Król naftowy/Część pierwsza/I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol May
Tytuł Król naftowy
Część pierwsza
Rozdział Zakłady
Data wydania 1935
Wydawnictwo Spółka Wydawnicza Orient R. D. Z. East
Drukarz Zakł. Druk. „Bristol”
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część pierwsza
Pobierz jako: Pobierz Cała część pierwsza jako ePub Pobierz Cała część pierwsza jako PDF Pobierz Cała część pierwsza jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
I
ZAKŁADY

Na drodze, wiodącej z El Paso del Norte poprzez Rio Colorado do Kalifornji, w dziesięciu milach przed stolicą Arizony, Tucsonem, leżała stara misja San Xavier del Bac. Założona w roku 1668, stanowi tak wspaniałą budowlę, że podróżny z podziwem spogląda na ten przepyszny monument cywilizacji w sercu pustkowia Arizony.
Z każdego rogu wznosi się wysoka dzwonnica. Front jest bogato ozdobiony fantastycznemi ornamentami. Na głównej kaplicy spoczywa wielka kopuła, a ciężkie gzymsy i piękne sztukaterje ozdabiają mury. Budowla ta mogłaby zdobić każde wielkie miasto, a nawet stolicę.
Misja jest otoczona wioską, zamieszkaną w czasie, do którego odnosi się nasza opowieść, przez plemię Indjan Papago, liczące mniej więcej trzysta dusz. Było to i jest jeszcze dotychczas spokojne, pracowite i przyjazne wobec białych plemię, które doskonale użyźniło swą glebę sztucznem nawodnieniem, i uprawiało pszenicę, żyto, dynie, granaty oraz inne owoce i ziemiopłody.
Niestety, ci dobrzy, pracowici ludzie wiele bardzo musieli cierpieć od wszelkiego rodzaju białej hołoty, która grasowała w Arizonie. Wszak ten wielki obszar, otoczony górami i pustyniami, nie miał podówczas prawie żadnych władz; ręka sprawiedliwości sięgała tylko do jego granic. Nadciągały więc setki skłóconych z prawem, — zewsząd, z Meksyku i ze Stanów Zjednoczonych, — aby pędzić tu życie, które było jednym długim szeregiem aktów bezkarnego rozboju.
Wprawdzie w stolicy stało załogą wojsko, którego zadaniem była piecza nad bezpieczeństwem publicznem; atoli dwie kompanje były, oczywiście, posterunkiem niewystarczającym na obszar przeszło 300.000 klm. kw. Umundurowani bohaterowie, zadowoleni, że zgraja łotrzyków ich samych nie utrąca, nie mogli nikomu służyć pomocą. Zdając sobie z tego sprawę, kawalerowie rozboju okazywali niezrównaną, niepohamowaną zuchwałość. Szajki ich ważyły się, zapuszczać pod samą stolicę Tucson. Nikt nie śmiał się oddalić o kwadrans drogi, nie uzbroiwszy się uprzednio w cały arsenał broni. Pewien podróżnik amerykański opisuje ówczesne stosunki w ten, bynajmniej nieprzesadny sposób: „Najzuchwalsi szubrawcy z Meksyku, Teksasu, Kalifornji i z innych stanów znajdowali w owej Arizonie schronienie przed karzącą ręką sprawiedliwości. Część ludności rekrutowała się z morderców i złodziei, zbójów i szulerów. Wszyscy musieli być uzbrojeni; krwawe sceny stanowiły bieżącą kronikę dnia. O rządzie mowy nie było, co dopiero o wojsku, czy policji. Załogi w Tucsonie oddawały się pijaństwu i pozwalały wszystkiemu iść swoją koleją. Tak więc Arizona była może jedynym pod egidą cywilizowanego państwa krajem, gdzie każdy mógł sprawiedliwość naginać do swej osobistej korzyści.”
Wówczas to w San Francisco zebrało się grono ludzi dobrej woli i dzielnego charakteru i założyło Komitet Bezpieczeństwa Publicznego, który rozpoczął z początku działalność na terenie Kalifornji, ale wkrótce rozszerzył ją na sąsiednią Arizonę. Dziarskie postacie junaków wyłaniały się tu i ówdzie, pojedyńczo i oddziałami, oczyszczały kraj z plagi przestępców i znikały, zostawiwszy wyraźny ślad swej dobroczynnej interwencji. — — —
Śród Indjan Papago z San Xavier del Bac mieszkał pewien Irlandczyk, który przybył do Arizony z pobudek nie nazbyt uczciwych. Nowy obywatel otworzył sklep, gdzie według jego twierdzenia można było wszystko nabyć; w istocie nie było tu nic poza gorzałką, której fabrykacja i sprzedaż pozyskała Irlandczykowi przezwisko truciciela. Cieszył się wogóle taką opinją, że uczciwi ludzie wzbraniali się z nim obcować. — —
Był wyjątkowo piękny dzień kwietniowy, kiedy szynkarz siedział przy jednym ze skleconych zgrubsza stołów, stojących pod jego chatą. Zdawał się być w złym humorze: stukał pustą szklanicą w stół. Nie doczekawszy się nikogo, zawołał w kierunku otwartych drzwi wściekłym głosem:
— Hola; stara wiedźmo! Czy nie masz uszu? Brandy chcę mieć, brandy! Prędzej się uwijaj, bo ci pomogę!
Z chaty wyszła stara murzynka z butlą w ręku i nalała trunku do szklanki. Wypróżnił jednym haustem, kazał znów nalać i rzekł:
— Przez cały dzień ani jednego gościa! Czerwoni hultaje nigdy nie nauczą się pić. Jeśli nie zjawi się jakiś obcy, sam będę siedział i wypalał sobie dziury w żołądku.
— Nie sam siedzieć — uspokoiła go murzynka. — Goście przyjść.
— Skąd wiesz?
— Ja widzieć.
— Gdzie?
— Na drodze z Tubac.
— O, naprawdę? Któż to?
— Nie widzieć. Stare oczy nie poznać. Być to jeźdźcy, wiele jeźdźcy.
Irlandczyk zerwał się na równe nogi i stanął w progu chaty, skąd roztaczał się widok na drogę do Tubacu. Wkrótce wrócił i zawołał do starej:
— To są finderzy, zrozumiano, finderzy i to cała dwunastka! Umieją oni żłopać, co się zowie. Prędzej, trzeba napełnić flaszki!
Oboje znikli w chacie. Po kilku minutach ukazało się dwunastu jeźdźców. Zatrzymali się przed chatą, zeskoczyli z koni i puścili je wolno. Dzikie postacie o zuchwałym wyglądzie. Wszyscy byli dobrze uzbrojeni. Niektórzy nosili meksykańskie ubiory, inni pochodzili ze Stanów Zjednoczonych — jak widać było z pierwszego wejrzenia. Jedną mieli wspólną cechę: nie było wśród nich ani jednego, któryby wyglądem swym budził zaufanie.
Krzyczeli i hałasowali wszyscy naraz. Jeden z nich podszedł do otwartych drzwi, wyciągnął rewolwer, wypalił do wnętrza i wślad za kulą posłał okrzyk:
Halloo, Paddy! Czy jesteś w domu, stary trucicielu? Wychodź ze swą siarką; jesteśmy spragnieni!
Paddy, jak wiadomo, jest żartobliwem przezwiskiem Irlandczyków. Gospodarz ukazał się z pełną butlą pod każdą pachą i dwunastoma szklankami w ręku. Stawiając je na stole i nalewając, odpowiedział:
— Już jestem, messurs! Zameldowano mi o waszem przybyciu; moja stara widziała, jak przyjechaliście. Pijcie i bądźcie błogosławieni w moim pałacu!
— Zachowaj błogosławieństwo dla siebie, stary rozbójniku! To raczej przygotowanie do śmierci! Kto pije twoją lurę, dopuszcza się samobójstwa.
— Tylko chwilowo, Mr. Buttler. Następna flaszka wskrzesza martwych. Od wielu tygodni nie widzieliśmy się. Jak wam szło, sir? Interesy dobre?
— Dobre? — odezwał się nazwany Buttlerem z przeczącym gestem i, wychyliwszy do dna szklankę, w czem naśladowali go kamraci, dodał: — Okropnie nam szło. Skąpo, jak nigdy dotychczas. Nie zrobiliśmy ani jednego interesu, godnego wzmianki.
— Ale dlaczego? Wszak nazywają was finderami i sami się tak nazywacie. Czyście nie mieli otwartych oczu? Sądziłem, że ubiję z wami dobry targ.
— To znaczy, spodziewałeś się odkupić zrabowany łup i, jak zazwyczaj, na dudki nas wystrychnąć. Ale tym razem niema nic, naprawdę nic. Na czerwonych nic już nie można złupić, a jeśli spotkasz białego, jest to przeważnie ptaszek, który sam chętnie zagląda do cudzych kieszeni. Dodajmy do tego ten przeklęty Komitet Bezpieczeństwa — niech ich licho porwie! W jakim celu te huncwoty wścibiają nosy do naszych interesów? Co to ich obchodzi, że zbieramy tam, gdzie nie siejemy, ale gdzie i oni nie sieją. Naprawdę, trzeba teraz każdej chwili być przygotowanym na to, że z poza krzewu wyjrzy dubeltówka! Ale oko za oko, ząb za ząb! Przysięgliśmy sobie wieszać bez litości każdego, kto wyda nam się członkiem komitetu. Czy nie zauważyłeś takich szubrawców u siebie, Paddy?
— Hm — odburknął gospodarz. — Czy sądzicie, że jestem wszechwiedzący? Czy można gościowi z nosa wyczytać, czy jest safandułą, czy tak jak wy, uczciwym drapichróstem?
— Nie blamuj się, Paddy! Kundla chyba łatwo odróżnić od psa rasowego, nawet kiedy to się tyczy ludzkich kundlów. Daję słowo, że poznam z pięćdziesięciu kroków każdego, kto należy do tego komitetu. Ale tymczasem pogadajmy o czem innem! Jesteśmy głodni. Czy dostaniemy mięsa?
— Nie tyle, aby można było wziąć na ząb.
— Jajek?
— Ani jednego. Możecie tu godzinami szukać, a nie znajdziecie ani jednej sztuki bydła, ani jednej kwoki. Któż jest winien, jeśli nie ludzie waszego pokroju, którzy wszystko sprzątnęli.
— Ale chleb?
— Tylko placki kukuruzowe, i te dopiero muszą pójść w piec.
— A więc niech twoja murzynka piecze. O świeże mięso sami się już postaramy.
— Wy? Powiedziałem wszak, że nic nie znajdziecie.
Pshaw! Znaleźliśmy już!
— Co?
— Wołu.
— Dziwne! Niemożliwe! Gdzie?
— Po drodze, na dole, w dolinie Santa Cruz. To znaczy, że wół ten należy do karawany, którą spotkaliśmy, a raczej, którą wyminęliśmy.
— Karawana? Zapewne wychodźcy?
— Tak. Cztery wozy; każdy zaprzężony w cztery woły.
— Ilu ludzi?
— Nie wiem dokładnie. Poza woźnicami widzieliśmy kilku jeźdźców. Nie mogliśmy zauważyć, ilu siedzi w wozie.
— Ale rozmawialiście z nimi?
— Tak. Chcą się przeprawić przez Colorado i dziś w nocy rozbiją tu obóz.
— Tu? Hm! Mam nadzieję, że nie zdarzy się nic takiego, co mogłoby okryć niesławą nasze dobre miejsce, sir!
Mówiąc to, gospodarz stroił niedwuznaczne miny.
— Nie troszcz się! — odpowiedział Buttler. — Umiemy oszczędzać naszych przyjaciół. Oczywiście, karawana będzie nasza; ale dopiero po tamtej stronie Tucsonu. Tu zafasujemy sobie tylko wołu, ponieważ potrzebujemy mięsa.
— Chcecie kupić? Wychodźcy nie sprzedadzą zwierzęcia pociągowego!
— Smalone duby! Co ci do głowy strzeliło, Paddy? Bierzemy, ale nigdy nie płacimy. Wiesz o tem dobrze. Z tobą to inna para cholewek. Ty jesteś naszym paserem, i tobie nietylko płacimy, ale pozwalamy się ocyganiać. Wróćmy do rzeczy! Nie będziemy z wychodźcami mieli ciężkiej przeprawy. Jest tam czterech naganiaczy wołów, — można ich nie brać w rachubę — dwóch chłopców na koniach i scout[1], wynajęty przez wychodźców. Tylko z tym trzeba się liczyć, ale wszak w dwunastkę damy sobie z nim radę, Pierwszą kulę przeznaczyliśmy dla niego. Nie wiem, kto siedzi w wozach, ale kto się chowa pod nakryciem, ten chyba nie jest zdolny do poważnego oporu. Poza tem jechała nakońcu jeszcze jedna kreatura, o której doprawdy nie mogę powiedzieć, czy jest mężczyzną, czy kobietą, aczkolwiek nosi na plecach strzelbę, a pod płaszczem szablę. Zagadnąłem to indywiduum, ale otrzymałem krótką i niezrozumiałą odpowiedź. O ile się nie mylę, mówi po niemiecku.
— Co za głupota! Człowiek, noszący tutaj szablę, jest napewno warjatem, lub przynajmniej nieszkodliwym oryginałem. A zatem zamierzacie napaść na karawanę?
— Pewnie!
— Mam nadzieję, że będę w tem miał swój udział?
— Naturalnie. Zaraz usłyszysz warunki.
Ponieważ w tej chwili wyszła z chaty murzynka, obaj zbliżyli do siebie głowy i kontynuowali rozmowę szeptem. Pozostali członkowie bandy nie zważali na to i głośno rozmawiali, nie skąpiąc sobie gorzałki, wskutek czego rychło nowe butelki poszły w obrót. Czerwonoskórzy mieszkańcy wioski, spostrzegłszy zdala wesołą kompanję, nadkładali drogi, byleby nie przechodzić koło szynku. Lękali się wrzaskliwych białych, którzy zbogacili ich o niejedno smutne doświadczenie.
Irlandczyk określił dwunastu jeźdźców nazwą „the Finders“. Nazwę tę nosiła wszędy lęk siejąca zgraja rzezimieszków, która od dłuższego czasu plondrowała południową Arizonę. Ukazywała się to tu, to gdzie indziej, czasem nawet w rozsypce, działając naraz w rozmaitych miejscach. Dzięki rączym rumakom banda odznaczała się nieuchwytnością, z którą nie mogli sobie poradzić nawet zaradni członkowie Komitetu Bezpieczeństwa. Finder oznacza właściwie znalazcę; byli to znalazcy — groźni znalazcy łupu, gdziekolwiek się nadarzał. — —
Naraz wrzask ucichł i oczy wszystkich mężczyzn skierowały się ze zdziwieniem ku trzem nowym przybyszom.
Ze zdziwieniem zupełnie usprawiedliwionem i zrozumiałem ze względu na wygląd tej trójki. Przybysze zeskoczyli z wierzchowców i podeszli do pustego stołu, nie racząc, jak się przynajmniej zdawało, wesołego towarzystwa spojrzeniem.
Pierwszy był małym, nie pospolicie grubym mężczyzną. Pod zwisającą kresą kapelusza filcowego, którego kolor, wiek i kształt stanowiły nielada zagadkę dla najprzenikliwszego myśliciela, przez las rozczochranej, czarno siwej brody spoglądał potężny nos o zgoła zastraszających rozmiarach, nos, mogący służyć za wskazówkę każdemu zegarowi słonecznemu. Wskutek gwałtownego zarostu uwydatniała się, oprócz owego zbyt rozwiniętego organu powonienia, para drobnych, małych oczu, obdarzonych niezwykłą ruchliwością. Z wyrazem żartobliwej przebiegłości oczki obrzuciły napozór chatę „trucicielską“ Irlandczyka, w istocie zaś zbadały postacie dwunastu finderów.
Opisana głowa spoczywała na ciele, okrytem prawie do kolan odwieczną kurtką myśliwską z koźlej skóry, przeznaczoną dla znacznie wyższej osoby, składającą się z łaty na łacie i nadającą cudakowi wygląd dziecka, które dla psoty przebrało się w szlafrok dziadka. Z tego bardziej niż swobodnego okrycia wyglądała para chudych, zakrzywionych w kształcie sierpa pałąków, sterczących w wyfrendzlowanych, sędziwych legginach, z których mały człowiek wyrósł przed dziesiątkiem lat, a które uwidoczniały parę indjańskich butów takiej pojemności, że mógłby się w nich zmieścić od biedy cały właściciel; stopy jego miały niezwykłe rozmiary. W ręku trzymał flintę, wyglądającą jak dawne kije z puszczy rodem. Innej zaś broni, która, według wszelkiego prawdopodobieństwa, tkwiła za pasem, niepodobna było zobaczyć, gdyż zakrywała ją skórzana kurtka.
A koń? To nie był koń, lecz muł z wyglądu tak stary, że jego rodzice musieli chyba pamiętać czasy potopu. Długiemi łysemi uszami igrał, niczem skrzydłami wiatraka. Po grzywie oddawna nie było już śladu. Ogon składał się z nagiego koniuszczka, w którym tkwiło dziesięć, czy dwanaście włosków. Dodajmy do tego zastraszającą chudziznę. Ale ślepia kłapoucha były jeszcze, jak u młodych źrebiąt, tak żywe i wyraziste, że budziły respekt znawców.
Drugi przybysz był niemniejszym oryginałem. Nieskończenie długi, straszliwie kościsty i wyschnięty, był tak przegięty, że zdawało się, iż oczy jego nie mogą dojrzeć nic poza stopami. Na tych stopach opierały się tak wydłużone, że aż budzące postrach, kończyny dolne. Na mocnem obuwiu myśliwskiem tkwiła para skórzanych getrów, pokrywających spory jeszcze kawał uda. Tułów siedział w ciasnej koszuli myśliwskiej, przepasanej szerokim pasem, gdzie z nożem i rewolwerem sąsiadowało wiele innych niezbędnych drobnostek. Na szerokich kanciastych barkach wisiał wełniany pled o włóknach, rozbiegających się we wszystkich możliwych kierunkach. Na strzyźonej głowie siedziało coś, nie chusta, nie czapka, a także nie kapelusz, coś, czego nazwać niepodobna. Na plecach wisiała stara, długa rifle[2], która zdala wyglądała jak miech na kiju.
Trzeci a ostatni był niemal równie długi i szczupły jak drugi. Głowę okrywała wielka ciemna chusta związana nakształt turbanu. Odziany był w czerwoną kurtkę huzarską, która niepojętem zrządzeniem losu zabłąkała się aż na Daleki Zachód, i w długie spodnie płócienne, a na nich buty z potężnemi ostrogami. Za pasem sterczały dwa rewolwery i nóż z najlepszej stali Kingfield; strzelba była jedną z owych Kentucky, które w rękach dobrego strzelca nigdy nie pudłują. Jako osobliwość twarzy należałoby wymienić bardzo szerokie usta; oba kąciki zdawały się odczuwać pociąg do uszu i zbliżały się do nich bez nieufności. Naogół cechowała tę twarz najuczciwsza dobroduszność. Był to na pewno człowiek, w którym nie doszukałbyś się fałszu.
Ci obaj dosiadali koni, które przebyły wiele trudów, a mogły znieść jeszcze więcej.
Skoro trójka dziwacznych gości usiadła, mały a gruby odezwał się do gospodarza, który do nich podszedł.
— Czego tu można się napić?
— Brandy, sir, — odpowiedział gospodarz.
— Daj, jegomości, trzy szklanki, o ile nie masz nic innego.
— Co tu można mieć? A może chcielibyście szampana? Nie wyglądacie mi na ludzi, których stać na to.
— Niestety, niestety, tak, — skinął ze skromnym uśmiechem przybysz. — Pan przeciwnie wygląda tak, jakgdybyś w piwnicach miał kilka tysięcy flaszek. A może się mylę?
Szynkarz odszedł, przyniósł trunku i przysiadł się zpowrotem do dwunastu zbirów. Mały przysunął szklaneczkę do warg, skosztował, wypluł i wylał napój na ziemię. Jego towarzysze nie dali się ubiec, przyczem ten, który nosił kurtkę huzarską, żachnął się, rozszerzając usta ponad miarę:
Fuj, psiakrew! Zdaje się, że ten irlandzki rozbójnik chce nas wytruć swoją brandy! Jak myślisz, Samie Hawkens?
Yes — odpowiedział zapytany. — Ale się zawiedzie. Strawimy tę truciznę, ponieważ nie będziemy jej pili. Skądże ci przyszło na myśl zwać go irlandzkim rozbójnikiem?
— Skąd? Well! Kto w nim nie pozna z pierwszego wejrzenia Irlandczyka, ten jest idjotą.
— Słusznie! I właśnie dlatego dziwię się, żeś ty to poznał, hihihihi!
Ten śmiech — hihihihi! — był osobliwy. Niejako śmiał się w sobie. Oczy ciskały wesołe błyski i znać było, że to jednak śmiech najszczerszy.
— Czy chcesz przez to powiedzieć, — podjął drugi — że poniekąd jestem idjotą?
— Poniekąd? Dlaczego poniekąd? Nie, całkowicie, całkowicie, Willu Parkerze! Już od piętnastu lat wbijam ci w głowę, żeś greenhornem[3], greenhornem, jakiego w życiu nie widziałem. Czy uwierzysz mi wreszcie?
— Nie — odpowiedział Will, nie tracąc spokoju. — Po piętnastu latach nie można już być greenhornem.
— Naogół, tak. Ale kto w ciągu tych piętnastu lat niczego się nie nauczył, ten zawsze jest greenhornem i zawsze będzie, jeśli się nie mylę. Hihihihi! I to właśnie, że oponujesz, świadczy o twej przynależności do rodu najbardziej zakamieniałych greenhornów. Co mniemasz o tych dwunastu gentlemanach, którzy nas ciekawie oglądają?
— Nic dobrego. Czy widzisz, jak się śmieją? To z ciebie, stary Samie.
— Ze mnie? Jakto?
— Ponieważ niema człowieka, który, patrząc na ciebie, mógłby się wstrzymać od śmiechu.
— Cieszy mnie to, Willu Parkerze, cieszy mnie niezmiernie. To jeszcze jedna moja nad tobą przewaga. Kto rzuci na ciebie okiem, musi płakać gorzko, gorzko szlochać. Jesteś smutnym, ponurym dziadem, ależ ponurym! Hihihihi!
Sam Hawkens i Will Parker zdawali się czubić zazwyczaj wesoło. Nie brali sobie za złe tych wzajemnych docinań. Trzeci towarzysz dotychczas milczał. Teraz podciągnął opadające getry do góry, wyciągnął przed siebie długie nogi i rzekł z uśmiechem, drżącym ironicznie na szczupłej twarzy:
— Nie wiedzą, co o nas myśleć, ci gentlemans. Kiwają głowami i nie mogą się domyślić. Dobra kompanja, co, Samie Hawkens?
— A jakże! — skinął zapytany. — Niech im głowy pękną, Dicku Stone! Zato my wiemy, co o nich myśleć. Rzezimieszki, co, stary Dicku?
Yes. Zdaje się, że zamienimy ze sobą słóweczko.
— Tak. I nietylko się zdaje! Uważam to nawet za rzecz pewną, że uraczymy ich pięściami po nosach. To właśnie ten tuzin, którego ślad napotkaliśmy.
— I który następnie pojechał za karawaną, aby z ukrycia ją obserwować.
— Tak, a potem jeden z nich pomknął naprzód i zagadnął któregoś z wychodźców. To podejrzane, bardzo podejrzane! Powiedz mi, Willu, czy słyszałeś, aby o finderach?
— Czy słyszałem? — odparł Parker. — Czy zgubiłeś pamięć, stary coonie[4]? Wszak wielokrotnie zanudzałes mnie opowieściami o nich.
Well, wiem bardzo dobrze. Pytałem tylko, aby się dowiedzieć, czy, mimo żeś greenhorn nauczyłeś się cenić słowa doświadczonych ludzi. A czy wiesz, ilu ma być tych finderów?
— Dwunastu.
— A ile osób widzisz tutaj, drogi Willu?
— Trzynaście roześmiał się Parker.
— Wyrzuć gospodarza, barania głowo!
— Jak go mam wyrzucić? Czy pozwoli się ruszyć?
— Jesteś i zostaniesz greenhornem z krwi i kości! Nie mam nic przeciwko temu, abyś sam siebie wyrzucił Nie nauczyłeś się jeszcze wyrzucać z rachunku Irlandczyka; dlatego wyręczę twój słaby rozum i powiem ci, że bez niego siedzi tam dwanaście osób. Czy pojmujesz mnie, słodki Parkerze?
Yes, kochany Samie. Znam cię nawylot, wiedziałem przeto, że chętnie go sam przepędzisz. Dlatego właśnie udawałem, że nie znam prawideł odejmowania. A więc jest ich dwunastu; nieźle tym razem liczyłeś, mój synu. Mam nadzieję, że na przyszłość potrafisz zrobić tego użytek. Dwunastu, hm! To podejrzane!
— Podejrzane? Czy naprawdę tak sadzisz? W takim razie nasz greenhorn wreszcie wykazuje postępy! No, pewiedzże, dlaczego podejrzane?
— Jest ich dwunastu, a finderów też ma być dwunastu — odpowiedział z niewzruszonym spokojem Parker.
— I co z tego wynika? Dalejże!
— Z tego wynika, że, być może, są to finderzy we własnych osobach.
— Tak jest, czcigodny Willu. Podejrzewam, że to oni. Herszt nazywa się pono Buttler. Dowiemy się wnet, czy który z tych esquire’ów nie nosi takiego nazwiska.
— Powiedzą ci, oczywiście!
— Badź pewien! Zaciekawiamy ich, tych gentlemanów. Poznaję po nosach, że wkrótce jeden z nich się zbliży na wywiad. Jestem ciekaw, jak się do tego weźmie.
— Na pewno nie grzecznie — oświadczył Dick Stone. — Nie pozostaniemy im dłużni.
— Dlaczego? — zapytał Sam Hawkens. — Czy myślisz, że potraktujemy ich obcesowo?
— Nawet bardzo!
— Ani mi w głowie nie postało! Nasza trójka nosi nazwę the leaf of trefoil[5]. To nazwa zaszczytna; nie możemy robić jej ujmy. Jesteśmy znani jako trzej nieodłączni gentlemans — jesteśmy znani z tego, że chytrością i grzecznością więcej wskóraliśmy, niż przemocą i grubjaństwem. Tak ma być nadal, tak, a nieinaczej!
Well. Ale wówczas te drapichrósty pomyślą, że się ich lękamy!
— Niech tam, niechaj, stary Dicku! Wkrótce się przekonają, że się pomylili, i to bardzo, hihihihi! Trójlistek i trwoga! Mogę przysiąc, że się poróżnimy. Zamierzają napaść na karawanę, a my na to nie możemy pozwolić.
— Czy unieszkodliwisz ich, o ile się okażą finderami?
— Tak.
— Nie obędzie się bez walki!
— Tak sądzisz? Pshaw! Ten stary coon — mówiąc to, wskazał z zadowoleniem na samego siebie — ma czasami myśli lepsze niż nóż, lepsze niż kula. Chętnie stroję żarty i, jeśli dają przewagę nad nieprzyjacielem, umiem ją wykorzystać. Niechętnie natomiast przelewam krew. Można zostać panem swych wrogów, nie pozbawiając ich życia.
— A więc podstęp? — wtrącił Parker.
Yes.
— Jaki?
— Nie wiem jeszcze. Okaże się w chwili stosownej. Musimy nadewszystko udawać niedoświadczonych półgłówków.
— Greenhornów?
— Tak, greenhornów, co przyjdzie ci, Parkerze, z łatwością, gdyż jesteś nim istotnie. Spójrzcie, jak sobie zęby wycierają moją Mary, moim drogim mułem!
— Trzeba przyznać, że nie jest slicznotą, Samie!
— Slicznotką? Brednie! Jest szkaradnem bydleciem, przepysznie szkaradnem bydlęciem; ale nie zamienię jej na tysiąc szlachetnych rumaków. Jest mądra, doświadczona i rozumna jak — jak — jak, no, jak Sam Hawkens, jej pan. Ocaliła mi życie w stu wypadkach. Wzamian zato nigdy nigdy nie wydałem jej na sztych i życie nie zawaham się narazić, jeśli ona znajdzie się w niebezpieczeństwie. Moja Mary jest, słowem, moją Mary, jedyną, niedoścignioną i nie dającą się porównać z żadnem innem bydlęciem, ale z drugiej strony upartą, niepoprawną, niegodziwą bestją, którą właściwie powinno się zmiejsca położyć trupem.
— Z twojej Liddy — dorzucił Dick Stone.
— Tak, z Liddy, — skinął Sam Hawkens błyszczącemi oczami, gładząc miłośnie starą, cudaczną strzelbę. Liddy jest mi równie droga, jak Mary; nigdy jeszcze nie spudłowała. Ile to razy wolność moja i życie zawisły od niej, a nigdy nie zawiodła pokładanych w niej nadziei! Wprawdzie i ona ma swoje narowy, zakorzenione narowy, i kto ich nie zna, tego dynia płynie przeciw prądowi[6]. Ja jednak znam je — wystudjowałem jak lekarz kataraktę. Znam dokładnie jej zalety i wady, i wiem, gdzie ją trzeba popieścić, aby nie straciła dobrego humoru. Nie wypuszczę jej z ręki aż do śmierci, a kiedy skonam w waszej obecności, proszę, pogrzebcie mnie wraz z moją Liddy! Nie chcę, by dostała się do rąk człowieka, który jej nie zna i nie kochał Mary, Liddy, Dick Stone i Will Parker — to czwórka, do której przywiązany jestem całem sercem i poza którą nie mam nikogo całym na Bożym świecie.
Przebiegły błysk oczu ustapił miejsca wilgotnemu odblaskowi. Szybko przetarł oczy palcami i podjął znowu wesoło:
— Spójrzcie, oto wstaje jeden dwunastu, ten, który szepce tajemniczo z gospodarzem. Prawdopodobnie podejdzie tutaj, aby nas pociągnąć za języki. Well, komedja może się rozpocząć; lecz nie właźcie mi w paradę!
Nie należy się dziwić, a tem mniej śmiać, że Sam Hawkens nadał swej strzelbie i mułowi kobiece imiona i że się tak pieszczotliwie o nich wyrażał. Westmani starego pokroju — niestety, tacy już wymarli, prócz niewielu, których można zliczyć na palcach, — byli zgoła innymi ludźmi, niż hołotka, która ich zastąpiła. Mówiąc hołotka, nie mamy na myśli wyłącznie mętów; to słowo w tym wypadku ma inne znaczenie. Kiedy miljoner jakiś, bankier, oficer, adwokat, chociażby sam prezydent Stanów Zjednoczonych udaje się na Zachód, zaopatrzony we współczesną maszynową broń, troskliwie strzeżony przez niezliczoną świtę, baczącą, aby — uchowaj Boże! — komar nie pogryzł go w szyjkę, i kiedy z dobrego ukrycia tępi odrazu setki sztuk zwierzyny, bynajmniej nie dla zaspokojenia głodu, taką skądinąd dostojną osobistość prawdziwy westman zalicza do rabble, do hołotki. Dawniej napotykano w stepach stada mustangów, liczące po pięć tysięcy głów; bizuny toczyły się jak fale morskie po dwadzieścia, trzydzieści tysięcy naraz, a nawet więcej. Gdzie się podziały te niezliczone gromady? Zniknęły! Dokąd sięga sawana, nie zobaczysz ani jednego mustanga. Wytępione, wyniszczone! W parku Narodowym dziś jeszcze „hoduje“ się lub „pilnuje“ kilka bawołów; tu i owdzie można jeszcze zobaczyć je w zoologicznych ogrodach; ale z prerji, po której wędrowały tysiącami, szczezły zupełnie. Indjanin ginie, wygłodzony fizycznie i moralnie, a prawdziwego, szczerego westmana widzi się tylko w książkach z ilustracjami. Winę ponoszą ci, których trapper lub squatter nazywa hołotką Nie mówcie mi, że istotna przyczyna tkwi w oddziaływaniu cywilizacji. Nie! Cywilizacja nie pociąga za sobą zniszczenia. Jakże często, odkąd zbudowano kolej Pacyfiku, zbierały się towarzystwa z setki lub nawet większej ilości „gentlemans“, i odbywały „wycieczkę myśliwską“. Jechano na Zachód, kazano zatrzymać się w prerji i strzelano z bezpiecznych przedziałów do mijających stad bawołów; poczem ruszano dalej, — zostawiając naturalnie na miejscu padlinę — uważając się za prawdziwych myśliwych prerji i — — chwaląc sobie doznane excellent and eximious przyjemności. Na jedno zastrzelono zwierzę przypadało dziesięć i więcej postrzelonych, rannych, które wlekły się dalej w mękach i z wysiłkiem, aby niebawem paść gdzieś trupem. Indjanin stał zdala i z bezsilną wściekłością patrzył, jak okrutnie pozbawiano go pożywienia, skazywano na głód i pewną śmierć. Skarżyć się będzie — wyśmieją, bronić — sprzątną, jak bawoły, które biedny czerwonoskóry uważał za swoją własność i które dlatego oszczędzał.
Zgoła inaczej postępował prawdziwy westman, myśliwy dawnego pokroju. Ten nie strzelał ponad potrzebę. Zdobywał pożywienie z narażeniem własnego życia. Na koniu zapędzał się w sam środek stada bawołów. Mocował się z mustangiem, którego pragnął schwytać i oswoić. Stawiał czoła szarym niedźwiedziom; jego żywot był nieustanną rycerską walką z wrogiemi sytuacjami, wrogiemi zwierzętami i wrogimi — ludźmi. Musiał polegać na sobie samym, na swoim rumaku, na swojej broni, o ile nie miał paść „zgaszony“. Koń zatem był jego przyjacielem, strzelba — przyjaciółką. Ilu myśliwych narażało życie dla swego konia! I z jaką miłością odnosili się do strzelby, owej martwej rzeczy, którą ich wdzięczna fantazja obdarzała duszą. Niejeden westman głodził się i usychał z pragnienia, byleby koń miał dosyć paszy i wody; przedtem myślał o strzelbie, a potem dopiero o sobie. Nadawał im imiona ludzkie i rozmawiał, jak z druhami; gwarzył z nimi, kiedy na ustroniu, samotrzeć, biwakował na trawie w prerji, lub w mroku pralasu. — Do tego rodzaju westmanów zaliczał się Sam Hawkens. Życie na pustkowiu nie oziębiło jego serca. Był i pozostał dobrodusznym, a przytem niezwykle chytrym dzieciakiem.
Stało się, jak przewidział. Buttler podniósł się, podszedł, zasiadł wygodnie za stołem gdzie roztasowali się trzej westmani, i, nie ukłoniwszy się, przemówił szyderczo:
— Jak wspaniale wyglądacie, chłopcy! Przypominacie nader osobliwych i śmiesznych trojaczków.
Yes — skinął Sam skromnie i poważnie.
To wyznanie brzmiało tak komicznie, że Buttler roześmiał się głośno, w czem wtórowali mu towarzysze. Wreszcie rzekł:
— Kim właściwie jesteście?
— Ja jestem pierwszy — odparł Sam.
— Ja jestem drugi — dodał Dick Stone.
— A ja trzeci — zauważył Will Parker.
— Pierwszy, drugi, trzeci? Cóż takiego? — zapytał Buttler, stropiony odpowiedziami.
— No, trojaczki oczywiście! — odpowiedział Sam z niezwykłą szczerością.
Nastąpił drugi powszechny wybuch śmiechu. Buttler był pobity. Niechęć brzmiała w słowach, z któremi zwrócił się do Sama:
— Żarty nabok! Mam zwyczaj zmuszać do powagi. Widać odrazu, że nie jesteście trojacz kami. Chce znać wasze nazwiska. Na stół z niemi!
— Nazywam się Grinell — odpowiedział po cichu Sam.
— A ja Berry — oznajmił z obawą w głosie Dick.
— A ja White — wykrztusił trwożliwie Will
— Grinell, Berry i White powtórzył Buttler — Hm. A teraz powiedzcie, czem się trudnicie?
— Zastawiamy sidła — oświadczył Sam Hawkens.
— Zastawiacze sideł? — roześmiał się egzaminator. — Nie wyglądacie wcale, abyście w życiu schwytali jednego chociażby bobra lub racoona!
— Tymczasem jeszcze nie — wyznał skromnie Sam.
— Jeszcze nie? Dopiero chcecie zacząć?
Yes.
— Świetnie, coraz lepiej! Skądże przybywacie?
— Z Castorville.
— Czemżeście się zajmowali?
— Mieliśnay do spółki sklep z ubiorami.
— Tak, tak! Interesy kiepskie?
Yes. Zbankrutowaliśmy trochę; za wiele pożyczaliśmy. Dawaliśmy kredyt, a nie spłacano nam należności.
— Słusznie, słusznie! Odrazu poznałem, że jesteście bankrutami. A więc sprzedawcy ubiorów, może nawet krawcy? Trzej krawcy, których niezaradność doprowadziła do bankructwa. I wpadliście na wspaniały pomysł szukacie szczęścia w zawodzie trapperskim! Czyście słyszeli?
Pytanie, skierowane do towarzyszy, przysłuchujących się rozmowie z ironicznym uśmiechem, wywołało trzecią głośną salwę śmiechu. Sam Hawkens krzyknął z upozorowaną złością:
— Niezaradność? Myli się pan bardzo, sir! Wiedzieliśmy, co robić. Coś musiało nam kapnąć z tego bankructwa, w przeciwnym bowiem razie nie dopuścilibyśmy do likwidacji sklepu.
Odpiął kurtkę myśliwską i stuknął w szeroki pas, co wywołało metaliczny oddźwięk. Poczem dodał dumnie:
— Tu tkwią monety, sir!
Buttler, chociaż jego twarz przypominała tej chwili dziób drapieżnego ptaka, węszącego zdobycz, zapytał swobodnym tonem:
— Ma pan monety? A więc jesteście sprytniejsi, niż można sądzić z pozorów. Ileż wam przyniosło bankructwo?
— Przeszło dwa tysiące dolarów.
— Macie je przy sobie?
Yes.
— W podróży, w tych stronach niepewnych?
Pshaw! Mamy broń.
— Piekielnie mało się przyda. Gdyby naprzykład zjawili się finderzy, oczyściliby wam kieszenie, zanim choćby jeden z was zdążył wytrzeszczyć oczy. Dlaczego raczej nie złożyliście pieniędzy w jakimś banku?
— Złożymy, panie. Tam, w Prescott.
— Chcecie się tam udać?
Yes.
— Jako zastawiacze sideł?
Yes.
— Czyż macie sidła?
— Nie.
— Skąd chcecie je wziąć?
— Kupić w Prescott.
— Niebiosa! Co z was za ludzie! Co zamierzacie tam schwytać?
— Bobry i — i — i... — urwał zakłopotany.
— I — i — i... — Cóż jeszcze? — nacierał Buttler.
— Niedźwiedzie — grizzly.
Istny śmiech homeryczny zagrzmiał przy drugim stoliku. Buttler śmiał się aż do łez. Ledwie się uspokoił, zawołał:
— Grizzly chcecie schwytać w sidła, grizzly, z których każdy jest na dziesięć stóp wysoki i waży dziesięć centnarów! Schwytać w sidła?
— Czemu nie? — mruknął Sam. — Jeśli sidła są dosyć duże i mocne!...
— Przecież, jak świat światem, niema sideł na grizzly!
— Więc zamówimy je u kowala w Prescott.
— W Prescott? Jakiej konstrukcji?
— Nad tem już pomyślimy.
— Wy — trzej krawcy? Przestań, mały grubasie, przestań, bo się zadławię!
Śmiał się na całe gardło i dopiero po chwili mógł podjąć:
— Gdyby nawet nie z tych grizzly, to już z tego samego można się na śmierć zaśmiać, że jedziecie do Prescott, aby schwytać bobry.
— Właściwie nie do Prescott; tam chcemy tylko kupić sidła. Potem pojedziemy do Gila i do rzeki San Francisco.
— Gdzie woda na dwa cale głęboka. Skądże tam bobry!
— Niech pana głowa nie boli, sir! Wyczytałem to z książek, gdzie wszystko jest wyraźnie napisane o bobrach i podobnych im zwierzętach.
— Pięknie, doskonale! Jeżeli swoją mądrość wyssaliście z książek, nic już nie mogę poradzić. Życzę wam tyle bobrów i niedźwiedzi, ile tylko sobie wymarzycie. Ale, znajdziecie coś jeszcze.
— Co?
— Dzikich Indjan, którzy w dzień i noc będą was prześladować z ukrycia.
— Będziemy się bronić.
— Temi ożogami?
Yes.
— Do piorunów, dokażecie cudów waleczności! Pokażcieno swoje kijaki! Musimy je obejrzeć!
Wyjął z rąk Sama strzelbę i podszedł do towarzyszy. Oglądali ją ze śmiechem. Zkolei Dick Stone musiał pokazać swoją rifle, która też doznała podobnego przyjęcia. Buttler, zwracając strzelbę, rzekł:
All right! Mam nadzieję, że umiecie się obchodzić ze swojemi strzelbami nie gorzej, niż dawniej z igłą.
— Bądźcie spokojni! — odpowiedział pewnie Sam. — W co chcemy trafić, trafimy.
— Istotnie?
— Istotnie!
Zakład, zakład! — szepnęli najbliżsi towarzysze Buttlera.
Na Zachodzie, gdzie niemal każdy spotkany jest wyśmienitym strzelcem, nie przepuszcza się okazji do zakładu. Strzelcy chętnie ubiegają się o pierwszeństwo; sława zwycięzcy rozpowszechnia się szybko. Zakład nieraz toczy się o wielkie sumy. Teraz właśnie nadarzyła się sposobność nietylko do zakładu, ale jednocześnie do prawdziwej farsy. Trzej krawcy nie uczyli się chyba strzelać. Strzelby ich pono nie były warte funta kłaków. Nie ulegało wątpliwości, że, jeśli zgodzą się zademonstrować swoją sztukę, będzie zabawa nielada. Aby więc zachęcić Sama, rzekł Buttler z powątpiewaniem:
— Tak, igłą trafić w rękaw marynarki potrafi nawet ślepy; ale strzelać, strzelać — to co innego. Czy już strzelał pan kiedy, Mr. Grinell?
Yes — odpowiedział mały.
— Do czego?
— Do wróbli.
— Z tej strzelby?
— Nie. Z procy.
— Z procy! — roześmiał się Buttler. — I sądzi pan, że dobrze strzelasz z flinty?
— Czemu nie? Celować to celować!
— Tak? Jak daleko pan trafi?
— Tak daleko, jak biegnie kula.
— Powiedzmy, dwieście kroków?
Well.
— Mniej więcej w tej odległości stoi ta sąsiednia chata. Czy sądzi pan, że trafisz?
— Chata? — rzekł obrażony Sam. — Trafi nawet ślepy, podobnie jak igłą w rękaw surduta.
— Chce pan powiedzieć, że cel ma być mniejszy?
Yes.
— Jak wielki?
— Jak moja ręka.
— I sądzi pan, że z tej strzelby zdołasz trafić?
Yes.
— Absurd! Już przy pierwszym strzale lufa pęknie, a jeśli nawet nie pęknie, to tak się skrzywi, że kula nie pójdzie prostą drogą, lecz skręci za krawędź domu.
— Spróbujmy!
— Chce się pan założyć? Macie przecież pieniądze. Na ile?
— Na tyleż, co pan.
— Dolar?
— Zgoda.
— A więc, zakładamy się. Ale nie będziemy celować w tamtą chatę. Właściciel jej mógłby wziąć nam za złe, chociaż ja — —
— Strzelajcie, w moją! — przerwał gospodarz. — Przylepię do tylnej ściany kawałek papieru wielkości mojej dłoni; to będzie cel.
Dobito zakładu. Goście wyszli z karczmy; gospodarz przylepił papier. Buttler odliczył dwieście kroków. Dał dolara, Sam poszedł za jego przykładem. Wylosowano, kto ma pierwszy strzelać. Los padł na Buttlera. Stanął w odmierzonej odległości, wycelował szybko, opuścił kurek i trafił w papier.
Teraz nadeszła kolej na Sama. Jak najdalej rozstawił krzywe nogi, przyłożył swą Liddy, przechylił się naprzód i celował długo, bardzo długo. Wyglądał Jak fotograf, który się ukrywa pod zasłoną, aby nastawić objektyw. Wszyscy się roześmieli. Wreszcie padł strzał i Sam poleciał nabok, opuściwszy strzelbę na ziemię, ręką chwytając się za prawy policzek. Śmiech przeszedł w istne grzmoty.
— Czy flinta uderzyła pana? — zapytał Buttler.
Yes, spoliczkowała mnie! — odpowiedział boleśnie mały.
— A więc szarpie. Zdaje się, że jest niebezpieczniejsza dla pana, niż dla innych. — Zobaczymy, czy pan trafił.
Na papierze nie było nawet śladu kuli. Szukano długo, bardzo długo, aż wreszcie jeden z czeredy, który najbardziej się oddalił, zawołał, dając hasło do ponownego śmiechu:
— Chodźcie tu do mnie! Na myśl mi nie wpadło szukać tutaj, ale oto tkwi tu ona, tu, kto ją chce zobaczyć? Chodźcie tutaj! Sznapsik wypływa przez dziurę.
Zboku, o dziesięć kroków od domu, stała pękata beczka gorzałki. Tu właśnie ugodziła kula. Napój wypływał z dziury strumieniem grubym na palec. Ponownej salwie śmiechu nie było końca. Gospodarz klął i żądał odszkodowania. Uspokoił się dopiero, gdy Sam przyrzekł zapłacić. Irlandczyk zatkał dziurę drewnianym kołkiem.
— A więc nawet nie trafił, pan w dom! — zawołał Buttler do oszołomionego Sama. — Powiedziałem, że kule skręcą za kant! Dolar jest mój. Czy chce pan jeszcze jeden zaryzykować, Mr. Grinell?
Yes — odpowiedział Sam.
Drugim strzałem trafił przynajmniej w dom, ale na dole, w kącie, podczas gdy cel był umieszczony pośrodku muru, na górze. Strzelał jeszcze cztery, czy pięć razy i stracił tyleż dolarów. Rozjuszony, krzyknął:
— To tylko dlatego, że zakładamy się o dolara. Sądzę, że, gdy stawka będzie większa, potrafię lepiej celować.
— Słusznie! — roześmiał się Buttler. — Więc Ile?
— Tyleż, co pan,
— Powiedzmy, dwadzieścia?
Yes.
Sam stracił dwudziestkę, trafił bowiem dokładnie w ten sam kąt domu. Buttler zabrał pieniądze i zapytał, ukradkiem spoglądając na swoich:
— A może jeszcze raz, Mr. Grinell?
Yes — odpowiedział Sam. — Przecież wkońcu muszę trafić!
— Ja też tak myślę. Ile?
— Jak pan sobie życzy.
— Pięćdziesiąt dolarów?
Yes.
— Albo powiedzmy lepiej, sto?
— To za wiele. Wprawdzie jestem przekonany, że teraz wreszcie trafię, ale nie chciałbym zabierać panu takiej sumy, Mr. — — jakże się pan właściwie nazywa, sir?
— Buttler wyrwało się zapytanemu zbyt szybko i nieroztropnie. Prawdopodobnie wymieniłby inne nazwisko, gdyby go nie zaskoczyło pytanie Sama.
— Pięknie, Mr. Buttler, — dokończył Sam. — A więc nie sto. To za wiele.
— Nonsens! Jak powiedziałem, tak ma być, chyba, że panu brak odwagi.
— Odwagi? Krawiec nie zna lęku!
— A zatem sto?
Yes.
Buttler był tak pewny wygranej, iż celował mader krótko, krócej niż poprzednio. A może podnieciła go wysokość sumy, dość  —  — że kula chybiła. Utkwiła w murze tuż przy kartce. To jednak nie pozbawiło go dobrego humoru, był bowiem przeświadczony, że przeciwnik jeszcze bardziej spudłuje. W najgorszym razie doszłoby do sztychowania, a wówczas zwycięstwo jego było pewne.
Zkolei zaczął celować Sam, ale dokąd? Do kąta muru, dokąd stale trafiał i gdzie, oprócz pierwszej, tkwiły wszystkie jego kule.
— Co panu strzeliło do głowy, Mr. Grinell! zawołał zdumiony Buttler. — Celuje pan w kąt!
— Rozumie się odpowiedział spokojnie Sam.
— Ale dlaczego?
— Dopiero teraz poznałem swoją strzelbę.
— Jakto?
— Strzelba posiada własną wolę i własne humory. Kiedy celuję w papier na górze pośrodku, kula trafia na dole w kąt. A więc skoro wyceluję w kąt, kula przebije papier.
— Obłęd!
— Chyba obłęd flinty. Uważajcie!
— Opuścił kurek i kula przebiła — — dokładnie środek celu.
— Widzicie więc, że miałem słuszność — roześmiał się Sam. — Wygrałem! Dawaj pan sto dolarów, Mr. Buttler!
Stawka nie była jeszcze wyłożona. Buttler się ociągał; wolałby odmówić zapłaty. Ale wpadł na pomysł, który mu się wydał zbawiennym.
Wyciągnął pieniądze a kieszeni, wręczył Samowi i rzekł:
— Czy poprzestajemy?
— Jak pan sobie życzy.
— A może jeszcze raz?
— Zgoda.
— Ale nie sto, lecz dwieście!
— Sir, to za wiele
— Dla mnie nie. Może się pan lęka?
— Lekam się? Bynajmniej!
— A więc dwieście! Ale zgóry wyłożyć.
— Dobrze! Mój kolega Mr. Berry jest bezstronny, niech więc przechowuje pieniądze. Przykleimy nowy papier z oznaczonym pośrodku punktem. Wygra ten, czyja kula utkwi najbliżej owego punktu.
— Zgoda oświadczył Buttler. — Strzelamy jednak nie z dwustu, lecz z trzystu kroków.
— W takim razie nie trafię!
— Nie jest to konieczne. Naprzód, Mr. Grinelli, czas już dać te dwieście dolarów!
Sam dał pieniądze Dickowi Stone. Buttler nie miał już zapewne własnych pieniędzy, gdyż zaciągnął pożyczkę od swoich towarzyszów. Skoro zebrał sumę, wręczył ją Dickowi, który wiedział dobrze, dlaczego Sam wybrał go na arbitra. Po naklejeniu świeżej kartki odliczono trzysta kroków, i Buttler przygotował się do strzału.
— Celuj lepiej, niż poprzednio! — zawołał jeden ze zbirów.
— Milcz! — odpowiedział gniewnie herszt. — Nie pobije mnie byle krawczyk!
— A jednak poprzednio?
— To był przypadek, nic więcej!
Celował tym razem dłużej i staranniej, niż poprzednio. Kula trafiła w papier, aczkolwiek nie w sam środek.
— Wspaniały, piękny, doskonały strzał! — winszowali kamraci.
Teraz miał strzelać Sam. Przyłożył strzelbę i wypalił. Nastąpił wielogłośny okrzyk strachu, czy wściekłości; trafił dokładnie w środek.
Dick Stone podszedł doń, wręczył mu pieniądze i rzekł:
— Zabieraj żywo, stary Samie, bo nic nie dostaniesz!
Well; ale musieliby mi później zapłacić.
Schował pieniądze i zbliżył się do chaty.
— Niepojęte, przeklęte szczęście! — zawołał gniewnie Buttler. — Takiego przypadku jeszczem nigdy nie widział!
— W każdym razie, jeśli się mnie tyczy, — wyznał Sam, zgodnie z prawdą; był bowiem wyśmienitym strzelcem i nigdy nie liczył na przypadek. Buttler jednak inaczej jego słowa zrozumiał.
— A więc zwróć pan pieniądze!
— Zwrócić? Dlaczego?
— Ponieważ przyznał sir, że nie pan, lecz przypadek wpakował kulę w cel.
— Pięknie! Ale przypadek posługiwał się moją ręką i moja flintą. Trafił, a zatem wygrał zakład. Do niego należą pieniądze; dam mu je przy najbliższem spotkaniu.
— To mają być kpinki, sir? — zapytał groźnie Buttler.
Zbiry natychmiast otoczyli obu zawodników.
Westman nie okazywał lęku. Odpowiedział spokojnie:
— Sir, nie dopuszczam się kpin, kiedy chodzi o pieniądze. Czy mamy strzelać dalej?
— Nie. Chciałem się z panem założyć, a nie z pana przypadkiem. Czy zawsze panu sprzyja?
Mrugnął ukradkiem na towarzyszów, aby powstrzymali się od gwałtu. Westman spostrzegł jednak to mrugnięcie i odpowiedział z uśmiechem:
— Zawsze, o ile to się opłaci, ale nie kiedy stawką jest nędzny dolar. W tym wypadku kula moja może trafić w kąt.
Mieli właśnie skręcić za węgieł chaty, aby wrócić do stołów, gdy się na kogoś natknęli. Ową „osobistością“ był muł Sama Hawkensa, niespokojnie szukający swego pana. Buttler, który szedł naprzedzie, zderzył się ze zwierzęciem.
— Wstrętne bydlę! — zawołał, uderzając Mary w łeb. — Prawdziwy, istny rumak krawca! Nikomu innemu na myślby nie wpadło dosiadać takiej bestji!
— Słusznie — odparł Sam. — Ale dlaczego?
— Dlaczego? Oczywiście, ze wstrętu!
— Ładniej powiedzieć ze wstrętu, niż z tego prostego powodu, że dosiąść jej zbyt trudno.
— Jakto? Jak pan to rozumie? Czy pan chce przez to powiedzieć, że ten kłapouch nie pozwoli się ujeżdżać?
— Tego nie twierdzę, sir. Chciałem tylko powiedzieć, że jedynie bardzo dobry jeździec może mego muła dosiąść.
Wymówił to takim tonem, że Buttler zapytał szybko:
— Czy mniema pan, że jestem złym jeźdźcem i że nie utrzymam się na pana bestji?
— Bynajmniej, sir, aczkolwiek należy się spodziewać, że zwierzę strąci pana w okamgnieniu.
— Mnie? Najlepszego jeźdźca od Frisco do New Orleanu? Jesteś pan szaleńcem!
Sam zmierzył go od stóp do głów ciekawem spojrzeniem i zapytał niedowierzająco:
— Pan — najlepszym jeźdźcem? Nie wierzę. Nie jest pan odpowiednio zbudowany; nogi ma pan za długie.
— Nie jestem odpowiednio zbudowany? — roześmiał się Buttler. — Co może wiedzieć krawiec o jeździe konnej! Nadjeżdżając tutaj, siedział pan na swym kłapouchu jak małpa na wielbłądzie, a teraz wypowiadasz się na temat dobrej jazdy? Niech się pan nie ośmiesza! Ścisnę pańskiego muła nogami tak, że po pięciu minutach runie!
— Albo po minucie pozbędzie się pana! Chce pan iść o zakład?
— Stawiam dziesięć dolarów! — zawołał Buttler, który już nie miał pieniędzy na tak wygórowane, jak poprzednio, stawki.
— Ja również.
— Że mnie muł nie strąci!
— A ja twierdzę, że tak!
— Dobrze. Dziesięć dolarów, panie!
Sam wyjął pieniędze i wręczył znowu Dickowi Stone. Buttler pożyczył od kolegów i również złożył stawkę Dickowi. Wolałby wprawdzie wręczyć jednemu ze swoich, ale nie chciał: wzbudzać podejrzeń.
— Straszny zakład! — rzekł gospodarz. — Dla marnych dziesięciu dolarów dosiada pan takiej szkarady! Tym razem jednak na pewno wygrasz.
Buttler ujął starą Mary za cugle i wyprowadził na placyk przed chatą.
— A zatem w ciągu minuty pod mułem! — zawołał do Hawkensa. — Jeśli po minucie będę na nim siedział, wygrałem.
— Czy mogę rozmawiać ze zwierzęciem? — zapytał Sam.
— Czemu nie? Gadaj z nim, gwiżdż albo śpiewaj, jak sobie życzysz!
Utworzyły się dwie grupy. W jednej stał Sam, Dick i Will; w drugiej gospodarz z finderami. Buttler dosiadł muła, który stał spokojnie i nieruchomo, jak rzeźba drewniana. Wówczas rzekł Sam:
Strząchnij go, moja dobra Bucking-Mary!
Muł natychmiast zgarbił się jak żbik, wszystkiemi czterema kończynami podskoczył wgórę, wyciągnął się w powietrzu i wreszcie stanął na ziemi. Stanął na tem samem miejscu. Buttler natomiast siedział nie na siodle, lecz na ziemi obok zwierzęcia. Kamraci jego aż krzyknęli z oszołomienia. Buttler zerwał się na równe nogi i zawołał wściekły:
— To bydlę djabelskie! Z początku stoi potulnie jak baranek, a potem — potem zrywa się jak balon w powietrze!
— Lepiejby pan wyszedł na tem, gdybyś był lotnikiem, a nie jeźdźcem. Stawki są moje — odpowiedział Sam, chowając je do kieszeni.
— Do kata! Nie wiem, czy dobrze zrozumiałem! Czyż nie powiedziałeś zwierzęciu, żeby mnie strząsnęło?
Yes.
— Sir, wypraszam to sobie!
Pshaw! Pozwolił mi pan i mułem rozmawiać.
— Ale nie na moją szkodę!
— Nie, ku pożytkowi pana. Powinien się pan tylko przysłuchać moim słowom, a zrozumiesz, co zwierzę uczyni, i jak się masz wobec tego zachować, jeśli jesteś tak dobrym jeźdźcem, za jakiego się podawałeś.
Well, w takim razie teraz na pewno wygram. Nie pozwolę się strzasnąć! Jeszcze dziesięć dolarów?
— Chętnie.
Buttler pożyczył po raz drugi, wręczył Dickowi i, dosiadając muła, zwrócił się do Sama:
— No, powiedz pan bestji, co ma zrobić!
Sam roześmiał się w odpowiedzi i zawołał:
— Pozbądź go się, moja miła Striping-Mary!
Mary puściła się w galop, nie zważając na opór jeźdźca, zakreśliła łuk ku krawędzi chaty i, przybywszy tam, pomknęła ku drugiej krawędzi, ale tak blisko muru, że prawa noga jeźdźca zawadziła o węgło. Aby jej nie złamać, czy zwichnąć, Buttler musiał wyskoczyć z siodła. Muł „pozbył się“ jeźdźca i usiadł plackiem na ziemi.
— Do wszystkich dziewięćdziesięciu dziewięciu tysięcy djabłów! — zawołał rozjuszony jeździec, podnosząc się i pocierając kolano. — Ta bestja jest prawdziwem piekielnem bydlęciem. Byłem przygotowany na strącenie. Jak mógł mu pan rozkazać, żeby się mnie pozbył?
— Zgodził się pan, żebym z mułem rozmawiał, żebym gwizdał i śpiewał, jak mi się żywnie podoba. Pieniądze są moje!
Zabrał obie stawki. Buttler podszedł, kulejąc do gospodarza i szepnął:
— Daj mi dwadzieścia dolarów! Moi ludzie nic już nie mają.
— Chcecie Jeszcze raz się założyć? — zapytał Irlandczyk.
— Naturalnie
— Znowu stracisz!
— Teraz nie.
— A jeśli jednak? Kto mi zwróci moje pieniądze?
— Ja, łotrze, ja!
— Ale kiedy?
— Do jutra rano.
— Jutro rano? Kiedy ostatni grosz stracicie?
— Ośla głowo! Ty tylko pożyczka! Moi ludzie nie przyglądaliby się tak spokojnie, gdyby nie wiedzieli, że jutro rano odzyskam swoje pieniądze i dostanę coś ponadto.
— Ach, te dwa tysiące!
Yes.
— Miej się na baczności, sir! Ten człowiek nie jest wcale taki głupi, jak przypuszczaliśmy.
Pshaw! Los mu sprzyja.
— W strzelaniu tak, ale co do lego muła?
— Nawet w tym wypadku. To zwierzę jest kupionem za kilka dolarów starym wytresowanym mułem cyrkowym. Zna tylko te dwie sztuki — nic ponadto. A zatem pieniążki! Chciałbym tymczasem odzyskać przynajmniej ostatnią dwudziestkę.
Gospodarz przyniósł dwadzieścia dolarów, Buttler zawołał do Sama:
— Czy jeszcze raz?
— Tak, ale po raz ostatni.
— Zgoda. Dwadzieścia dolarów?
Yes.
— Oto pieniądze. Daję najświętsze słowo, że pański potwór teraz już mnie nie powali!.
Dosiadł wierzchowca, ściągnął cugle i ścisnął mu boki nogami, wyczekując, czy Sam każe się go pozbyć, czy strząsnąć. Ale chytry mały nie powtórzył ani jednego, ani drugiego polecenia, lecz zawołał:
— Odwal go, moja droga Rolling-Mary!
Muł natychmiast rzucił się na ziemię i potoczył jak walec. Z obawy przed pogruchotaniem Buttler musiał puścić cugle i wyjąć nogi za strzemion. Mary, poczuwszy się wolną, skoczyła na nogi, pomknęła ku swemu panu, wydała triumfujący krzyk i potarła pysk o jego plecy.
Buttler podniósł się powoli, macał i pocierał zprzodu i ztyłu, nad grzbietem i pod grzbietem, strojąc przytem nieopisane miny. Rozwścieczony wielokrotną przegraną, zadawał sobie przymus, aby nie wybuchnąć. Nadto bolały go wszystkie kości i mięśnie, leżał bowiem pod mułem jak pod wałkiem,
— Czy nie chciałby się pan jeszcze raz założyć? — zawołał Sam Hawkens.
— Idż pan do licha z tą wstrętną bestją! — huknął zapytany, siadając.
— Nie obcuję z lichem, Mr. Buttler. Pójdę zatem tam, dokąd zechcę.
— Jedziecie do Prescott?
Yes.
— Już dzisiaj?
— Nie. Zostaniemy dzisiaj tu, w San Xavier del Bac.
— Czy znaleźliście już nocleg?
— Będziemy spać pod gołem niebem.
— Macie co jeść?
— Jeszcze nie. Sądziliśmy, że tu dostaniemy.
— Tu was uraczą tylko kukuruzą. Ala możecie sobie podjeść, jeżeli zostaniecie naszymi gośćmi. Czy przyjmujecie moje zaproszenie?
— Owszem, sir. Kiedy zasiądziecie do wieczerzy?
— Kiedy mięso nadejdzie! Zawiadomię pana.
W ten sposób zakończono serję zakładów i obie grupy wróciły do swych stołów. — — —



Przypisy

  1. Przewodnik.
  2. Strzelba.
  3. Nowicjusz.
  4. Skrócone: Racoon — szop.
  5. Trójlistek.
  6. Wyrażenie trapperskie, oznaczające nieszczęście.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol May i tłumacza: anonimowy.