Strona:Karol May - La Péndola.djvu/57

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


tak często niepokoi afrykańskie i wschodnio-amerykańskie wybrzeża.
— W takim razie ten Landola, to nikt inny, tylko kapitan Grandeprise?
— Być może. Ale nie skończyłem jeszcze. Jeden z marynarzy zapytał, co kapitan uczyni z jeńcem. Na to drugi odpowiedział, że koniec jego będzie zapewne taki sam, jak koniec tego, którego przed kilku miesiącami porwali z Meksyku.
Sternau zapytał ze zdumieniem:
— Z Meksyku? I nic pan więcej o nim nie słyszał?
— Nie. Jeden z marynarzy wtrącił tylko, że szkoda tego człowieka, który jest hrabią, czy też księciem.
— Czy imienia nie wymienili?
— Owszem. Mówili coś o starym Fernandzie. Sprzedali go dzikim we wschodniej Afryce, w miejscowości Harrar. Opowiedziałem panu tę historję, ponieważ i w pańskich przeżyciach niemałą rolę odgrywa ten Cortejo.
Sternauowi spadła teraz łuska z oczu. Przypomniał sobie dokładnie, co mu opowiedział tuż przed śmiercią towarzysz więzienny Jacques Tardot. Już wtedy, gdy usłyszał imię Fernando, pomyślał sobie o bracie don Manuela, który podobno umarł w Meksyku. Teraz gdy okazało się, że „Péndola“ i „Lion“ to ten sam statek, nie miał już wątpliwości, iż don Fernando nie zginął, a został przez Landolę uprowadzony. Co do nazwiska Cortejo, to Sternau wiedział o tem oddawna, że brat Gasparina Corteja był zaufanym powiernikiem don Fernanda, brata don Manuela.
Pytał dalej: