Strona:Karol May - La Péndola.djvu/53

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Dobrze, że przychodzisz. Nie rozumiem wprawdzie po hiszpańsku, ale mam wrażenie, że pani Elwira była zbyt gadatliwa. Mimo moich próśb i napomnień nie zamykały jej się usta.
Widząc niepokój Sternaua, Roseta odparła:
— Nie gniewaj się, najdroższy. Elwira opowiedziała mi nieco o mojej chorobie; wypytywałam o szczegóły i stąd ta długa rozmowa.
— Ależ to ci może bardzo zaszkodzić.
— Nie przypuszczam. Pewność i prawda dręczą mnie mniej, aniżeli domysły. Po opowiadaniu Elwiry, jestem o wiele spokojniejsza, aniżeli przedtem. A teraz mam do ciebie prośbę, którą spełnisz, nieprawdaż? Powinnam jako córka być przy łożu ojca. Puść mnie do niego.
Sternau ustąpił po chwili wahania. Kazał obok łóżka hrabiego przygotować miękki, wygodny tapczan i sam zaniósł Rosetę na swych silnych ramionach do pokoju don Manuela. Na widok ojca córka zalała się łzami; chwyciwszy jego rękę, zaczęła pokrywać ją pocałunkami. Dopiero po chwili zauważyła stojącego obok Alimpa. Podała mu rękę, którę rządca ucałował ze słowami:
— Chwała Bogu, że zmiłował się i pozwolił doktorowi uratować panienkę.
— Wiem, że to zasługa doktora. I wiem, coście wy dla mnie uczynili. Dzięki, serdeczne dzięki.
— To drobnostka. Poszlibyśmy za panią choćby na koniec świata, jak mówi moja Elwira.
— Postaram się nagrodzić wam trudy i poświęcenie. Niech tylko ojciec wyzdrowieje...