Strona:Korczak-Bobo.djvu/12

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Jeszcze się światy nie rodziły; istniała dopiero myśl ich stworzenia, czy też — myśli nawet nie było.
Błąkały się barwy i dźwięki, siły cieniami się ledwie znaczyły, — i dymem nikłym snuły uczucia, bezładnie pomieszane i rozproszone. A każdy ich okruch, krzyżując się, a obojętnie mijając z podobnym lub obcym sobie, żył sam dla siebie.
Nie, nie żył jeszcze, bo nie było życia, nie błąkał się, bo ruchu nie było. Toż nie było jeszcze przestrzeni ani czasu. Chwila równała się stuleciom, kilometr kurczył się, rozpadał, rozrastał w kilometrów setki i tysiące.
Nie było nic, jedna tylko istniałaby przyszłość, gdyby było pytanie albo przeczucie przyszłości.
A jednak...
Rozlegnie się mocny głos, który rozkaże rozproszonym atomom łączyć się i społem budować, wyrzekając się siebie. I będzie błyskawica i kropla dżdżu i misterny kryształ, — będzie bardzo dziwne: życie.
Czy i to już jest życiem, co rozproszonym atomom nie pozwala mijać się obojętnie, a wedle praw każe im się łączyć w mikrokonstelacje światów, które tylko przenikliwa myśl ludzka zamieszkiwać zdolna?
Będzie życie roślin od nikłej nici białej