Gwałtu, co się dzieje!/Akt I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Fredro
Tytuł Gwałtu, co się dzieje!
Pochodzenie Dzieła Aleksandra Fredry tom III
Data wydania 1880
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Cały tom III
Pobierz jako: Pobierz Cały tom III jako ePub Pobierz Cały tom III jako PDF Pobierz Cały tom III jako MOBI
Indeks stron

AKT I.
(Duża izba w domu burmistrza, drzwi do ogrodu po lewéj, w kącie okno, na przodzie po prawéj stronie sceny drzwi do alkierza, w kącie mniejsze — w głębi drzwi otwarte, widok na rynek — przy tych schodki z poręczą i w górze małe drzwiczki, na środku stół suknem przykryty, krzesła. etc. etc.)


SCENA I.
Makary, (za nim) Kasia.
(Kasia po męzku ubrana — czamarka, żółte buciki, czapeczka).
Makary (trzymając się za głowę).

Gwałtu, co się dzieje! gwałtu, co się dzieje!

Kasia.

Cicho!

Makary.
Co się dzieje! co się dzieje! gwałtu! gwałtu!
Kasia.

Uspokój się, dla Boga!

Makary.

A to bisurmaństwo! a to tatarstwo! Boże zmiłuj się nademną!

Kasia.

Makary, ty nas chcesz zgubić!

Makary.

To koniec świata!

Kasia.

Zaklinam cię na wszystko — zmiłuj się, nie krzycz. Jakby cię zobaczono, albo i usłyszano tylko, jużby po nas było.

Makary.

Ja słów nie połknę, ja gadać muszę.

Kasia.

Mój Makary, mój kochany Makary, milcz, milcz, bo siebie, twego pana i mnie razem nieochybnie zgubisz!

Makary.

Ja mam milczeć!

Kasia.

Lękaj się...

Makary.

Lękać się nie umiem.

Kasia.
Stryjaszek już pół głowy ogolił..,
Makary.

Niech goli zdrów!

Kasia.

Jak skończy...

Makary.

Będzie ogolony...

Kasia.

I spodnicę wdzieje...

Makary.

I jak spodnicę wdzieje? — gwałtu, co się dzieje!

Kasia.

Zaraz na targ wyjdzie...

Makary.

I z kądzielą w ręku.

Kasia.

Może nas tu zastać.

Makary.

I cóż mi zrobi?

Kasia.

Nie wiele sam przez się, ale przez żonę.

Makary.

Daj go katu! jaki mi Tatar straszny!

Kasia.
Jeno co jéj nie widać z polowania.
Makary.

Z polowania! — No, proszę ja kogo?

Kasia.

A stryjanka żartować nie lubi: każe cię zamknąć, albo wypędzić.

Makary.

Zamknąć — Makary się nieda — a wypędzać nie ma potrzeby, bo sam jak drapnie, to się i nie obejrzy.

Kasia.

A naszeż interesa?

Makary.

Tu sęk! — Ale co, co tu począć w takim odmęcie? W tym Osieku zawsze dziwne sprawy: od pierszego w nim kroku w głowie mi się kręci, w oczach się mieni, a jeszczem naczczo, Bóg mi świadkiem!

Kasia.

Słuchaj mnie więc.

Makary.

Co mam słuchać? wiem wszystko! spodnica! polowanie!

Kasia.

Powiedz mojemu drogiemu Jasiowi najpierwiej, że go zawsze kocham z duszy, serca, tak jak go kochałam; potem powiedz, co się dzieje w Osieku.

Makary.
O, powiem, powiem.
Kasia.

Nareszcie, że go zaklinam na miłość naszę, niech się nie waży tu pokazywać; bo jeżeliby nie pogorszył, toby i nie polepszył pewnie położenia naszego, ale niech mnie czeka wieczorem w dębinie, koło wielkiego kamienia.

Makary.

Koło wielkiego kamienia?

Kasia.

Już on będzie wiedział, gdzie to jest, a teraz ty nie baw się tu dłużej, i uchodź skrycie a czém prędzéj bo niebezpieczeństwo z wszelkich stron nam grozi.

Makary.

Pójdę, ale nic ze strachu. — I biada temu, co mi zastąpi! ech! jeszczem Makary!

Kasia.

Tylko się nie bij!

Makary.

O ba!

Kasia.

Narobisz kłopotu.

Makary.

Wybiję i zapłacę.

Kasia.

Zlituj się...

Makary.
Bez litości.
Kasia.

A więc dobrze, rób co chcesz, ale ci powiadam, że Jasia i mnie zgubisz. — Ciebie chwycą — ty w złości wszystko odkryjesz — Jasia uwiężą — mnie zamkną — i koniec końców pomrzemy (płacze).

Makary.

Tu sęk! — ale nie bójcie się, panno Katarzyno, nie płaczcie. — Wasze łzy mój gniew przygasiły. — Wszystko będzie dobrze, zrobię co chcecie: spuszczę proporzec i czaty ominę. — Bądźcie spokojne, wszystko dobrze będzie.

Kasia.

Idź więc, idź bez zwłoki.

Makary.

Śpieszę.

Kasia.

Bóg z tobą, poczciwy Makary (ze drzwi). W dębinie, koło wielkiego kamienia, pamiętaj, wieczorem.

Makary.

Dobrze, dobrze. Bogu was oddaję (sam).

Ktoby się był spodziewał? dziwna sprawa! co się dzieje na tym świecie! Jeszczem naczczo.





SCENA II.
Makary, Doręba (spotykają się we drzwiach).
Doręba.

Dobrze że cię spotykam.

Makary.

Wcale niedobrze.

Doręba.

Czemu?

Makary.

Bo źle.

Doręba.

Cóżto? czy jaka niepomyślna wiadomość? Kasia moja jak się ma? kocha mię zawsze? zdrowa? ładna? stary Tobiasz, jéj stryj, żyje? widziałeś się z nimi? cóż mówili? gadajże — no czemuż milczysz opuściwszy wąsa?

Makary.

Łaska Boska, że go jeszcze mam dotąd, żem go, uniósł nienaruszonym i że może najeżyć się jeszcze, kiedy kto sto pytań zadaje, a nie chce słuchać tego co mu wiedzieć najbardziej potrzeba.

Doręba.

Gadaj, milczę.

Makary.
Wracaj waszmość, wracaj zkąd przybyłeś.
Doręba.

Ja mam wracać? to mi się podoba! No mój Makary, z twojéj mowy wnoszę, że miód w Osieku, jak bywał, tak i jest dotąd nie zły.

Makary.

Miód jak miód, ale piwa nam tęgiego nawarzyli. Słuchaj mię Waszmość: to nieprzelewki, to bunt, powstanie, nierząd, interregnum!

Doręba.

Jakto?

Makary.

Czém byli mężczyźni, tém są teraz białogłowy — kobiety rządzą, wąsacze słuchają; żony w kurtkach, mężowie w spodnicach — gwałtu, co się dzieje!

Doręba.

Makary, dość tych żartów. Gdzie Kasia?

Makary.

Piękne mi żarty! — Kasia dopiero tu była; wołoszka zielona, czapeczka na ucho, wcale jéj do twarzy.

Doręba.

To być nie może.

Makary.

Ja mówię i powtarzam, że co do słowa wszystko prawda. — Kobiéty w Osieku górę wzięły. — Burmistrz dzieci, a żona urząd piastuje, tak i pisarz i bakałarz i wszyscy inni. Świat do góry nogami.

Doręba.
Ja temu wierzyć nie mogę.
Makary.

Łatwo mógłbyś się waszmość sam o tém przekonać, ale mu tego nie życzę — dalibóg nie życzę. I panna Katarzyna wyraźnie mi zleciła, abym przestrzegł o niebezpieczeństwie pokazania się tu w swoim stroju.

Doręba.

Co za szaleństwo!

Makary.

Ktoby chciał zatrzymać się, a témbardziej osiąść w Osieku, musi poddać się nowo nadanym prawom, to jest zawdziania spodnicy; w przeciwnym zaś razie jest uważanym jako burzyciel powszechnego pokoju, targający się na władzę miejscową i jako taki uwięziony.

Doręba.

Uwięziony?

Makary.

Tu sęk! — Uwięziony, a może i co więcéj, podług woli i humoru ichmość pań rządzących.

Doręba.

Cóż Kasia na to?

Makary.

Wielce ubolewa, ale ulegać musi.

Doręba.

Widziałeś ją więc? mówiłeś z nią?

Makary.
Widziałem i mówiłem.
Doręba.

Ładna?

Makary.

Otóż macie! czas o tém myśleć.

Doręba.

Cóż kazała powiedzieć?

Makary.

To com powiedział. Niech się mój Jaś tu nie pokazuje.

Doręba.

Mój, mój, Jaś? tak mówiła?

Makary.

A biadaż mi! mój czy nie mój, potém o tém.

Doręba.

Cóż więcéj?

Makary.

Mówiła, abyś ją Waszmość czekał wieczorem w dębinie, przy kamieniu.

Doręba.

Ja mam wieczora czekać? — bać się pokazać? kryć się, jak złoczyńca? Nie, tu zostanę.

Makary.

I ja tak mówię.

Doręba.
Otwarcie działać będę.
Makary.

Najlepiéj.

Doręba.

Niczego się nie boję.

Makary.

I ja także.

Doręba.

Ale jak nas napadną?

Makary.

A znienacka.

Doręba.

W wielkiéj liczbie.

Makary.

A obskoczą.

Doręba.

Szabli nie dobędę za nic w świecie przeciw kobiétom.

Makary.

Wieczna plama.

Doręba.

Więc nas schwycą.

Makary.

Być może.

Doręba.

Uwiężą.

Makary.
Tu sęk.
Doręba.

I z Kasią nie będę mógł się widzieć.

Makary.

Źle!

Doręba.

Cóż tu robić?

Makary.

Hm! co robić?

Doręba.

Ukryjmy się.

Makary.

Dobrze.

Doręba.

Ukryci przypatrzymy się sami w jakim stanie są rzeczy, a potem rozważymy i podług okoliczności działać będziemy.

Makary.

I ja tak mówię.

Doręba.

Stary Tobiasz wprawdzie był zawsze niestałego charakteru, słabéj woli, zbytniéj podległości.

Makary.

Ciele, ciele, Mości Towarzyszu, krótko mówiąc.

Doręba.

Ale przytém miał rozsądek.

Makary.
Poczęstował jednak waszmości szarą gęsią.
Doręba.

Prawda że mi Kasię odmówił, ale mówiąc między nami, wtedy była za młoda, a ja trochę za rozpustny.

Makary.

Tu sęk.

Doręba.

Teraz inaczéj.

Makary.

Jeszcze gorzéj.

Doręba.

Jakto gorzéj?

Makary.

Tobiasz rozsądny czy nierozsądny jest niczém, a żona wszystkiém. Żona dzierży urząd i jego czuprynę — rządzi miastem i mężem.

Doręba.

Ależ mężom to się podobać nie może.

Makary.

Tego nie wiem, ale zapewne niema im się co podobać.

Doręba.

Może da się wszystko łatwo w dawne karby wrócić.

Makary.

W dawne karby? bardzo wątpię. — Co się raz zmieniło, trudno aby znowu czém było, zostało. Wykop dół a potem zasyp go tąż samą ziemią, to zawsze braknie, albo zbędzie.

Doręba.

Ciszéj — ktoś nadchodzi — skryjmy się w sadzie, ztamtąd rozpoznamy obroty nieprzyjaciela.

Makary.

Hej, hej! gdyby Makary był młodszy, a miał z dziesięciu sobie podobnych, nie kryłby się po sadach przed gołowąsą armią. — Ale już łeb się wylenił, wąs siwy, et cetera — deces!

Doręba (wracając ode drzwi).

Tędy nie można, dużo ludzi.

Makary.

Którędyż?

Doręba.

Przez ogród.





SCENA III.
Doręba, Kasia, Makary.
Kasia.
Co widzę! jeszcześ nie poszedł! — Ach Jan! Janie, Jasiu, ty tu?
Doręba.

Kochana Kasiu!

Kasia.

Jasiu kochany!

Doręba.

Przecież cię znowu oglądam.

Kasia.

Sama nie wierzę mojemu szczęściu.

Doręba.

Tak dawno cię nie widziałem.

Kasia.

Któżto wie lepiéj nade mnie.

Makary.

A sęk! — Daléj w drogę, Mości Towarzyszu.

Doręba.

Kochasz mnie zawsze?

Kasia.

Zawsze i na zawsze?

Makary.

Mości Towarzyszu...

Doręba.

Wspominałaś mnie czasem?

Kasia.
I chwili nie zapominałam. Ach, nieraz już i śmierć twoją opłakiwałam, biedny Jasiu!
Doręba.

Mijała mnie łaskawie.

Kasia.

Bogu dzięki.

Makary.

O źle!

Doręba.

Jakżeś mi wyładniała.

Kasia.

Jak tobie dobrze w tym stroju.

Makary.

Mości Towarzyszu...

Doręba.

Nie mogę rozstać się z tobą.

Kasia.

Trzeba koniecznie, choć nie na długo.

Doręba.

Muszę więc odejść.

Kasia.

Żeby cię tylko kto nie spostrzegł.

Doręba.

Wszędzie pełno ludzi.

Kasia.

Ach, jak cię zobaczą, to już po nas.

Doręba.
Skryj mnie.
Kasia.

Zapewne, lepiéjby było, ale gdzie?

Makary.

Tu sęk.

Kasia.

Ha! czekaj, dobrze, w téj izdebce, gdzie akta miejskie złożone, rzadko teraz kto bywa.

Doręba.

Chodźmy.

Makary.

Ej, to mi się nie podoba. — W otwartém polu zawsze lepiéj — tam nas mogą głodem wsiąść.

Doręba.

O tém Kasia, może myśleć będzie.

Makary.

Ale to nie może, bo mnie się jeść chce; może, piękna potrawa!

Kasia.

Bądź cierpliwy, nie zapomnę.

Makary (wchodząc na schodki za Dorębą).

Aby co, aby co, byle przetrącić — z parę kiełbas i sztukę pieczeni. — Aby co, aby co, panno Katarzyno i popłukać czém.

Kasia.

Dobrze, dobrze.

Doręba.
Do zobaczenia luba, kochana Kasiu.
Kasia.

Wkrótce, wkrótce, kochany Janie.

Makary.

Tylko prowiantów, tylko prowiantów do fortecy, a reszta się znajdzie. (wchodząc) Jeszczem naczczo, Bóg mi świadkiem!

(rozchodzą się).




SCENA IV.
Tobiasz, (później) Kasper, (potém) Błażéj.
(Mężczyzni wszyscy w téj sztuce ubrani jak zwykle z miejska tylko w spodnicach i fartuszkach — kobiety równie, prócz szarawarów i czapek, po swojemu.)
Tobiasz (koszyk na ręku, wychodzi rachując pieniądze).

Trzy grosze, sześć, dwanaście, ośmnaście, dziewiętnaście, dwadzieścia. — Czy jejmość oszalała! za dwadzieścia groszy kazać mi tyle nakupić. A „żeby mi wszystko dobre było, bo mi się nie pokazuj!“ — Dwadzieścia groszy! trudno będzie co urwać na tabaczkę. Oj! czasy, czasy!

Kasper. (z podobnym koszykiem, mówi szepleniąc).

Dzień dobli, blacisku Tobiasiu.

Tobiasz.
Dobry dzień bracie Kasprze.
Kasper.

Jak się macie?

Tobiasz.

Jak widzicie, do góry nogami.

Kasper.

Cóź lobić, cóź lobić tźeba nawykać do śpodnićki.

Tobiasz.

Żebym się był nie żenił raz drugi!

Kasper.

A ja laz pielwśy!

Tobiasz.

Oj czasy, czasy!

Kasper.

Oj źonki źonki!

Błażej.

Daj wam Boże dobry dzień, panowie sąsiedzi.

Tobiasz.

Wzajemnie, wzajemnie, panie Błażeju.

Kasper.

Jak się macie?

Błażej.

Źle mam się — w uszach szumi.

Kasper.
Katal, mości Blaźeju!
Błażej.

Z ręki mojéj żony.

Tobiasz (z westchnieniem).

Panująca choroba.

Błażej.

Już dosyć ja wymyślałem dosyć zrządziłem, kiedym był panem w domu, alem się i nie umył do mojéj Agaty. Wczoraj już kogut zapiał, jeszcze jéj nie było. — Ja czekam, czekam, czekam, czekam, co dmuchnę na ogień to drzymnę, co dmuchnę, to chrapnę, aż tu jak mnie coś dmuchnie po czuprynie! „Daléj leniuchu! wieczerza!“ zerwałem się, jak gdybym nigdy nie spał — żwawo, prędko dałem wieczerzę. Ale: to złe, to twarde, to słone, to przydymione, a na mnie zawsze czego śpisz! A ja, niech mnie Bóg skarze, anim mrugnął.

Kasper.

Jejmość zapewnie... (pokazuje, że napita).

Tobiasz.

Była w dobrym humorze.

Błażej.

Kat tam w dobrym.

Tobiasz.

Ale ja mówię w dobrym, jak to my dawniéj bywali, wracając do domu.

Kasper.
Pod doblą datą.
Błażej.

A, tak, tak.

Tobiasz.

Oj czasy, czasy! człowiek teraz i o dacie nie wie.

Błażej.

Dawniej (z westchnieniem)!

Tobiasz.

Hej! hej!

Kasper.

Mnie z pźędźeniem najwiękśe zmaltwienie. Juź ćo się naplaćuję, nadlęćę, namolduję, zawśe pźedza nielówna — nigdy, nigdy źonce dogodzić nie mogę.

Błażej.

Jużto i dawniéj tak bywało.

Kasper.

W pźędzeniu, w pźędzeniu najbaldziej. — Nie źaltuję, jakem Kaspel. — Ledwie zaklęcę wźecionko, źalaź nitećkę ulwę; jak ulwę, muśę wiąźać; jak źwiąźę, guźy.

Błażej.

Na czole Waszeciném.

Tobiasz (częstując tabaczką).

Oj czasy, czasy!

Kasper.
I mówię źe nie mogę — dalibóg nie mogę — nic nie pomoźe. — Lób! — nie umiem — lób — nie będę — pac, pac — muśę lobić.
Tobiasz.

Mnie zaś ta pończoszka ze świata spędzi: druty łamię, oczka spuszczam, a jak przyjdzie na pietę — ani rusz.

Kasper.

A z planiem to żólto, to niebiesko!

Błażej.

A z kuchnią, piekło prawdziwe.

Tobiasz.

A z dziećmi: co noc wstawaj, noś, śpiewaj, kołysz.

Błażej.

Ja wam szczerze mówię, że to nie są żarty, trzeba pomyśleć o sobie.

Tobiasz.

Co tu myśleć pomoże.

Błażej.

Pierwiéj myśleć, potem działać.

Kasper.

Co Waśeć mówiś? Aj stlach, źeby któla uslysala.

Tobiasz.

Dajmy temu pokój.

Błażej.

Tak, bójcie się, bójcie, będziecie tego żałować.

Tobiasz.
Pst! Grzegotka.
Błażej.

Plotka miejska.

Kasper.

Plimus ministel mojéj żonki.





SCENA V.
Tobiasz, Kasper, Błażej, Grzegotka.
Grzegotka (prędko mówi).

Kłaniam, panowie sąsiedzi. Jak się macie; cóż porabiacie? — Cóż tu słychać? gdzież są Ichmoście wasze! żadnej spotkać nie mogę? no, cóż tam nowego?

Tobiasz.

Wszystko stare.

Grzegotka.

Ha, ha, ha, stare, stare, nic więcéj nie wiecie? Niceście nie słyszeli? — A ja wiem, wiem wiele nowego — rzadkie nowiny — jeno com się dowiedział.

Kasper.

Cóź takiego Mości Gźegotka? jaka anejdotka?

Grzegotka (do Tobiasza).
Ale gdzież jest wasza Urszula, nasz burmistrz szanowny? jéj chciałbym najprędzej udzielić tych wiadomości. Boję się, aby mnie kto nie uprzedził.
Tobiasz.

Wyjechała z chartami na polowanie.

Kasper.

Ale cóź tam nowego? jestem tlośećkę ciekawy.

Grzegotka.

Słychać, że przykład naszego miasteczka wiele skutkuje.

Tobiasz.

Tém gorzéj!

Grzegotka.

Jakto, tém gorzej?

Tobiasz.

Tém lepiej! chciałem powiedzieć.

Grzegotka.

Mówią nawet, że i w Sandomierzu o tém myśleć zaczynają — nie ma więc żadnego wątpienia, że wkrótce i Kraków, a z czasem nawet sama Warszawa naśladować nas będzie.

Kasper.

Plośę, plośę, ktoby się spodziewal: to jednak honol dla naśego miastećka, dalibóg wielki honol! —

Grzegotka.

Przebąkują także, że i pan wojewoda Sandomierski zaczyna chodzić w spodnicy.

Tobiasz.
Bogu dzięki! — Kiedy wielcy panowie z nami, nasza czynność przestaje być głupią.
Błażej (do Grzegotki).

Ale czegoż się Waszeć tak wielce z tego cieszysz?

Grzegotka.

Czemuż się nie mam cieszyć? Albo mi tak źle? — Nie mamże rozumu na poznanie niezmiernych korzyści, wynikających z nowego naszego położenia? W tym stroju mogę gadać, co mi się podoba i wiele mi się podoba, nikt mi i słowa nie powie. Mogę dowiadywać się co, gdzie, kiedy, jak robią — i co się dowiem zaraz powtórzyć, nikt się nie zadziwi. Nie potrzebuję udawać odwagi, której nie mam; mogę bać się, drżeć, truchleć, nawet zemdleć — nikt mi za złe nie weźmie. Proszęż więc Waszeciów, nie mam że przyczyny cieszenia się z położenia naszego?

Tobiasz (na stronie).

Niecnota!

Błażej.

Dla tego to Waszeć u naszych żon w takiém poważaniu.

Grzegotka (do Błażeja ironicznie).

A jak się ma ucho?

Błażej.

Już to wiecie?

Grzegotka (do Kaspra).

Przędza drożeje.

Kasper.

Oby się byla nigdy nie lodzila! oby jej na świecie nie bylo!... ale nie powiadajcie mojej Balbaźe, że ja tak myślę, plośę was, nie powiadajcie.

Grzegotka (biorąc na stronę Tobiasza).

Jak się tam Kasia miewa?

Tobiasz.

Nieźle.

Grzegotka.

O mnie nie wspomina?

Tobiasz.

Wątpię.

Grzegotka.

Coś mnie zimno przyjmujecie.

Tobiasz.

Niegorąco.

Grzegotka.

Wszak Waszeć znasz moje zamysły.

Tobiasz.

Chciałbym zapomnieć.

Grzegotka.

Nie sprzyjacie mi, jak uważam.

Tobiasz.

Źle, uważać nie umiecie.

Grzegotka.

Jejmość myśli inaczej.

Tobiasz.

Inaczej?

Grzegotka.
Nic nie ma przeciw mojej osobie.
Tobiasz.

Alboż ja mam?

Grzegotka.

Grzecznie mnie przyjmuje.

Tobiasz.

Alboż ja niegrzeczny.

Grzegotka.

Odłożyła na czas późniejszy.

Tobiasz.

Potém o tém, Mości Grzegotko, jeszcze dość czasu mamy.

Grzegotka.

Jeszcze jednę nowinkę Waszeciom udzielę.

Kasper.

Kochany Gźegotka, ja lubię nowinki.

Grzegotka.

Słychać, że u nas wąsy będą skasowane.

Tobiasz.

Tam do diaska!

Błażej.

Aj! aj!

Kasper.

A fe!

Grzegotka.

Bo w dawnych statutach ma być wyraźnie: Quae maribus solum tribuuntur, mascula sunt, co znaczy: Władza przy wąsach. — No, bądźcie zdrowi, nie mam czasu, pójdę naprzeciwko pań moich, niemało je pewnie ucieszę. Bądźcie zdrowi! (Odchodzi).





SCENA VI.
Tobiasz, Kasper, Błażej.
Tobiasz (podkręcając wąsa).

Na to nigdy nie zezwolę.

Kasper (podobnież).

I ja będę plosić źonki.

Tobiasz.

Przecie powaga.

Kasper.

Psecie clowiek cioś pod nosem zobacy.

Błażej.

Aj sąsiedzi! daliście jabłko, a o korzonek wam idzie.

Tobiasz.

Ktoby myślał, że Waszeć nie z naszych.

Błażej.

Przy powodzi strach i łodzi.

Kasper.

Juźto sąsiad Blaźej zawśe źaltobliwy, zawśe ma jakieś dyktelyjki na pogotowiu (śmieje się). Juź ja to mówię... (nagle przestaje mówić, zobaczywszy żonę).





SCENA VII.
Ciż sami, Urszula, Barbara, Agata.
(Harapy w ręku).
Urszula.
Otóż! patrzcie tylko. — Jak gawrony.
Barbara.

Cały dzieńby to trzepało, gęba im się nie zamknie.

Agata (do Błażeja).

I ty tu, mój kołowrotku?

Urszula.

Nie masz to innego zatrudnienia, jak plotek słuchać?

Tobiasz.

Ależ serdeńko, tylko cośmy stanęli.

Kasper (do Barbary).

Plośę cię, moja seldena źonecko.

Barbara.

Na targ mi zaraz.

Kasper.

Juźem pobiegl. (Odchodzi).

Urszula.

No, cóż?

Tobiasz.

Uspokój się, wszystko będzie.

Agata (do Błażeja).

Po coś tu przyszedł?

Błażej.

Chciałem rady zasięgnąć...

Urszula.
Patrzcie, jacy do rady! róbcie co wam każą, to wasza rada.
Agata (do Błażeja).

Wynoś się!

Urszula (do Tobiasza).

Jeszcze stoisz? (Tobiasz i Błażej wychodzą).





SCENA VIII.
Urszula, Barbara, Agata, Grzegotka.
Urszula.

Lubo w sercach naszych łaskawość i dobroć panuje; lubo łagodność, że tak rzekę, jest... że tak powiem, nam wrodzoną; lubo, mówię, jednak przedsięwzięcie roztropne głębokiej roztropności każe nam i rozkazuje jak najkrócej trzymać naszych, tak nazwanych, mężów.

Barbara.

Tylko im trochę pofolgować, a już po wszystkiém; w jednej godzinie wszystko wróciłoby do dawnego nieładu.

Agata.

Nie ma żadnego wątpienia, cnota mężów od nas zawisła.

Urszula.

Dobrze wiedzeni, dobrze pójdą.

Barbara.
Ich złe dotąd postępowanie wynikało, to trzeba wyznać, z naszego niedbalstwa.
Agata.

Ze zbytecznego pobłażania, powiedz sąsiadko.

Urszula.

Bogu dzięki! wszystko pomyślnym i dobrym obróciło się obrotem. — Czwarty już tydzień, Osiek mądrością rządzony doznaje niezaprzeczonych, że tak się wyrażę korzyści. — Prawda, Mości Grzegotko?

Grzegotka.

Trzebaż mego potwierdzenia? — Za małe mam oczy, bym się mógł dość napatrzeć — za małe uszy, by pojąć wszystko — za mały język, by głosił przyzwoicie sławę waszę, roztropność, powagę, zgodę i potęgę.

Urszula, Barbara, Agata.

Kochany Grzegotka!

Grzegotka.

Sługa wasz do śmierci.

Urszula.

Nowinki twoje tysiąca warte.

Barbara.

I projekta niezłe.

Urszula.

Gdy mamy być innym miastom chwalebnym przykładem, trzeba abyśmy się starały o najdoskonalszy stopień doskonałości. Agato! twój mąż jest uczony.

Agata.
Jest, ale ja mu tego nie przyznaję; owszem, przeciwnie myśleć mu o tém każę.
Grzegotka.

Roztropności niezrównana!

Urszula.

A że on, mówiąc między nami, jest najmędrszym w naszej stolicy, Waszeć zostałaś nauczycielem tutejszéj szkoły.

Grzegotka.

Bardzo sprawiedliwie.

Urszula.

Będąc dozorcą nauk, które mają obejmować w sobie razem sztukę czytania i sztukę pisania, jesteście przez to samo naczelnikiem... naczelnikiem...

Grzegotka.

Oświecenia.

Agata.

Jakto? światła?

Grzegotka.

Światła rozumu.

Urszula.

Oświecenia światła rozumu.

Agata.

Rozumiem; do mnie więc będzie należeć, mieć oko na pojętniejsze głowy; i jeżeliby się która wyszczególniła, przedstawić, zalecić.

Urszula.

Nie, nic z tego. Żadnego protegowania rozumu, żadnéj pomocy rozwijającemu się talentowi — to nie wasz urząd, to do was nie należy. Niech czytają, piszą, i dosyć — a oświecenie zgromadzaj Waszeć na siebie.

Grzegotka.

Tak; o sobie pamiętać, to jest oświeceniem, i tém można się najlepiéj oświecić, można się Jaśnie oświecić.

Urszula.

A później, mając tyle żaków pod ręką, będziesz Waszeć mogła wydawać jakie pisemko.

Grzegotka.

Gdzieby były nowinki.

Urszula.

Wybornie.

Grzegotka.

Uwagi.

Barbara.

Nad czém?

Grzegotka.

Nad tém czego nie rozumiemy. — Krytyki.

Agata.

Co to krytyki?

Grzegotka.

Gatunek kleszczów czepiających się wszystkiego co nad niemi.

Urszula.

O tytule późniéj pomyślimy. Na tytuł zawsze dosyć czasu.

Grzegotka.
O co łatwiéj, jak o tytuł.
Barbara.

A sami nie znajdziemy, to zapłaciwszy dostaniemy.

Grzegotka.

Za pieniądze wszystko — mądra uwaga!

Urszula.

Bezpieczeństwo miasta waszeci na współ i siostrze Barbarze powierzam. Areszt w waszym domu, zatém klucze przy was będą.

Agata.

Za wiele na mnie.

Urszula.

Tém większa zasługa.

Grzegotka.

Jeszcze mało na rozum Waszecin.

Urszula.

Dla honoru zaś będziesz z nami do sądu zasiadać.

Barbara.

Ach, jeszcześmy sprawy nie miały! — Ale prawda... tak jest... mam! mam! jakżem mogła zapomnieć — jest sprawa...

Urszula.

Sprawa?

Barbara.

I niemała.

Urszula.
Prędzéj z nią, sądźmy.
Agata.

Jakąż karę wybieramy?

Urszula.

Ależ wprzód trzeba zobaczyć kto jest winowajcą.

Barbara.

Macieja Kopytkę oskarżam.

Grzegotka.

Już wiem o co idzie.

Barbara.

Był wczoraj na targu bez spodnicy.

Agata.

Co za śmiałość!

Urszula.

Wojewoda może chodzić w spodnicy, a on się wzbrania.

Grzegotka.

I miał czapkę, na moje oczy widziałem.

Urszula.

Do gąsiora z nim!

Agata.

Do gąsiora!

Barbara.

Do gąsiora!

Urszula.

Ależ on ma moję robotę.

Agata.
I moję, nawet na jutro koniecznie potrzebną.
Urszula.

W całym Osieku jeden tylko kowal.

Barbara.

A dwóch ślusarzy niepotrzebnie.

Urszula.

Dwóch? prawda — więc bardzo dobrze — i taki pierwszy dekret wydajemy: „kowal przewinił, ale że jest tylko jeden, a ślusarzy dwóch, zatém na jego miejsce jeden ślusarz uwięzionym będzie“.

Grzegotka.

Wybornie!

Agata.

Doskonale!

Urszula.

Dalszy wyrok potém odbierze, jeżeli nam czas pozwoli. Tę sprawę zaś nasz pisarz, siostra Barbara, wciągnie do ksiąg miejskich, aby na zawsze została na czele spraw w Osieku sądzonych.

Grzegotka.

Najtrudniéj zacząć, potém co raz łatwiéj.

Urszula.

Widzicie sąsiadki, bałyście się sądów, otóż nie tak rzecz trudna, jak się zdawała.

Barbara.

W saméj rzeczy, nigdym się nie spodziewała, abym mogła tak prędko nauczyć się sądownictwa.

Agata.
Co nam się sądem turbować — niech się winowajca turbuje.
Grzegotka.

Rozsądna uwaga!

Urszula.

Teraz po znoju obarczającego urzędu myślę odpocząć.

Barbara.

I mnie się na sen zbiera.

Agata.

Ja ochłodzę się wprzódy śniadaniem.

Urszula.

Do zobaczenia. (Odchodzi).

Agata.

Do zobaczenia. Chodźmy Barbaro! (Odchodzi).





SCENA IX.
Grzegotka.

Nie ja pierwszy korzystam z nieładu, nie ja ostatni będę czémsiś, że uważam zkąd wiatr wieje. Mądry zawsze dobrze wyjdzie, ledwie z piasku bicza nie ukręci, byle się nie piął, tylko sunął. Plotka bawi, pochlebstwo głaszcze, pilność strzeże, rozum bierze. Filip Grzegotka wie to dobrze. (Odchodzi).





SCENA X.
Doręba, Makary, (na schodach, później) Kasia.
Makary.

A cóż Mości Towarzyszu, nie mówiłem?

Doręba.

Nie wiem czy się śmiać, czy gniewać.

Makary.

Jak jedno, tak drugie mało pomoże.

Doręba.

Pst!

Kasia (wchodząc ostrożnie, koszyk i butelka w ręku).

Stryjaszka nie ma, stryjanka śpi.

Makary.

Ach panno Katarzyno! aniele stróżu z koszykiem i butelką!

Doręba.

Cicho!

(Kasia przegląda — palec na ustach).
Makary.

Ach prędzéj, złota panno Katarzyno! nie ma nikogo, jeszczem w gębie nic nie miał. (Chce schodzić, Kasia się zbliża, wtem Grzegotka wbiega).





SCENA XI.
Ciż sami, Grzegotka.
(Doręba i Makary mówią na stronie przez całą scenę).
Grzegotka.

Na wiekim zapomniał... a! Kasia! kochana Kasia!

Makary.

Bodajżeś pękł!

Grzegotka.

Szczęśliwe spotkanie.

Kasia (na stronie).

Dla Boga! co ja pocznę.

Grzegotka.

Gdzieżto niesiesz tę buteleczkę? (Odbiera).

Makary.

Otóż macie!

Kasia.

Ja chciałam... ja chciałam...

Grzegotka (zaglądając w koszyk).

I żywność!

Kasia.

Właśnie miałam... miałam...

Grzegotka.

Dla kogożto?

Kasia.
To jest... dla kogo?
Grzegotka.

Dla kogoż trudzą się te rączki? (Całuje rękę).

Doręba.

Makary! co on myśli?

Makary.

Cierpliwości trochę, Mości Towarzyszu.

Kasia.

Usłyszałam głos Waszeci i myślałam, żeś może jeszcze nie śniadał.

Makary.

Masz teraz.

Doręba.

Cierpliwości trochę, Mości Makary.

Grzegotka (odbierając koszyk).

Dziękuję ci, gwiazdeczko moja; poznałaś mój głos, jak gołębiczka turkotanie swojego wiernego gołąbka.

Doręba.

Makary! nie wytrzymam.

Makary.

Ciszéj, Mości Towarzyszu.

Grzegotka (stawiając kosz).

Bryndza.

Makary.

Bryndza, Mości Towarzyszu.

Doręba.
Cicho.
Grzegotka.

Wyborna.

Makary.

Wyborna, wyborna Mości Towarzyszu!

Doręba.

Bądźże cierpliwy.

Grzegotka.

Ach, gdyby do tego śniadania jeszcze całusek. — Ale ja tylko proszę.

Kasia.

Daremnie.

Doręba (biorąc za kord).

Makary, ja go palnę!

Makary.

Bądź Waszmość cierpliwy.

Grzegotka.

I szynka.

Makary (chwytając za kord).

Szynka! Ech nie wytrzymam!

Doręba.

Ani się rusz!

(Kasia zbliża się i patrzy z wielką uwagą przez okno).
Grzegotka (jedząc przy stole).
Niedobrém okiem na mnie patrzysz, Kasiuniu. — Wiem ja co się świeci. Pan Jan Doręba jeszcze w myśli — pustak lepiéj się podobał — ale już teraz pewnie gdzieś kozy pasie Tatarom.
Doręba.

Poczekaj!

Makary.

Ach szynka!

Grzegotka.

Cóż tam widzisz? (po krótkiém milczeniu). Cóż się tak przypatrujesz? (po krótkiém milczeniu). Cóż się dzieje?

Kasia.

Nic, nic. (Patrzy z uwagą).

Grzegotka.

Ale przecie?

Kasia.

Ach! ach!

Grzegotka (zrywając się).

Co? co? co widzisz? (wyglądając) gdzie? co? kto?

Kasia (odchodząc od okna).

Nic, nic.

Grzegotka (chodząc za nią).

Ale cóż się stało? proszę cię, powiedz, co się stało?

Kasia.

Nic, nic.

Grzegotka (biegając od okna do Kasi).

Czy kto przyjechał? czy się bił? powiedz — czy wpadł w wodę? czy końmi roztratowany?

Kasia.
Nic, nic.
Grzegotka.

Ale czegoż tak patrzałaś?

Kasia.

Tam na moście...

Grzegotka.

Co, co na moście?

Kasia.

Ktoś...

Grzegotka.

Cóż ktoś?

Kasia.

Ja nie wiem...

Grzegotka.

Ale cóż widziałaś?

Kasia.

Za daleko...

Grzegotka.

Ale przecie?

Kasia.

Zdaje mi się...

Grzegotka.

Na moście? na moście?

Kasia.

Na moście.

Grzegotka.
Prędzej sam zobaczę, niż się dowiem od ciebie. (Wybiega).
Kasia.

Biegaj, biegaj! wiele się dowiesz. (śmieje się). Tak to zwodzą... nie powiem kogo. (Doręba i Makary schodzą).





SCENA XII.
Kasia, Doręba, Makary.
Makary.

Do ataku, Mości Towarzyszu.

Kasia.

Co czynicie?

Makary.

Proszę zacząć, ja skończę.

Doręba.

Jedz, pij, daj mi pokój. — Kasiu, co to znaczy ten Filip Grzegotka?

Kasia.

Co znaczy?

Doręba.

On ciebie kocha.

Kasia.

Na moje nieszczęście.

Doręba.
Ja mu kark skręcę.
Makary.

Fiat!

Kasia.

Niewielkaby szkoda była.

Doręba.

Cóż stryj na to?

Kasia.

Stryj go nie lubi, ale...

Doręba.

Ale?

Kasia.

Ale stryjanka.

Makary.

Tu sęk!

Doręba.

Ta zawsze mi na zawadzie.

Kasia.

Z pewnością jeszcze nie wiem, ale zdaje mi się że się z sobą rozumieją. On jest nieodstępny, zawsze nadskakuje, wszystkiemu potakuje, a pochlebia co słowo; ona zato żadnéj sposobności nie opuści sprowadzenia nas sam na sam.

Doręba.

Krew mi się burzy! ten hultaj ośmiela się ciebie kochać.

Makary.
Wara mu! bo nos niepewny.
Kasia.

Nie lękaj się; wszystkie jego zabiegi daremne, bo nietylko kochać umiem, ale i utrzymać się przy swojém potrafię.

Doręba.

Ale stryj, stryjanka.

Kasia.

Dam sobie radę, spuść się na mnie. I com ci przyrzekła, powtarzam: będę twoją, albo niczyją.

Doręba.

Kochana Kasiu!

Kasia.

Prawdziwam Polka! nie chcę innego męża, jak przy szabli.

Makary (jedząc).

Dobrze, panno Katarzyno.

Doręba.

Trzeba jednak chwycić jakie przedsięwzięcie.

Kasia.

Mnie się zdaje, czekać jeszcze.

Doręba.

Terażniejszy stan rzeczy długo trwać nie może.

Jednak, jeżeli wszystko swojemu biegowi zostawimy, ja będę musiał oddalić się ztąd, a ty tysiąc doznasz przykrości od stryja, stryjanki, Grzegotki i całéj rzeczypospolitej.
Kasia.

Cóż robić?

Makary (pijąc).

Atakować.

Doręba.

Będę mówić z twoim stryjem.

Kasia.

On ci się przestraszy.

Doręba.

Będę się starał przez niego i innych pobudzić i dodać odwagi do zrzucenia nowoprzyjętego jarzma.

Kasia.

Trudno będzie.

Doręba.

Chciałbym tylko znaleźć sposobność z nim mówienia.

Kasia.

Jeno go nie widać.

Doręba.

Tu go więc na przesmyku czekać będę.

Kasia.

Nie trzeba jednak aby nas razem zastał.

Doręba.

Poglądaj tam, Makary.

Makary.
Zaraz idę, (idzie ku drzwiom z koszykiem i butelką) ale nie sam.
Doręba.

Słyszałem rozmowę stryjów twoich z Błażejem; ich nieukontentowanie jest jawne.

Kasia.

Jak i bojaźń.

Doręba.

Spodziewam się jednak, że nie będzie mi trudno dawny przywrócić porządek.

Kasia.

Co najgorzéj, że i dawniéj stryjaszek był ci przeciwnym.

Doręba.

Ona najbardziéj. Ale inne czasy, inni i my. Bądź dobréj myśli i stałéj woli, a szczęście nasze niezawodnie spełnioném zostanie.

Makary.

Idzie, idzie!

Doręba (do Kasi).

Miej oko na stryjankę.

Kasia.

Spuść się na mnie. (Odchodzi).

Doręba.

Ty Makary, usuń się na stronę, a jak wnijdzie zostań na czatach.

Makary.
Rozumiem.
Doręba (do siebie).

Niewiele się dorobiłem odwagą, zobaczę co mi wymowa przyniesie. Co lepiej w świecie popłaca, język czy szabla, teraz się przekonam.





SCENA XIII.
Tobiasz, Doręba.
(Makary w ciągu sceny pokazuje się czasem we drzwiach).
Tobiasz.

Wszelki duch chwali pana Boga!

Doręba.

Witam Waszeci.

Tobiasz.

Co ja widzę!

Doręba.

Dobrego przyjaciela.

Tobiasz.

Pan Doręba.

Doręba.

On sam.

Tobiasz (oglądając się).
Aj źle, bieda będzie.
Doręba.

Jejmość śpi.

Tobiasz.

Śpi pewnie?

Doręba.

Tu ją słychać.

Tobiasz.

Cóż Waszmość tu robisz?

Doręba.

Wracam do domu.

Tobiasz.

Ale tu nie dom.

Doręba.

Chciałbym, żeby tu był.

Tobiasz.

Stara piosnka.

Doręba.

Waszeć mi nie bardzo sprzyjasz, panie burmistrzu.

Tobiasz.

Jako na synowca, wcale nie.

Doręba.

Kocham Kasię.

Tobiasz.

Niepotrzebnie.

Doręba.
Ona mi źle nie życzy.
Tobiasz.

Tém gorzej!

Doręba.

Jestem szlachcic.

Tobiasz.

Herbu golec.

Doręba.

Jednak wystąpiłem z szeregowcem na usługi Rzeczypospolitéj.

Tobiasz.

Szeregowiec na Tatary, na dziewczęta intrata.

Doręba.

Mój ojciec ma własną cząstkę w Szlacheckiéj Woli pod Sandomierzem.

Tobiasz.

A Waszmość cząstkę téj cząstki; szkoda tylko, że mała cząstka małej cząstki równa się nuli.

Doręba.

Za cóż mnie, panie Tobiaszu, tak ostro przyjmujecie?

Tobiasz.

Bo chciałbym, żebyście sobie już poszli; zwłaszcza, że moje myśli dawno znacie.

Doręba.
Kiedym otrzymał niepomyślną waszą odpowiedź, byłem jeszcze młokos.
Tobiasz.

Prawda.

Doręba.

Trzpiot.

Tobiasz.

Jakich mało.

Doręba.

Niestatek.

Tobiasz.

Gdzie bójka, hulanka, Waszmość pierwszy, a zaraz do korda: dotychczas jeszcze organista bez ucha chodzi.

Doręba.

Ależ teraz już nie jestem ów Jaś pędziwicher; służyłem mojemu krajowi, byłem Towarzyszem pancernéj chorągwi. Nikt mi nie powie, żem próżniak nieużyty. Biłem się jak dobry Polak, i śmiało sobie teraz wąsa pokręcić mogę.

Tobiasz.

Hm! (przypatrzywszy się). Aleś mi urósł i zmężniał, panie Janie. — Ba! i krésa.

Doręba.

Drapnięcie.

Tobiasz.

Ej, toż Waszmość musiał gdzieś niepomału macnąć tego kotka, co tak drapnął.

Doręba.
Nieźle, Bóg pobłogosławił szabli mojéj.
Tobiasz.

Powiesz mi jak się to stało.

Doręba.

Z duszy, serca. Waszeć mnie zrozumiesz; byłeś przecie pode Lwowem.

Tobiasz.

He, pode Lwowem, ba, ba, ba! Jakeśmy przyszli z Jabłonowskim, Wielkim Hetmanem koronnym, to było na co patrzeć. Jak to Waszmość wiesz?

Doręba.

Któżby o tém nie wiedział!

Tobiasz.

Oj zalaliżeśmy, zalali wtedy Tatarom nietrochę gorącego sadła za skórę! Mój mocny Boże! jak to drapało! a my tuż tuż za nimi — tuż tuż — Ej! Ha!

Doręba (zatrzymując go).

Jejmość!...

Tobiasz.

Jejmość? strach...

Doręba. (zatrzymując go).

Ja tylko przestrzegam, aby nie usłyszała.

Tobiasz.

Dobrze mówicie. — Oj! czasy! czasy!

Doręba.
I jakże? wojskowy wojskowemu odmówi pomocy, nie chce go uszczęśliwić, kiedy to od niego zależy?
Tobiasz.

Ach serdeńko! niekoniecznie odemnie, trzeba się i żony poradzić.

Doręba.

No, poradzić się można, ale na swojém utrzymać.

Tobiasz.

Ach, kiedyżto trudno.

Doręba.

Co tu trudnego?

Tobiasz.

Niezawszebo mnie słucha.

Doręba.

Niezawsze?

Tobiasz.

Ba, nawet i nigdy.

Doręba.

To się jéj nie pytać.

Tobiasz.

Ale jak ona się spyta?

Doręba.

To nie odpowiedzieć.

Tobiasz.

A jak — każe?

Doręba.
Nie słuchać.
Tobiasz.

Ach serdeńko! tu inaczej rzeczy idą.

Doręba.

A dobrze idą?

Tobiasz.

Pst, pst... bój się Boga człowieku, zgubisz nas obydwóch.

Doręba.

Między nami, po cichu, powiedz Waszeć, dobrze tu się dzieje?

Tobiasz.

Diaska tam dobrze, tylko cicho, dla Boga, cicho...

Doręba.

Kiedy więc źle, trzeba starać się złemu zaradzić.

Tobiasz.

Ale jak? jak?

Doręba.

Jabym wiedział.

Tobiasz.

Doprawdy? powiedzże mi do ucha: święty Antoni ci to stokrotnie nagrodzi.

Doręba.

Ale pod warunkiem.

Tobiasz.

Naprzykład?

Doręba.
Że mi Kasię dacie.
Tobiasz.

No, wiesz co Waszmość: jak nas od spodnic, kądzieli, drutów, wszystkich tych plag Boskich uwolnisz, a ja znowu Burmistrzem będę, Kasia twoją.

Doręba.

Słowo?

Tobiasz.

Verbum.

Doręba.

Teraz możesz Waszeć oznajmić znaczniejszym mieszczanom, że tu jestem w celu ich oswobodzenia.

Tobiasz.

A jak mnie który wyda? będzież mi będzie!

Doręba.

Każdy pewnie tego pragnie.

Tobiasz.

Jak ryba wody.

Doręba.

O godzinie więc, w której waszych żon w domu nie ma, niech się tu wszyscy zejdą, przez ogród tajemnie.

Tobiasz.

Niech i tak będzie.

Doręba.

Jak tu będą, ja przyjdę.

Tobiasz.

Zkąd?

Doręba.

z téj izdebki.

Tobiasz.
Aj, dla Boga! nie, tam sama Imość bywa.
Doręba.

Skryj mnie więc gdzieindziej.

Tobiasz.

Zamknę Waszmości w spiżarni, tam jéj noga nie postanie, tam moje panowanie.

Doręba.

Gdziekolwiek.

Tobiasz (cicho).

Jest tam i miodek.

Doręba.

Miodek?

Tobiasz (potakując głową).

Ale sza! (wchodzi przed Dorębą do bocznych drzwi, za którym na znak tegoż, Makary).

Makary.

Gwałtu, co się dzieje!...






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Fredro.