Strona:Korczak-Bobo.djvu/22

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


długo prześcignie najzmyślniejsze zwierzę i chwiejne fizycznie, bezradne życiowo, umysłem bratać się pocznie z gienjuszem rodu ludzkiego.

∗             ∗

Porozmawiamy, bobo.
Słońce pada na twą głowinę drobną, wdzięczną.
Wzrok twój mówi, że jesteś już człowiekiem.
Biedne, jak mi cię żal.
Bo niema większego nieszczęścia, niż urodzić się człowiekiem.
Czemu, jeśli musiałoś zbudzić się do życia, nie zostałoś kwiatem?
Czemu nie zrodziłoś się motylem?
Czemu nie pisklęciem leśnej śpiewaczki?
Im wyżej, tem smutniej...
Ludzie pragną wiedzieć.
Bobo, ile bólu w poszukiwaniu przyczyn, celów, drożyn, dróg.
Ile bólu...
Czy wierzysz bobo, że niegdyś?... Albo nie, czy sądzisz, że kiedyś?
Nie, nie.
Już nic — nic więcej nie powiem...
Marszczysz czoło?