Strona:Karol May - La Péndola.djvu/66

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


w Hiszpanji ten sposób święcenia Bożego Narodzenia nie jest znany. Roseta, oparła na ramieniu męża, nie umiała ukryć zachwytu, a Elwira klaskała w dłonie, twierdząc, że czegoś podobnego ani ona, ani Alimpo nigdy jeszcze nie widzieli.
Po chwili z podwórza rozległy się słowa kolędy Bóg się rodzi, moc truchleje...
I tu aranżerem był nasz kapitan. Stał wśród służby i wybijał takt. Ze śpiewem poszło nienajgorszej, leśniczy bez zastrzeżeń mógł być zadowolony. Nie każdy ton był wprawdzie czysty, ale całość wypadła mile.
— Cóż to było? — zapytała Roseta, gdy pieśń zamilkła.
— To kolęda, którą nasz wielki przyjaciel przygotował na twą cześć.
— Jaki to dobry, poczciwy człowiek ten leśnlczy. Nie rozumiem wprawdzie jego mowy, ale wiem, że mi jak najlepiej życzy.
Przystąpiono do podarków świątecznych, które leżały przed drzewkiem, na wielkim stole. Helena otrzymała od Rosety piękne perły. Mały Kurt, zaproszony na wilję wraz z rodzicami, dostał od leśniczego ciepłą kurtkę i czapkę, obszyte futrem lisa, którego malec ubił. Kurt nie posiadał się z radości; raz po raz skakał kapitanowi na szyję. Nie trzeba chyba dodawać, że leśniczy otrzymał piękne upominki od don Manuela, Rosety i Sternaua. Nie zapomniano oczywiście o Alimpie i żonie jego. Gdy spożyto wieczerzę, rzekł Alimpo, do Sternaua: