Strona:Karol May - La Péndola.djvu/65

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Skąd ten człowiek wpadł na podobny pomysł? Dlaczego cię obdarowuje?
— Może dlatego, że go wtedy nie zabiłem?
— No, no, może. A co teraz chcesz zrobić z podarunkiem?
— Pójdę do lasu i spróbuję strzelać do niego. Musi pan ze mną pójść, kapitanie, i pomóc mi, ale koniecznie.
— Nie mam właściwie czasu.
— W takim razie pójdę i sam sobie dam radę. Doktór Sternau opowiadał mi o polowaniach na dzikiego zwierza; muszę zostać takim samym wielkim myśliwcem, jak on.
— Masz jeszcze na to czasu wiele.
— Nie, idę dziś do lasu. Niech kapitan pójdzie ze mną, mój drogi kapitanie.
Kapitan nie umiał odmawiać malcowi i wkrótce dwoje dzieci, to małe i to wielkie, ruszyło drogą do lasu. — —
Nastał dzień wigilijny, pogodny i słoneczny, Dla uczczenia młodej pary natura przyozdobiła się we wszystkie powaby. Przed dziesiątą rano mieszkańcy leśniczówki zebrali się w wielkiej sali zamkowej, nie szczędząc słów podziwu dla wspaniałej dekoracji z drzew. Kapitan szybował w siódmem niebie.
Po dziesiątej przybył ksiądz z pobliskiej wioski i dał ślub młodym. Po tej uroczystości odbyło się skromne śniadanie w kole najbliższych znajomych.
Wieczorem zgromadzono się znowu przy choince. Niezliczona ilość płonących na niej świateł wywarła na Hiszpanach niezatarte wrażenie, gdyż, jak wiadomo,