Bobo (opowiadanie)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Janusz Korczak
Tytuł Bobo
Podtytuł (Studjum — powiastka)
Pochodzenie Bobo
Data wydania 1914
Wydawnictwo G. Centnerszwer i Ska.
Druk Drukarnia Naukowa
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
Bobo.
(Studjum — powiastka).

Bobo jest już stare: ma dwa dolne i cztery górne zęby, waży dwadzieścia trzy funty — i jest zdaniem matki, najmądrzejszem z bobów całego świata. Ojciec twierdzi, że bobo jest głupie, jak but.
Matka jest tak dumna, jakgdyby bobo było jej własnym, nikomu uprzednio nieznanym wynalazkiem, który należy opatentować, opatrzyć numerem, i oddać dla dalszej eksploatacji amerykańskiemu konsorcjum kapitalistów. Miewały wprawdzie kobiety bobów; ale to jest zupełnie inne, znakomicie ulepszone, nie dające się naśladować i niepodobne do żadnego z istniejących bobów świata...
Bobo siedzi na kolanach ojca, ciągnie go za brodę, stara się pochwycić czytaną przez niego gazetę.
— Nie przeszkadzaj, — mruczy ojciec, zmiatając bobowe ręce z gazety.
Bobo przechyla głowę i przygląda się ojcu ciekawie:
— Dobry cień nieruchomo pochylony nad plamą koloru mleka, — co robi dobry cień?
Bobo się dziwi szeroko otwartemi oczami, lekko uchylonemi ustami i powolnym, zrównoważonym oddechem.
— Powiedz mi bobo, — zapytuje wreszcie ojciec, odkładając gazetę, — jaki jest twój pogląd na dzisiejszy układ stosunków politycznych?
Bobo pociąga za sznurek ojcowskich binokli i odpowiedziawszy: „grr... mff... waua“ — podskakuje z wielkiej uciechy.
— Ach bobo, bobo, — mówi ojciec z żalem, — ty o polityce nie masz najmniejszego wyobrażenia.
Bobo zaś, ściągnąwszy binokle, podnosi do góry rękę, i mówi tonem zdobywcy:
— O-o-o-o!
A matka zwraca się do ojca:
— Rzuć że ten wstrętny papieros, bo dziecko poparzysz.
— Ach bobo, bobo, — ciągnie gorzko ojciec — ty jesteś wielki, wielki cymbał.
Tu bobo zaczęło mruczeć i przeszło z rąk ojca do matki.
— Biedny bobuś, — żali się matka, — od cymbałów mu wymyślają, ubliżają bobasiowi, znieważają; nikt bobasia nie szanuje.
Bobo nos kułakiem wyciera.
— Biedny bobaś, nosek go swędzi. Tata w nos nadymił. Powiedz: „be tata“, — pogroź mu na nosku.
Tu bobo mruknęło po raz drugi, tym razem już energiczniej — i matka wybiegła z nim śpiesznie do sąsiedniego pokoju.
Tak, tak, — bobo jest stare.
Małe bobo o sześciu zębach i dwudziestu trzech funtach wagi przeżyło już tak wiele, że przeszłość jego może stanowić temat do wielotomowej powieści.
Wielotomowej powieści o bobie nikt nie chciałby czytać. — Niechby nie czytali? Ale powieści też nikt nie chciałby drukować.
Postanowiłem o bobie napisać tylko powiastkę.
Przyćmij lampę i czytaj powoli cichym szeptem, — bo mówić będę o tajemniczym i dziwów pełnym przedhistorycznym prastarym okresie życia bobowego.

∗             ∗

Tak było już. Tak było, gdy Bóg dzielił światło od ciemności i zawieszał gwiazdy, każdą na swem miejscu i wiązał je niewidzialnemi nićmi wzajemnego ciążenia. Tak było, gdy światy rodziły się z chaosu.
Jeszcze się światy nie rodziły; istniała dopiero myśl ich stworzenia, czy też — myśli nawet nie było.
Błąkały się barwy i dźwięki, siły cieniami się ledwie znaczyły, — i dymem nikłym snuły uczucia, bezładnie pomieszane i rozproszone. A każdy ich okruch, krzyżując się, a obojętnie mijając z podobnym lub obcym sobie, żył sam dla siebie.
Nie, nie żył jeszcze, bo nie było życia, nie błąkał się, bo ruchu nie było. Toż nie było jeszcze przestrzeni ani czasu. Chwila równała się stuleciom, kilometr kurczył się, rozpadał, rozrastał w kilometrów setki i tysiące.
Nie było nic, jedna tylko istniałaby przyszłość, gdyby było pytanie albo przeczucie przyszłości.
A jednak...
Rozlegnie się mocny głos, który rozkaże rozproszonym atomom łączyć się i społem budować, wyrzekając się siebie. I będzie błyskawica i kropla dżdżu i misterny kryształ, — będzie bardzo dziwne: życie.
Czy i to już jest życiem, co rozproszonym atomom nie pozwala mijać się obojętnie, a wedle praw każe im się łączyć w mikrokonstelacje światów, które tylko przenikliwa myśl ludzka zamieszkiwać zdolna?
Będzie życie roślin od nikłej nici białej pleśni; a dęby rzucać będą ziarna, by z nich wyrośli synowie, gdy ciała ojców spróchnieją lub rozstrzaska konary ich piorun.
Będzie życie.
Będzie człowiek, który zapragnie odgadnąć tajemnicę życia, — człowiek — dziwny twór.
Będzie...
Tymczasem pełna nieprzeczuwanych tajemnic a cudów mistyczna noc.
Będzie...
Bobo w błyskawicy poczęcia jest już wielkim cudem.
„Bobem“ nazywam niemowlę, o którem piszę powiastkę.

∗             ∗

Mówią, że boba niema jeszcze, że dopiero przyjdzie. Bobo nie figuruje w żadnej książce żadnej parafji, żadnego cyrkułu, nikt go nie widział, ani matka nawet, — dopiero oczekują, a ono już dawno było i jest.
Już serce jego rozpoczęło pracę, która się nigdy nie skończy, którą serce boba przekaże sercu bobowego syna, wnuka i prawnuka, jak ją bobowemu przekazało serce dziada i pradziada.
Mówicie, że bobo którego jeszcze niema, liczy ileś tygodni czy miesięcy życia. Macie słuszność, a mylicie się. Ono jest samo dla siebie, nie zna waszego zegara ani kalendarza, — bobo było zawsze i jest.
Nietylko dlatego się mylicie.
Bobo nie ileś tam warunkowych miesięcy ludzkich żyje. Ono żyło już, rozproszone, zawieszone miljardem pyłów po szerokim świecie — wówczas, gdy rozlegał się okrzyk: „zwalić Bastylję,“ — żyło, gdy lud szeroką falą płynął, by niewiernemu odebrać grób pokalany Chrystusa; gdy wieńczono laurem skroń Sofoklesa; gdy batogami smagani niewolnicy wznosili dumne grobowce faraonów, żyło jeszcze i jeszcze dawniej, gdy miało dziesięć tysięcy lat czekać na swe urodzenie.
Bobo żyło w mięśniu niedźwiedzia na dalekiej północy i w liściu wiecznie zielonej palmy upalnego południa.
Hej, co podróży odbyło bobo, zanim poraz pierwszy serce jego uderzyło.
Bobo było już dawno, najdawniej, — żyło w plazmie leniwej ameby, istniało już w chaosie, z którego Bóg tworzył gwiazdy, rozwieszał je po niebie i umacniał niewidzialnemi nićmi wzajemnej zależności, — układał gwiazdy w społeczeństwa gwiazd.
— Tik tak, — tik tak, — bije serce boba.
Głuchy, cichy, monotonny szmer — i długi bez końca gościniec myśli...
Dla oczekiwanego boba szykują pieluszki.

∗             ∗

Bobo poczuło dotkliwy ból, doznało wielkiego przerażenia. Ból boba nie był naszym bólem świadomym, dojrzałym, doświadczonym, siwym, bólem ojcem i bratem. To pierwszy taki wielki ból.
Bobo doznało ciężkiego uczucia, podobnego do tych, gdy w śnie zmorowym nagle jęczeć poczynasz; budzi cię mąż, matka lub żona i zapytuje: „czemu jęczałeś?“ — a ty odpowiadasz: „nie jęczałem wcale“ lub: „nie pamiętam, — nie wiem.“
Gdy człowieka wśród czarnej nocy obca ręka chwyci za gardło, w obłędzie zduszenia niema obrazu pod powiekami, jest tylko czarny zdławiony krzyk w piersi.
Takim jest pierwszy oddech boba, taką jest ta jedna chwila, — jedna, jak śmierć. Kapłan — ból poślubia małą istotę ludzką z życiem.
Bobo chwyciło płucami zimne powietrze i drżąc poczyna żyć samodzielnie, na własną odpowiedzialność. Połóż palec na ustach i milcz, bo widzisz cud. Staraj się czynić jaknajmniej, bo nie wiesz, bo nie rozumiesz — rzucisz w myśl swą jedną wątpliwość, a wyrośnie gęsty las pytań bez odpowiedzi i zagadnień. Bobowi zimno, bobowi straszno, — źle...
Już gotują rumianki, już niosą z apteki — proszek troisty, a ciocia pyta się przez telefon:
— Chłopiec czy dziewczynka?...

∗             ∗

Bobo ma dwa sny: jeden czarny i martwy, gdy nie dzieje się nic, drugi brunatny i cichy, gdy dzieje się coś...
Noc głęboka, daleko do świtu. Leżysz z otwartemi oczami i patrzysz. W sypialni twej są wszystkie przedmioty, ale do świtu, gdy wynurzać się poczną z topieli mroków, daleko...
Stoisz nad świeżo obsianą skibą. Jeszcze łuska ziarna nie nabrzmiała, ale i w ziarnie i w ziemi stało się wiele cudów, i wiele ich jeszcze będzie, zanim pierwszy zielony haczyk kiełka się pokaże...
Bobo ma pod czaszką, w mózgu — dziwne motyle, utkane z misternej przędzy, po której sunąć będą barwne obrazy, przenosząc się od stacji do stacji, splatając w rodziny i narody obrazów — myśli. Jeszcze przy przewodnikach i łącznikach niema kierowników, — bobo koi rany walki o życie w godzinie urodzenia, i śpiąc gotuje się do długiej, zaciętej walki o rozwiązanie otaczających je tajemnic, skąd płynie dobro i zło.
Brunatny sen bobowego czuwania jest dwojaki: jeden, gdy dzieje się coś brutalnie i źle, drugi — gdy łagodnie i mile. I bobo leży cicho lub krzyczy. Nie płacze, bo niema jeszcze łez.

∗             ∗

Matka nachyliła się nad poduszką boba, już szuka w niem myśli rozumnej.
— Spojrz bobuś na matkę.
Bobo zwraca łysy łeb w stronę ust matki i poczyna ssać, szukając wargami piersi. — Bobo poczuło ciepło mowy matczynej, chce pić ustami miłość macierzyńską.
Innym razem, później nieco, padł na poduszkę ciepły strumień promieni słońca. Bobo poczęło szukać go i poruszać wargami, chciało pochwycić pierś słońca, chciało pić słońce.
Innym razem, znacznie później, gdy piastunka zanuciła kołysankę, bobo chciało ssać pieśń.
A matka już dziś szuka w niem myśli rozumnej...
Bobo nic jeszcze nie umie, nawet ssać nie umie: to śpieszy się, to śsie leniwie i sennie; zrobi pauzę długą, to poruszy głową niezgrabnie i pierś zgubi, i gniewa się, i boleje.
Tak niewprawnemu rzemieślnikowi wypadają z ręki narzędzia pracy, tak młodzian na pierwszym balu niezręcznie wymija pary, tak wreszcie niedoświadczony poeta z mozołem rymy dobiera.
Bobo ręką poruszyło, wyprężyło się, drgnęło — ma zdolność ruchów, niema w nich myśli.
Ale umie bobo trawić spożyty pokarm, wzrastać jego ceną, umie więcej, niż najmisterniejsza maszyna, cud ręką ludzką stworzony — i mniej znacznie, niż pisklę, które, ledwo wykluwszy się z jajka, biegnie za matką i już dziobie ziarno; mniej niż drobny owad, sunący rozważnie po listku leśnej rośliny.

∗             ∗

Bobo leży w swym wózku syte, suche, zadowolone, — ogarnia je cicha drzemota. Bobo mruży powieki, unosi je z mozołem, marszcząc czoło i krzywiąc usta. Oczy boba zwracają się bezładnie w różne strony, nie umie patrzeć.
Bobo zwalcza ogarniającą je senność, jak przewodniczący nudnego zebrania, które się nad miarę przeciąga. A dokoła szmery, tony, szepty, dźwięki; a dokoła blaski, cienie, błyski, plamy, mgła dźwięków i mgła barw.
I stała się nagle rzecz nadzwyczajna. Gałki oczne boba tak się przypadkowo ustawiły, że bobo przejrzało.
Widzi.
Szary świt narysował pierwsze niejasne kreski pysznego obrazu. Bobo zdziwiło się, ucieszyło, spłoszyło i zapragnęło wiedzieć.
Niegdyś, dawno bardzo, człowiek przez pierwszy niezgrabnie zbudowany teleskop posłał pytań pełne, a już dumne, już mniej korne spojrzenie ku gwiazdom. Przeżył chwilę ekstazy i wieki zawodów, walk, goryczy.
Pierwsze świadome: pragnę wiedzieć, pierwsze rozumne spojrzenie, pierwszy ból z powodu utraty tego, co posiadało, co nie było pokarmem, a jednak potrzebne, by żyć.
Bobo znów nie widzi, znów noc. I płakać zaczęło; a matka przywołała piastunkę, bo sądziła, że głodne.
Omyliła się: był to pierwszy płacz boba, nie że głodne, nie że pielucha zwinęła się w fałdę, a że utraciło nieznany świat, krzyk niecierpliwości, upadku po momencie dumnego wzlotu. Było piękne, a znikło — i niema. Krzyk, protest przeciw niemocy ducha.
Ale bobo poczęło ssać chciwie, głusząc ból duchowy, żal serdeczny po utraconym wątku cennej idei, popełniło tę samą omyłkę, co matka.

∗             ∗

Nachyliła się ciocia nad wózkiem, wzrok jej spotkał się z poważnem, badawczem spojrzeniem boba.
— Śliczna dziecina, — mówi ciocia do matki, — krój ust ma twój, a oczy twojego męża.
Nachyliła się bardziej jeszcze, pocałowała bobo.
A ono drgnęło przestraszone.
Ciocia zawstydziła się pocałunku i strachu bobowego.
— Biedne maleństwo — mówi ciocia, — twój umysł śpi jeszcze.
Umysł boba śpi?
Ależ żaden umysł ludzki w żadnym życia okresie nie czuwa tak czujnie, jak umysł bobowy. Gdyby umysł ludzki zawsze tak spał, miałby myśl niebosiężną, wszechświat zbladłby o swe tajemnice.
Umysł boba pracuje w ciszy o strasznej sile; a dziś niepodobne w nim do dnia wczorajszego.
Gdy staniesz w budynku maszyn na wszechświatowej wystawie, drżenie, huk i zawrotny bieg kół dech ci zapiera w piersi; a czemże to w porównaniu z pracą miljonów motorów, kół i transmisji mózgu bobowego!
Bobo patrzy i myśli, myśli najbardziej tajemniczą i najżywszą mową, bez wyrazów, — mową obrazów i ułamków obrazów, wspólną dla wszystkich bobów całego świata i wszystkich tworów żywych. Ono gromadzi i szereguje obrazy, zaludnia stacje duchowego telegrafu, tworzy materjał do pysznej budowli symbolicznej mowy ludzkiej, w której każdy obraz ma swój własny dźwięk i swą własną duszę, dobrą lub złą, ukochaną lub nienawistną.
Bobo smuci się, cieszy, dziwi, lęka, pyta się i pragnie. Bobo wiąże już nikłe wspomnienia z przed godziny ze snem dnia wczorajszego i splata ich tkaninę z nocą, gdy Bóg zawieszał gwiazdy na firmamencie. Bobo błyskawicą przebiega stulecia i tysiącolecia rozwoju myśli ludzkiej. Niezadługo prześcignie najzmyślniejsze zwierzę i chwiejne fizycznie, bezradne życiowo, umysłem bratać się pocznie z gienjuszem rodu ludzkiego.

∗             ∗

Porozmawiamy, bobo.
Słońce pada na twą głowinę drobną, wdzięczną.
Wzrok twój mówi, że jesteś już człowiekiem.
Biedne, jak mi cię żal.
Bo niema większego nieszczęścia, niż urodzić się człowiekiem.
Czemu, jeśli musiałoś zbudzić się do życia, nie zostałoś kwiatem?
Czemu nie zrodziłoś się motylem?
Czemu nie pisklęciem leśnej śpiewaczki?
Im wyżej, tem smutniej...
Ludzie pragną wiedzieć.
Bobo, ile bólu w poszukiwaniu przyczyn, celów, drożyn, dróg.
Ile bólu...
Czy wierzysz bobo, że niegdyś?... Albo nie, czy sądzisz, że kiedyś?
Nie, nie.
Już nic — nic więcej nie powiem...
Marszczysz czoło?
Nie płacz, bobo. Przyjdą małe krzywdy, nie warto płakać. Przyjdą wielkie krzywdy, zapomniałeś płakać.
A pokolenia płyną — płyną...
Uśmiechasz się bobo, nie wierzysz? Masz słuszność. Tę drogę przejść trzeba samemu, nikomu nie należy wierzyć.
Masz słuszność...

∗             ∗

Bobo zawieszone w przestrzeni, jak gwiazda. Bobo samo dla siebie nie istnieje przecież; zadrapie się własnym ostrym pazurkiem i krzyczy. Ręce, nogi, głowa boba, to dalekie lądy jego świadomości, odkrycia odległej przyszłości.
Istnieje tylko drobna iskierka bobowej myśli, iskra mocna, jak zawiązek pożaru.
Bobo ma oczy szeroko otwarte, wodzi niemi i bada otaczające cienie. Nie dostrzega plam nieruchomych, ale są, które zmieniają kształt, jak chmury.
Bobo jest gwiazdą, która bada zmienne kształty chmur.
Leży nawznak, a dokoła cienie: matka, piastunka — ciemne plamy na jasnem tle, unoszą się w przestrzeni gdzieś powyżej, poniżej, i giną w górze.
(Bobo będzie musiało, siedząc na ręce, przebudować pracowicie stworzony światopogląd).
Istnieją myśli, uczucia boba — bez porównań, bo bez wspomnień. Istnieje badawcza myśl.
Dokoła poruszają się chmury. Z powodzi chmur bobo wyodrębniło pamięcią jedną:
Cień, który najczęściej się ukazuje.
Cień, który nie zmienia kształtów, nie rozrasta się tak, że go nie ogarniesz wzrokiem.
Cień, za którym można wodzić oczami, bo nie znika nagle, jak wszystkie inne.
Cień blizki, bratni, który go nie opuszcza, z którym bobo czuje się mniej samotne, — pierwszy nauczyciel boba: — własne jego ręce.
Jak myśliwy, zanim pocznie strzelać do odległej zwierzyny, uczy się celować do uwieszonej na sznurku butelki, tak bobo celuje wzrokiem, uczy się chwytać w ruchu — własne swoje ręce.
Bobo w ciszy odbywa długie i mozolne studja: uczy się patrzeć, uczy się pamiętać, uczy się poznawać.

Nie wolno bobowi rąk krępować, bo mu one potrzebne.
∗             ∗

Mijają wieki, wiele stuleci.
Mówię: wiele stuleci, bo godziny bobowego czuwania, przeplatane godzinami snu, chwile wesołych uśmiechów i uniesień gniewu, rozpamiętywań cichych i burzliwych rozpaczy, — godziny i chwile, które na tarczy zegara znaczą się blizkiemi znakami, są dla boba okresami bez porównań, bez ściśle ustalonych w czasie wspomnień, nieskończenie długimi, zatartymi na szarej tablicy jego świadomości.
Wczorajsze wrażenie przeżywa bobo dziś we wspomnieniu mglistym obrazem, jak stuletni starzec — pierwsze lata dziecięctwa.
Minęło wiele stuleci, zanim bobo poczęło poznawać cienie dobre i złe.
Dwa dobre cienie, które bobo już zna, dwie jego ręce.
Dobry cień, to pierś piastunki: wielka chmura zakrywa cały horyzont, daje ciepło i koi głód.
Kiedy się budzi, leży cicho, patrzy ciekawie, wsłuchuje się czujnie, zwraca głowę w stronę każdego szmeru i każdej błyskawicy blasku.
Kiedy płacze, pokazują mu błyszczące przedmioty, — grzechoczą, pukają, huśtają — i bobo znużone czuje się jak podróżny, który po wielu nieprzespanych nocach wpadł do kabaretu z obfitym, ciekawym programem i hałaśliwem towarzystwem: chciałoby się patrzeć i słuchać, a oczy ciężą ołowiem, a obrazy płyną po powierzchni świadomości, jak szare chmury o zmierzchu.

∗             ∗

Zapal dużo świateł i czytaj głośno, radośnie, tryumfująco...
Bobo jest już człowiekiem...
A stało się tak szybko i samorodnie.


Kto zbudził w bobie myśl, trzepocącą skrzydłami w pierwszym locie ponad łąką życia, barwną, gwarną, zasłuchaną w pieśń blasków wschodzącego słońca!
Myśli bobowa, jesteś jak zdroju powierzchnia, lekkim wiatrem mącona, drżąca obrazami pochylonych nad tobą serdecznych postaci.
Tyle gwiazd na niebie, przybyła jeszcze jedna.
Tyle drzew w borze, jeszcze jedna krzewina wykluła się z ziarna.
W chór ptactwa leśnego wplótł się jeszcze jeden maleńki naiwny głos śpiewaka...
Natura nie zna spoczynku, pchnięta do pracy potęgą niewidzialnej dłoni. Cudownie wyrzeźbiła małego człowieka mocą twórczego natchnienia. Natchnienie natury ma rozmach tytana i sumienność świętą. Ciśnie gromady gór w potwornym nieładzie, kroplami rosy obciosa każdy załamek, jeszcze mchem przystroi, którego źdźbło żyje i cieszy się i wierzy.
Dzieło sztuki, mozolny twór pracy ludzkiej, łudząc wzrok, kłamie naturę. Uderz młotem w rzeźbę, będziesz miał tylko gruzy, skorupy, garnek rozbity. Pokraj mikrotomem okruch pazurka, lśniącego na końcu różowego paluszka bobowego, zobaczysz pod drobnowidzem szereg nowych pięknych obrazów.
Gdyby w maleńkich nitkach bobowych żył nie płynęła krew, tocząc się przez rzeczki i rzeki do morza — serca, gdyby przez rzeki bobowych nerwów nie płynęły wrażenia do morza — mózgu, gdyby nie miało cudownej mocy wzrostu, byłoby jeszcze miljonkroć bardziej skończone, niż wszystkie dzieła martwej sztuki, rozwieszone w mrocznych salach cennego muzeum.
A ludzie zjeżdżają się z lądów świata, by je oglądać, — popękane, spłowiałe, mozolnie wypocone w długich godzinach poprawek i przeróbek, skatalogowane, zachwalane i opatrzone ceną rynkową.
Ty bobo, nie masz ceny.

∗             ∗

Bobo jest dzikim człowiekiem, który już to i owo przeczuwa z otaczającego je świata, tłomacząc naiwnie związek wzajemny tajemniczych zjawisk.
Gdy bobo dawniej jeszcze leżało cicho z oczami utkwionemi w przestrzeń, nie rozglądając się, nie płacząc, nie żądając — regestrowało wówczas nagromadzony w duszy materjał obrazów, wyodrębniając z pośród cichego szeptu słów prapradziadowej mowy dźwięczne wyrazy własnego, osobistego życia.
I oto, stokrotnie gubiąc i znów chwytając wątek rozpraszających się i skupiających, połowicznych, całkowitych, wyraźnych bądź szarych obrazów — skleciło sobie chateńkę biedną, skromny szałasik pierwotnego światopoglądu. Bobo nie ustanie w pracy, dalej gromadzić będzie kosztowne granity, olbrzymie belki i żelazne przęsła pod budowę wielkich pałaców myśli, a chateńka dzikiego człowieka tylko na dziś, na jutro, bo myśl musi gdzieś spocząć, mieć domek mały, gdzie składać będzie mozolnie ciułane zapasy. Dopiero znacznie później, gdy mu się już szczęścić pocznie, bobo–bogacz będzie odrazu łamało wielkie bryły marmuru; dziś zbiera pracowicie kamyczek do kamyczka, ziarenko piasku do ziarnka.
Bobo wierzy w istnienie złych i dobrych duchów, w niosące łaski lub zwiastujące klęski. Sądziło bobo, że wszystkie są jednako potężne, że wszystkie są widzialne, że niema nad niemi mocy. Teraz wie, że duch–ból jest niewidzialny i dobry duch–matka zwalczyć go nie umie, — wie, że istnieje zaklęcie, które przywołuje dobre duchy.
Zaklęciem tem jest krzyk boba. I teraz bobo krzyczy świadomie, celowo, by dobre duchy przywołać, by czujnie pełniły swą służbę.
Drzwi, poza któremi niknie piastunka, są niebem, które uśmiechnięte daje łaskę słońca, zagniewane milczy lub miota pioruny.
Jak człowiek pierwotny wsłuchiwał się w poszum lasu, szmer rzeki, wycie wichru, by rozkazy bogów wyczytać, tak bobo słucha uważnie i bada znaczenie wydobywanych przez dobre duchy dźwięków.
Bobo wsłuchuje się uważnie w swe długie monologi i stara się pochwycić związek między niemi i ruchem własnych rąk.
Bobo przestało być objektywnym obserwatorem, konstatującym obojętnie fakty, dziś pragnie zrozumieć, czy są one tworem złych czy dobrych duchów, przyjaciół czy wrogów.
Gdy matka w kapeluszu nachyliła się nad kołyską boba, przestraszyło się, widząc, że dobry duch zmienił swój kształt.
Widząc po raz pierwszy ruchliwą zabawkę, psa, kanarka w klatce, bobo, zanim nabierze zaufania, chce odgadnąć, czy dobry czy zły duch się zjawił, i bada wzrokiem matkę, — wzrokiem zdumienia, pytania.
Bobo ufa bezwzględnie swym dobrym duchom i wierzy w ich nieomylność.

∗             ∗

Było to odkrycie olbrzymie, nadzwyczajne, epokowe, decydujące. Bobo nabrało pewności, że dwa cienie — ręce jego, są bezwzględnie posłuszne bobowej woli.
Już strasznie dawno bobo podejrzewało, że dwa blizkie cienie, dwa ukochane duchy dobre, mają jakiś specjalny wielki sens, są inne niż wszystkie pozostałe. Było to wówczas zaledwie niejasne przeczucie doniosłej prawdy.
Od świętej ekstazy w momencie pierwszego skoordynowanego spojrzenia, gdy wśród ciemności i jasności ujrzało bobo szare kontury otaczającego je świata, był to drugi dopiero moment tak ważny.
Wszelkie wiekopomne odkrycia natchnienia, które jak błyskawica otwierają niespodzianie niebo świadomości, poprzedza długa, zmudna, mozolna praca, często wielu — wielu pokoleń.
Z szeregu faktów, w których coś się kryje, pozornie dziwnych, pozornie rozproszonych, od siebie niezależnych, przypadkowych, a jednak czemś związanych, a jednak mających jakąś u dna ukrytą wspólność, nagle rodzi się żywa oślepiająca synteza w najskrytszych komórkach mózgu. Zawiłe fakty cichym ruchem, niezależnym od woli i świadomości, układają się w szeregi i kolumny — i nagle powstaje nowy świat idei, taki logiczny i jasny, ze swemi słońcami, księżycami, plejadą cygańskich komet i drogą mleczną.

Bobo, które zaledwie dorównywa człowiekowi epoki kamiennej, już brata się z gienjuszami rodu ludzkiego.
∗             ∗

Kiedy dawniej dawano bobowi do ręki grzechotkę, chwytało ją mocno i przyglądało się ździwione, bo ręka — dobry cień, zmieniła swój kształt. Grzechotka wydawała dźwięki, i bobo dziwiło się, że milczący dobry duch wydaje dźwięki.
Kiedy grzechotka wypadła mu z ręki, bobo dziwiło się, że dobry duch powrócił do swego dawnego kształtu i zamilkł.
Badania trwały nieskończenie długo, rozwiązanie wielkiej tajemnicy było tak odległe...
Ssąc własną piąstkę, bobo raz w raz wyjmuje ją z ust, ogląda uważnie, marszczy brwi i tonie w skupieniu.
Chwyciwszy przedmiot, bobo niesie go do ust, znów ogląda uważnie, coraz bliższe prawdy, a jeszcze niepewne, jakgdyby zatrwożone śmiałością swej hypotezy.
Bobo dalekie jest jeszcze od zupełnej prawdy: nie wie, że jego ręce — to ono samo, ale wie, że są mu posłuszne, że niema potrzeby wywoływać ich zaklęciem krzyku, że są na jego rozkazy, zawsze obecne.
Bobo jest olśnione odkryciem, pieści się swą władzą, pierwszą własnością, — pierwszym stopniem do niezależności, wyzwolenia, mocy.
Aba, a, aa, ooo, — gaworzy bobo, kierując ręce to w tę — to w ową stronę, wodząc za niemi wzrokiem, już pewne, że się nie myli.
Ogarnia je znużenie po wielkim wysiłku.
Nagle matka uśmiechnięta pochyliła się nad niem. I bobo roześmiało się głośno, serdecznie. Matka przemawia najczulszemi wyrazami, a bobo to wyciąga do niej ręce, to kładzie je do ust i śsie i śmieje się.
Matka wyjęła mu rękę z ust, bobo przelękło się o losy swej nowej własności, krzyknęło głośno i boleśnie, zaprotestowało z taką siłą, że matka przybladła.

∗             ∗

Wszyscy uśmiechają się do boba.
Sądzę, że stary dąb, patrząc na śmieszny kształt małego dębczaka o drobnych listkach, uśmiecha się doń zielonemi konarami, a mały dębczak, bezpieczny, wesoły w cieniu ojcowskich konarów, szmerem cichym gaworzy do ojca. W wielkiem cielsku starego dębu, w korze i korzeniach jego, tyle już martwych komórek, w żyłach starego dębu, krzepkiego jeszcze, soki krążą powoli, już jakby znużone; a mały dębczak pijąc krew macierzy ziemi, chwyta ją, pożywa i rośnie, rośnie, rośnie.
Zdaje mi się, że ptak każdy ma uśmiechy dla swych maleńkich, bo życzliwość dla przyszłych pokoleń jak mgła błękitna, pełna serdecznych drgnień, otacza wszystko, co wita jutro w jego drobnych, niedołężnych a rozkazujących poruszeniach.
Nawet poważne stare słońce — żywiciel, znajdzie uśmiech dla leśnej konwalji, a leśna konwalja odpowiada mu drżeniem białych płatków, wonią czystą.
Bobo odpowiada uśmiechem na uśmiech, nie dlatego, że go rozumie, nie że zna mowę serdeczną uśmiechu, ale dlatego, że tak było setki tysięcy lat, że dzień dzisiejszy tkliwie wita jutrzejszy poranek, a ten mu łagodnie odpowiada, że ten uśmiech płynie poprzez pokoleń tysiące i wiąże w jedną rodzinę braterstwa bielejące kości pogańskiego cmentarzyska z bobem, które płynąć będzie w przestworzach, bo ten uśmiech jest spoidłem ogniw w łańcuchu pokoleń.
Jak pierwszy oddech jest odruchem niezbędnie poprzedzającym świadome życie boba, — bez tego nie byłoby życia, tak pierwszy uśmiech poprzedza myśl, bez niego nie byłoby myśli...
Uśmiecha się do ciebie matka, o bobo, nie ma żalu, że każdy dzień twego wzrostu jest dniem jej upadku, że każdy twój oddech, każde uderzenie tętna, jest krokiem naprzód dla ciebie, a krokiem wstecz dla niej.

∗             ∗

Bobo teraz przeprowadza badania swe planowo i z tem większym zapałem. Duchy pojedyńcze już zna, stara się teraz ich wzajemny do siebie stosunek zrozumieć.
Przygląda się obiadowi rodziców.
Dobre duchy odprawiają dziwne nabożeństwo. Bobo wodzi za ruchem ich rąk, uzbrojonych w widelce i noże, śledzi je od talerza aż do ust uważnie i cierpliwie. I dziwi się dużem zdziwieniem.
Trzy zdziwienia ma bobo: najmniejsze, powieki szeroko otwarte i uśmiech w oczach. Zdziwienie większe, usta uchylone, bobo zastyga w zdumieniu i patrzy, patrzy. Zdziwienie najwyższe, to szybki oddech, niespokojne ruchy rąk i lęk w spojrzeniu.
— Biedny bobaś, daj mu trochę zupy, — mówi ojciec do żony. — Tak na nas patrzy.
I bobowi badaczowi chcą wlać gwałtem zupę kwaśną, słoną, paskudną. Odwraca głowę, pluje, krzywi się, ręką odpycha.
Bobo dawno już przestało wierzyć w nieomylność dobrych duchów i konieczność ulegania im, przeciwnie, coraz podejrzliwiej się przygląda, zawsze czujne, zawsze gotowe do protestu, zaklęciem krzyku stara się kierować ich czynami.
Dobre duchy mają też swoje dziwactwa, należy bacznie obserwować każdy ich czyn, należy je wychowywać, by stały się zupełnie uległe bobowej woli.
Bobo ufało kiedyś dobrym cieniom i wiele razy z wyrzutem bolesnym spojrzało na matkę, zanim nabrało przeświadczenia, że jej ufać bezwzględnie nie należy.
Jedyne duchy nieomylne, to ręce bobowe. Bobo dziś już rzadko, wyjątkowo tylko, nos sobie ręką zadrapie, i to wówczas, gdy w gniewie na chwilę równowagę umysłu utraci.
Bobo teraz żąda: każdy przedmiot musi obejrzeć rękami i ssaniem.
Rodzice mówią, że bobo się bawi.
Mały człowiek dziki zbyt poważną rozpoczął pracę, zbyt mało ma czasu, by trwonić go na zabawy, zbyt wiele otacza niebezpiecznych tajemnic, by lekkomyślnie igrać z niemi.
Kiedy leży w kołysce, pozornie bezczynnie, bada ręce, by się przekonać, czy nie mają jakichś ukrytych a ważnych właściwości, jaki jest ich wzajemny stosunek; rozmawia, mozolnie gimnastykuje struny głosowe, jak pianista przed ważnym koncertem odbywa długie i nużące próby.
Na przechadzce, bada w skupieniu tłumy obojętnych ruchomych cieni, jest jak człowiek, któryby odbywał podróż pierwszą między słońcami i planetami — nowe i piękne, ale jakże o rozrywkach myśleć, gdy wokoło tyle tajemniczych zagadnień.
Ulica z jej hałasem, ogród z zielenią, obce mieszkania i obce postacie, to lądy odległe, nieznane, zwiedzane w długich wieloletnich podróżach.
Bobo znużone zasypia i przez sen się niespokojnie porusza, bo widzi w sennem marzeniu ułamki obrazów, jak widziało je niedawno na jawie.
Zdobyło zaledwie kilka pewników, posiada wiele niesprawdzonych, przypuszczalnych prawd i tyle tyle jeszcze zagadnień, które musi rozwiązać.

∗             ∗

Bobowi pokazują obrazki, patrzy i nie rozumie. Ale patrzy ciekawie, jak na wszystko, co istnieje, a więc trzeba znać, dociec czem i do czego służy. Chce obrazki pochwycić i do ust włożyć.
Bobo wyciąga ręce i śmieje się do dzieci. Są to duchy dobre, służące dla nieznanych celów.
Bobo postawiono przy lustrze. Spojrzało na matkę, zdziwiło się swem najwyższem zdziwieniem i ukryło twarz na jej ramieniu, chroniąc się przed niebezpieczeństwem. Bobo rozumuje: z chwilą gdy nie widzi niebezpieczeństwa, przestaje ono istnieć.
Bobo znów w lustro spojrzało, ciekawość badacza przemogła obawę. I tu matka popełniła błąd: zabrała bobo. A przecież bobo długo musi patrzeć i myśleć, zanim coś zrozumie.
Bobo długo bawi się kolorowem jajkiem z drzewa i umie już je przekładać z jednej ręki do drugiej.
Teraz już niema potrzeby robić postokroć to samo odkrycie, bo raz dokonane pamięta.
Bobo bada mowę dobrych duchów; kiedy matka raz gniewnie przemówiła do boba, zdziwiło się najwyższem zdziwieniem:
— To ważne, bardzo ważne, bardzo tajemnicze.
Niezadługo zamiast nużącego zaklęcia krzyku i zawodnego zaklęcia wyciągniętych rąk, zdobędzie bobo zaklęcie pierwszego wyrazu.
Niezadługo zrozumie, że między ruchomą piłką a dobrym duchem matką jest różnica życia...
Dobre duchy już dawno przestały być dlań cieniami na jasnem tle.

∗             ∗

Matka ukazała się za szklaną szybą drzwi. Bobo wyciąga do niej ręce i uderza o szybę.
Znów tajemnica?
Cała kunsztownie i z takim wysiłkiem wzniesiona teorja o dobrych duchach i ich właściwościach nagle rozpadła się w gruzy.
Bobo zalało się łzami.
— Ignorabimus. Nie będziemy wiedzieli.

∗             ∗

Kąpiąc się, bobo zrobiło odkrycie: prócz rąk, posiada nogi, — dwa odległe lądy.
A może kołdra, poduszka, łóżko całe też są bobem, znów poszukiwania mozolne, rewizja gruntowna zdobytych prawd, ruina lekkomyślnie wysnutych przypuszczeń.

— Ignorabimus. Ignorabimus.
∗             ∗

Bobo stoi o własnych siłach.
Tryumfuje...
Bobo, bobo, z jaką przerażającą ufnością idziesz naprzeciw życiu...



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Henryk Goldszmit.