Strona:Korczak-Bobo.djvu/11

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Biedny bobaś, nosek go swędzi. Tata w nos nadymił. Powiedz: „be tata“, — pogroź mu na nosku.
Tu bobo mruknęło po raz drugi, tym razem już energiczniej — i matka wybiegła z nim śpiesznie do sąsiedniego pokoju.
Tak, tak, — bobo jest stare.
Małe bobo o sześciu zębach i dwudziestu trzech funtach wagi przeżyło już tak wiele, że przeszłość jego może stanowić temat do wielotomowej powieści.
Wielotomowej powieści o bobie nikt nie chciałby czytać. — Niechby nie czytali? Ale powieści też nikt nie chciałby drukować.
Postanowiłem o bobie napisać tylko powiastkę.
Przyćmij lampę i czytaj powoli cichym szeptem, — bo mówić będę o tajemniczym i dziwów pełnym przedhistorycznym prastarym okresie życia bobowego.

∗             ∗

Tak było już. Tak było, gdy Bóg dzielił światło od ciemności i zawieszał gwiazdy, każdą na swem miejscu i wiązał je niewidzialnemi nićmi wzajemnego ciążenia. Tak było, gdy światy rodziły się z chaosu.