotować miękki, wygodny tapczan i sam zaniósł Rosetę na swych silnych ramionach do pokoju don Manuela. Na widok ojca córka zalała się łzami; chwyciwszy jego rękę, zaczęła pokrywać ją pocałunkami. Dopiero po chwili zauważyła stojącego obok Alimpa. Podała mu rękę, którę rządca ucałował ze słowami:
— Chwała Bogu, że zmiłował się i pozwolił doktorowi uratować panienkę.
— Wiem, że to zasługa doktora. I wiem, coście wy dla mnie uczynili. Dzięki, serdeczne dzięki.
— To drobnostka. Poszlibyśmy za panią choćby na koniec świata, jak mówi moja Elwira.
— Postaram się nagrodzić wam trudy i poświęcenie. Niech tylko ojciec wyzdrowieje...
Następnego dnia miało się rozstrzygnąć, czy hrabia również zostanie uratowany.
Roseta siedziała przy łożu ojca, nie spuszczając zeń oka. Spał już prawie trzy dni. Wszedł Sternau. Roseta ujęła go za rękę:
— Czy wróci do zdrowia?
— Mam nadzieję, że tak.
Po jakimś czasie hrabia przeciągnął się, otworzył oczy, wodząc po pokoju sennym wzrokiem. Zobaczywszy Rosetę, zapytał:
— Gdzie jestem, wielki Boże. Co mi się śniło? Czy to ty, Roseto? A gdzie doktór Sternau, który mi wzrok uleczył?
Blada ze wzruszenia Roseta krzyknęła:
— Ojcze, drogi ojcze, więc mnie poznajesz, naprawdę mnie poznajesz?
— Tak. Ale nie wpuszczaj tu ani Corteja, ani Klaryssy, ani Alfonsa. Jestem zmęczony; chcę spać. Pocałuj mnie na dobranoc, a jutro rano przyjdź wcześnie.
Hrabia zasnął. Roseta wstała. Pełna wdzięczności i ogromnej radości, rzuciła się z łkaniem w objęcia doktora. — — —
Minęło czternaście dni. Don Manuel wyzdrowiał zupełnie. Z wielką radością zgodził się na małżeństwo córki z doktorem. Dręczyła go tylko obawa o niepewny los syna.
W leśniczówce panował ruch wielki. Gotowano się do ślubu, który miał nastąpić w wigilję. Życzenie Rosety, aby ślub był cichy, podzielał również Sternau.
W przeddzień wigilji przybył oczekiwany z utęsknieniem przez rodzinę Unger. Posiliwszy się i wypocząwszy, siedział teraz przy stole obok żony i dziecka i słuchał ich opowiadań o ostatnich wypadkach.
W pewnej chwili zapytał:
— A więc ten doktór Sternau był zmuszony do ucieczki z Rodrigandy? Czy nie wiesz dlaczego? Chyba nie z powodu człowieka, który zginął z zamku?
— Tego nie wiem. Chociaż słyszałam od pani Sternau, że z zamku istotnie ktoś zginął. Zdaje mi się, że jakiś porucznik huzarów. Pani Sternau opowiadała coś o tem.
— I niewiadomo co się z nim stało?
— Zdaje mi się, że doktór Sternau przypuszcza, iż porwano go na jakiś statek.
— Do licha! Jak się nazywa ten statek? Czy nie „Péndola“ przypadkiem?
— Nie wiem.
— Nie znasz żadnych dalszych szczegółów?
Pani Unger zamyśliła się na chwilę, poczem rzekła:
— Czekaj, czekaj, Podobno jakiś adwokat, czy notarjusz maczał w tem ręce. Nazwiska nie pamiętam: brzmi obco.
— Gasparino Cortejo?
— Tak, tak. Ale skąd znasz to nazwisko?
— Opowiem ci o tem później. Teraz muszę pomówić z doktorem.
Unger wyszedł. Niedaleko domu spotkał Sternaua, wracającego ze spaceru po lesie. Uchyliwszy swego sombrera, który nosił stale, nawet w ojczyźnie, Unger zapytał:
— Przepraszam, pan jest doktór Sternau?
— Tak.
— Chcę panu udzielić pewnych informacyj; czy rozporządza pan chwilą czasu?
— Tak. Godność pana Unger, jest pan ojcem małego Kurta?
— Zgadł pan. Przybyłem do domu dzisiaj.
— Czy pan chce ze mną pomówić jako z lekarzem?
— Nie. Sprawa dotyczy pańskiego pobytu w Hiszpanji.
— A więc pan był w Hiszpanji?
— Nie. Ale podczas mej ostatniej podróży morskiej dowiedziałem się przypadkiem o czemś, co, zdaniem mojem, może dla pana mieć cenną wagę.
— Siądźmy tu na ławce i pogadajmy.
Unger zaczął:
— Przybyliśmy do portu w Nantes. Obok nas stał okręt kapitana Landoli, „La Péndola“. Landola nazywał siebie kupcem, ale wkrótce wyniosłem przekonanie, że to zwykły zbój morski — pirat. W małej tawernie portowej podsłuchałem przypadkiem rozmowę dwóch jego ludzi. Opowiadali sobie, jak to z polecenia niejakiego Gasparina Cortejo porwali człowieka, który jest na statku.
Sternau słuchał był z wytężoną uwagą. Teraz zawołał w najwyższem podnieceniu:
— Nie ma pan pojęcia, czem dla mnie jest pańskie opowiadanie. A więc kapitan okrętu nazywał się Enrico Landola?
— Tak. Statek swój ochrzcił „Péndola“, co znaczy — piórko. Idę o zakład, że to nazwa fałszywa, zmieniona. Jestem przekonany, że to znany okręt „Lion“, który tak często niepokoi afrykańskie i wschodnio-amerykańskie wybrzeża.
— W takim razie ten Landola, to nikt inny, tylko kapitan Grandeprise?
— Być może. Ale nie skończyłem jeszcze. Jeden z marynarzy zapytał, co kapitan uczyni z jeńcem. Na to drugi odpowiedział, że koniec jego będzie zapewne taki sam, jak koniec tego, którego przed kilku miesiącami porwali z Meksyku.
Sternau zapytał ze zdumieniem:
— Z Meksyku? I nic pan więcej o nim nie słyszał?
— Nie. Jeden z marynarzy wtrącił tylko, że szkoda tego człowieka, który jest hrabią, czy też księciem.
— Czy imienia nie wymienili?
— Owszem. Mówili coś o starym Fernandzie. Sprzedali go dzikim we wschodniej Afryce, w miejscowości Harrar. Opowiedziałem panu tę historję, ponieważ i w pańskich przeżyciach niemałą rolę odgrywa ten Cortejo.
Sternauowi spadła teraz łuska z oczu. Przypomniał sobie dokładnie, co mu opowiedział tuż przed śmiercią towarzysz więzienny Jacques Tardot. Już wtedy, gdy usłyszał imię Fernando, pomyślał sobie o bracie don Manuela, który podobno umarł w Meksyku. Teraz gdy okazało się, że „Péndola“ i „Lion“ to ten sam statek, nie miał już wątpliwości, iż don Fernando nie zginął, a został przez Landolę uprowadzony. Co do nazwiska Cortejo, to Sternau wiedział o tem oddawna, że brat Gasparina Corteja był zaufanym powiernikiem don Fernanda, brata don Manuela.
Pytał dalej:
— Nic pan zresztą nie wie o tym człowieku?
— Nic.
— I niewiadomo panu, dokąd „Péndola“ wyruszyła z Nantes?
— Słyszałem, że do Kapsztadu. Ale czy można coś wiedzieć, skoro taki statek i taki kapitan? Rozbójnik morski płynie tylko tam, gdzie się spodziewa łupu.
— Czy nie możnaby się tego dowiedzieć?
— Owszem, ale to sprawa bardzo kosztowna. Trzeba się zwrócić do Ministerstwa spraw zagranicznych w Berlinie, ono zatelegrafuje do odnośnych konsulatów. W każdym razie potrwa to dosyć długo. Przypuśćmy jednak, że się dowiemy na jakich wodach płynie „Péndola“. I cóż dalej?
— Muszę odszukać statek, aby oswobodzić jeńca.
— Czy to takie ważne dla pana?
— Ogromnie. Powiem panu przy sposobności dlaczego. A teraz jedno pytanie: czy pan jest obecnie gdzieś zaangażowany?
— Nie.
— Czy podjąłby się pan prowadzenia statku, ewentualnie niedużego jachtu parowego?
— Owszem, jeżeli będę miał do dyspozycji dobrego maszynistę.
— Czy taki jacht mógłby na otwartem morzu rozpocząć walkę z „Péndolą“?
— To trudna sprawa. Musiałby mieć w każdym razie dobre działa i dzielną załogę.
— Więc sprawa byłaby pańskiem zdaniem do ubicia?
— Przy warunkach o których mówiłem, tak.
— Ile taki jacht ma kosztować?
— Przypuszczam, że około sześćdziesięciu tysięcy szylingów.
— Czy nie możnaby kupić używanego?
— Sądzę, że to byłoby ciężko. Takie jachty budują przeważnie bogacze, a ci nie chcą sprzedawać swoich rzeczy. A zresztą, musi to być jacht zbudowany ściśle według wskazówek i instrukcyj, inaczej chybi celu.
— Gdzie się buduje najlepsze jachty?
— Mojem zdaniem najlepiej byłoby zamówić taki jacht w Greenock.
— W Szkocji?
— Tak. Ale musiałby pan sam tam pojechać.
— Nie jestem fachowcem. Czy miałby mi pan ochotę towarzyszyć, w razie gdybym się zdecydował?
— Ależ bardzo chętnie.
— Pomyślę o tem. Siostra moja, która bardzo lubi pańską żonę, mówiła mi, że pan marzy o tem, by zdobyć samodzielne stanowisko i żeglować na własnym statku. Jeżeli zamówię jacht, nie będzie pan wprawdzie właścicielem jego, ale zostanie kapitanem. No, a teraz odchodzę. Muszę w samotności pomyśleć nad wszystkiem, co mi pan opowiedział, bo ma to dla mnie wielkie znaczenie. A więc, dowidzenia.
— Dowidzenia.
Po południu przyjechał na zamek prokurator. Udał się najpierw do mieszkania Ungerów, gdzie zostawił podarunek świąteczny dla Kurta, którego bardzo polubił. Po chwili zameldował się u Sternaua; doktór przyjął go bardzo serdecznie.
— Przynosi pan jakie wiadomości?
— Tak. Cieszę się, że mogę się niemi podzielić bezpośrednio przed świętami.
Zapaliwszy cygaro, prokurator mówił:
— Zasięgnąłem informacyj co do rodziny Rodriganda. Identyczność hrabianki została ustalona. Według oświadczenia poselstwa hiszpańskiego nie może być nawet mowy o tem, aby mogła utracić swe dziedzictwo. Ponadto wysłałem jednego z najzdolniejszych detektywów do Barcelony.
— Bezcenna to uprzejmość z pańskiej strony. Koszty oczywiście poniosę.
— O tem później. Poleciłem detektywowi mieć na oku zamek Rodriganda.
— Doskonale, gdyż don Manuel chce chwilowo zostać tutaj i tu czekać na rezultat poszukiwań swego syna.
— Jakto? Więc pański przyszły teść nie ma zamiaru natychmiast wystąpić przeciw fałszywemu dziedzicowi?
— Nie. A zresztą nie mógłby tego uczynić nawet gdyby chciał.
— Nie rozumiem. Niech mi pan to bliżej wyjaśni.
— Otóż zamek i hrabstwo Rodriganda nie są bezwzględną własnością osobistą, a własnością rodzinną, majoratem, który przechodzi na najbliższego potomka męskiego z chwilą, gdy ten kończy 21 lat. W ten sposób właścicielami stają się dwaj ludzie i tylko razem, wspólnie, mogą wnosić skargi. Któż jest w tym wypadku najbliższym potomkiem męskim?
— Bezwątpienia Mariano.
— Dobrze, a dowody? Zresztą musimy przedewszystkiem odnaleźć Mariana, by mógł sam dochodzić swych praw. Trudność polega na tem, że Alfonso jest pod względem prawnym dziedzicem, albo, ściśle mówiąc, tymczasowym współwłaścicielem majoratu. Wychodzi z tego pewien formalny absurd: do skargi przeciw Alfonsowi potrzebuje don Manuel właśnie zgody Alfonsa.
— Skomplikowany węzeł.
— Tak. W rozporządzeniach, odnoszących się do majoratu, nie pomyślano w tym wypadku o tem, że ojciec mógłby mieć kiedyś podstawę do wystąpienia przeciw własnemu synowi. Oczywiście don Manuel może mieszkać nadal w Rodriganda i zarządzać majątkiem razem z Alfonsem. Ale czy wobec naszych warunków, wobec tego że don Manuelowi grozi w Rodrigandzie na każdym kroku niebezpieczeństwo, można go do tego nakłaniać? Rozumie pan teraz, dlaczego hrabia ma związane ręce, aż do czasu odnalezienia Mariana.
— Czy nie możnaby przeciw Alfonsowi wystąpić na drogę sądową?
— Wątpię. Jakież dowody mamy przeciw niemu?
— Ha, trudno. A jakie ma pan plany co do hrabiego Manuela? Czy zamierza pan uratowanie jego i wyzdrowienie trzymać w tajemnicy?
— Nie przypuszczam, by się to udało. Nie można przecież hrabiego trzymać pod kluczem. Trzeba w każdym razie przez tajnych detektywów pilnować tego Alfonsa, którego chwilowo musimy zostawić w spokoju. W najlepszym razie Roseta będzie mogła otrzymać należną jej część majątku.
— Właśnie przynoszę panu miłą nowinę. Mój zaufany w Rodriganda donosi, że nikt tam na zamku nie ma zamiaru przeczyć, iż niewiasta, która się tu znajduje, jest hrabianką Rosetą.
— A więc będzie mogła objąć dziedzictwo?
— Jestem tego pewien. Prowadzę w tej sprawie ożywioną korespondencję z posłem hiszpańskim w Berlinie. Obiecał zrobić wszystko, co w jego mocy.
— Bardzo panu jestem wdzięczny.
— Unger mówił mi, że pan ma zamiar wyjechać z nim celem kupienia jachtu.
— Tak; to prawda.
— Ciekawe rzeczy opowiadał mi ten sternik. Czy pozwoli pan, abym podczas pańskiej nieobecności zajął się i tą sprawą?
— Ależ owszem, o ile to leży w zakresie pańskich kompetencyj.
— Niech się pan nie obawia. Będę mógł działać szybciej od pana. Trzeba przedewszystkiem zasięgnąć informacyj, gdzie i kiedy widziano po raz ostatni „Péndolę“. No, a teraz niech pan pozwoli złożyć sobie życzenia z powodu jutrzejszego ślubu. — Czy mógłbym zobaczyć condesę Rosetę i don Manuela? Chciałbym uzupełnić moje urzędowe notatki osobistem stwierdzeniem stanu ich zdrowia.
Po chwili Sternau wrócił w towarzystwie narzeczonej i don Manuela. Prokurator nie chciał wierzyć własnym oczom. Jeszcze niedawno widział Rosetę na klęczkach, marmurowo bladą, pogrążoną w zapamiętałej modlitwie; teraz stała przed nim kobieta tryskająca życiem i zdrowiem, pełna czaru i wdzięku. Don Manuel wyglądał również znakomicie.
Tymczasem w wielkiej sali kończono przygotowania do jutrzejszej uroczystości. W jednym z kątów urządzono ołtarz i gęsto otoczono go małemi jodłami; w środku pokoju stała olbrzymia sosna, którą leśniczy sam przyniósł z lasu. Wraz z Ludwikiem zabiegał teraz około ostatnich przygotowań. Drzwi sali zamknięte były na klucz, ponieważ leśniczy gotował swym gościom niespodziankę.
Pan kapitan był dziś w okropnym humorze, zgoła nielicującym z nastrojem świątecznym. Ludwik zabierał się właśnie do złocenia orzechów, kiedy kapitan huknął:
— Ty ośle kwadratowy, przecież masz pozłacać orzechy, a nie swoje łapy niedźwiedzie.
— To nie moja wina, że mi trochę złotej farby zostaje na rękach.
— Tylko trochę? — zapytał leśniczy szyderczo. — Ależ tem, co ci zostaje na łapach, możnaby ozłocić wszystkie orzechy świata.
— Co też pan kapitan mówi!
— Milczeć. Jak śmiesz mi się sprzeciwiać?
— Nie sprzeciwiam się, tylko nie chcę ewentualnie, by mi pan kapitan krzywdę wyrządzał. A zresztą, niech pan kapitan spojrzy na swoje palce: calutkie we złocie.
Przekonawszy się, iż Ludwik ma słuszność, kapitan wpadł w jeszcze większą pasję i wołał z istną furją:
— Stul pysk! Czyjeż to złoto, twoje czy moje? Ja je kupiłem czy ty? Czy mam prawo smarować się niem, jak mi się podoba?
— Niech mnie pan kapitan zostawi w spokoju, albo pójdę sobie precz i niech pan kapitan sam złoci orzechy.
Leśniczy oniemiał na chwilę, poczem wrzasnął:
— Do kroćset bomb i kartaczy! Jaki djabeł cię opętał, że się odważasz tak do mnie przemawiać? I dla kogóż to pracujesz, dla mnie, czy dla naszej hrabianki, która zasługuje na złoto całego świata? Jeżeli zaraz...
Tu przerwał, bo rozległo się pukanie, a za chwilę Kurt zawołał:
— Panie kapitanie, proszę otworzyć.
Gniew kapitana znalazł nowe ujście:
— Zostań za drzwiami, nie wchodź! Nie potrzebnyś mi teraz.
— Chcę coś pokazać.
— Nie mam czasu.
— Wejdę tylko na chwilę, na chwileczkę.
— Nie. Marsz, zabieraj się galopem!
— Dobrze, odchodzę. W takim razie sam zastrzelę.
Leśniczy zapytał ze zdumieniem:
— Zastrzelisz? Kogóż to?
— Tygrysa.
— Co takiego? Oszalałeś?
— Dowidzenia, kapitanie, odchodzę.
— Zostań, już idę.
Kapitan rzucił dziadek do orzechów Ludwikowi na głowę i skoczył do Kurta. Kurt miał przez lewe ramię przewieszoną dubeltówkę, na prawem zaś coś w rodzaju żelaznej tarczy, w której umieszczony był wykuty ze stali tygrys. Leśniczy zapytał:
— Więc to jest tygrys, którego chcesz zabić?
— Tak — odparł Kurt, śmiejąc się serdecznie.
— Skąd go masz?
— Prokurator darował mi go na Boże Narodzenie.
— Skąd ten człowiek wpadł na podobny pomysł? Dlaczego cię obdarowuje?
— Może dlatego, że go wtedy nie zabiłem?
— No, no, może. A co teraz chcesz zrobić z podarunkiem?
— Pójdę do lasu i spróbuję strzelać do niego. Musi pan ze mną pójść, kapitanie, i pomóc mi, ale koniecznie.
— Nie mam właściwie czasu.
— W takim razie pójdę i sam sobie dam radę. Doktór Sternau opowiadał mi o polowaniach na dzikiego zwierza; muszę zostać takim samym wielkim myśliwcem, jak on.
— Masz jeszcze na to czasu wiele.
— Nie, idę dziś do lasu. Niech kapitan pójdzie ze mną, mój drogi kapitanie.
Kapitan nie umiał odmawiać malcowi i wkrótce dwoje dzieci, to małe i to wielkie, ruszyło drogą do lasu. — —
Nastał dzień wigilijny, pogodny i słoneczny, Dla uczczenia młodej pary natura przyozdobiła się we wszystkie powaby. Przed dziesiątą rano mieszkańcy leśniczówki zebrali się w wielkiej sali zamkowej, nie szczędząc słów podziwu dla wspaniałej dekoracji z drzew. Kapitan szybował w siódmem niebie.
Po dziesiątej przybył ksiądz z pobliskiej wioski i dał ślub młodym. Po tej uroczystości odbyło się skromne śniadanie w kole najbliższych znajomych.
Wieczorem zgromadzono się znowu przy choince. Niezliczona ilość płonących na niej świateł wywarła na Hiszpanach niezatarte wrażenie, gdyż, jak wiadomo, w Hiszpanji ten sposób święcenia Bożego Narodzenia nie jest znany. Roseta, oparta na ramieniu męża, nie umiała ukryć zachwytu, a Elwira klaskała w dłonie, twierdząc, że czegoś podobnego ani ona, ani Alimpo nigdy jeszcze nie widzieli.
Po chwili z podwórza rozległy się słowa kolędy Bóg się rodzi, moc truchleje...
I tu aranżerem był nasz kapitan. Stał wśród służby i wybijał takt. Ze śpiewem poszło nienajgorzej, leśniczy bez zastrzeżeń mógł być zadowolony. Nie każdy ton był wprawdzie czysty, ale całość wypadła mile.
— Cóż to było? — zapytała Roseta, gdy pieśń zamilkła.
— To kolęda, którą nasz wielki przyjaciel przygotował na twą cześć.
— Jaki to dobry, poczciwy człowiek ten leśnlczy. Nie rozumiem wprawdzie jego mowy, ale wiem, że mi jak najlepiej życzy.
Przystąpiono do podarków świątecznych, które leżały przed drzewkiem, na wielkim stole. Helena otrzymała od Rosety piękne perły. Mały Kurt, zaproszony na wilję wraz z rodzicami, dostał od leśniczego ciepłą kurtkę i czapkę, obszyte futrem lisa, którego malec ubił. Kurt nie posiadał się z radości; raz po raz skakał kapitanowi na szyję. Nie trzeba chyba dodawać, że leśniczy otrzymał piękne upominki od don Manuela, Rosety i Sternaua. Nie zapomniano oczywiście o Alimpie i żonie jego. Gdy spożyto wieczerzę, rzekł Alimpo, do Sternaua:
— Takich świąt nie pamiętam, odkąd na świat przyszedłem. Moja Elwira również. —
Minął dzień ślubu. Sternau postanowił poświęcić cztery tygodnie wyłącznie Rosecie i swemu szczęściu; potem miał przystąpić do zupełnego rozwiązania i wyświetlenia zagadki rodu Rodriganda.
Prokurator nie tracił czasu. Dzięki stosunkom w Berlinie i Londynie zdołał po kilku tygodniach dowiedzieć się, że „Péndola“ była niedawno na świętej Helenie. Stamtąd wypłynęła w kierunku Kapsztadu. —
Z końcem czwartego tygodnia Sternau opuścił Reinswalden w towarzystwie Ungera, zostawiając żonę pod opieką leśniczego. Pożegnanie Sternaua z żoną było wzruszające. Roseta nie chciała opuścić swego małżonka, rzucała mu się raz po raz na szyję z rzewnym płaczem.
Gdy Sternau odjechał, zostali przy niej don Manuel, Alimpo i Elwira. Hrabia w milczeniu ucałował swą córkę, Elwira zaś rzekła:
— Niech pani nie płacze. Pan wkrótce wróci, to samo mówi mój Alimpo.
Na podwórzu stali Ludwik i Kurt. Chłopak płakał, Ludwikowi łzy się również kręciły w oczach; za wszelką cenę pragnął je ukryć przed chłopcem.
— Czego beczysz, nie należy ewentualnie być płaksą — rzekł do Kurta.
— Przecież i ty płaczesz — odpowiedział malec, patrząc mu prosto w oczy.
— Ja płaczę? Co za głupstwa! To tylko pot leje mi się z czoła, bo słońce przypieka. Przed tygodniem było zimno jak na Syberji, a dziś statki chodzą po Renie. Pogoda ewentualnie niezwykła.
Tak rozstawali się mieszkańcy leśniczówki ze Sternauem, nie przeczuwając nawet, że szereg lat upłynie zanim powróci wraz ze swym towarzyszem. — —
Na przystani w Moguncji zjawił się prokurator i raz jeszcze zapewnił Sternaua, że będzie pamiętał o Rosecie i don Manuelu.
Kapitan odprowadził podróżnych do Kolonji. Przy pożegnaniu zapytał Sternaua:
— Jak długo ma pan zamiar zabawić poza domem?
— Bóg tylko wiedzieć raczy.
— Mam nadzieję, że dozwoli On nam zobaczyć pana niezadługo.
— Niech pan raz jeszcze wszystkich pozdrowi. No, z Bogiem.
— Do zobaczenia, drogi kuzynie.
Sternau i Unger ruszyli na niepewną, pełną przygód wędrówkę. — —



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol May i tłumacza: anonimowy.