Strona:Karol May - La Péndola.djvu/64

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Leśniczy oniemiał na chwilę, poczem wrzasnął:
— Do kroćset bomb i kartaczy! Jaki djabeł cię opętał, że się odważasz tak do mnie przemawiać? I dla kogóż to pracujesz, dla mnie, czy dla naszej hrabianki, która zasługuje na złoto całego świata? Jeżeli zaraz...
Tu przerwał, bo rozległo się pukanie, a za chwilę Kurt zawołał:
— Panie kapitanie, proszę otworzyć.
Gniew kapitana znalazł nowe ujście:
— Zostań za drzwiami, nie wchodź! Nie potrzebnyś mi teraz.
— Chcę coś pokazać.
— Nie mam czasu.
— Wejdę tylko na chwilę, na chwileczkę.
— Nie. Marsz, zabieraj się galopem!
— Dobrze, odchodzę. W takim razie sam zastrzelę.
Leśniczy zapytał ze zdumieniem:
— Zastrzelisz? Kogóż to?
— Tygrysa.
— Co takiego? Oszalałeś?
— Dowidzenia, kapitanie, odchodzę.
— Zostań, już idę.
Kapitan rzucił dziadek do orzechów Ludwikowi na głowę i skoczył do Kurta. Kurt miał przez lewe ramię przewieszoną dubeltówkę, na prawem zaś coś w rodzaju żelaznej tarczy, w której umieszczony był wykuty ze stali tygrys. Leśniczy zapytał:
— Więc to jest tygrys, którego chcesz zabić?
— Tak — odparł Kurt, śmiejąc się serdecznie.
— Skąd go masz?
— Prokurator darował mi go na Boże Narodzenie.