Strona:Karol May - La Péndola.djvu/63

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


nia do jutrzejszej uroczystości. W jednym z kątów urządzono ołtarz i gęsto otoczono go małemi jodłami; w środku pokoju stała olbrzymia sosna, którą leśniczy sam przyniósł z lasu. Wraz z Ludwikiem zabiegał teraz około ostatnich przygotowań. Drzwi sali zamknięte były na klucz, ponieważ leśniczy gotował swym gościom niespodziankę.
Pan kapitan był dziś w okropnym humorze, zgoła nielicującym z nastrojem świątecznym. Ludwik zabierał się właśnie do złocenia orzechów, kiedy kapitan huknął:
— Ty ośle kwadratowy, przecież masz pozłacać orzechy, a nie swoje łapy niedźwiedzie.
— To nie moja wina, że mi trochę złotej farby zostaje na rękach.
— Tylko trochę? — zapytał leśniczy szyderczo. — Ależ tem, co ci zostaje na łapach, możnaby ozłocić wszystkie orzechy świata.
— Co też pan kapitan mówi!
— Milczeć. Jak śmiesz mi się sprzeciwiać?
— Nie sprzeciwiam się, tylko nie chcę ewentualnie, by mi pan kapitan krzywdę wyrządzał. A zresztą, niech pan kapitan spojrzy na swoje palce: calutkie we złocie.
Przekonawszy się, iż Ludwik ma słuszność, kapitan wpadł w jeszcze większą pasję i wołał z istną furją:
— Stul pysk! Czyjeż to złoto, twoje czy moje? Ja je kupiłem czy ty? Czy mam prawo smarować się niem, jak mi się podoba?
— Niech mnie pan kapitan zostawi w spokoju, albo pójdę sobie precz i niech pan kapitan sam złoci orzechy.