Strona:Korczak-Bobo.djvu/14

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ma, liczy ileś tygodni czy miesięcy życia. Macie słuszność, a mylicie się. Ono jest samo dla siebie, nie zna waszego zegara ani kalendarza, — bobo było zawsze i jest.
Nietylko dlatego się mylicie.
Bobo nie ileś tam warunkowych miesięcy ludzkich żyje. Ono żyło już, rozproszone, zawieszone miljardem pyłów po szerokim świecie — wówczas, gdy rozlegał się okrzyk: „zwalić Bastylję,“ — żyło, gdy lud szeroką falą płynął, by niewiernemu odebrać grób pokalany Chrystusa; gdy wieńczono laurem skroń Sofoklesa; gdy batogami smagani niewolnicy wznosili dumne grobowce faraonów, żyło jeszcze i jeszcze dawniej, gdy miało dziesięć tysięcy lat czekać na swe urodzenie.
Bobo żyło w mięśniu niedźwiedzia na dalekiej północy i w liściu wiecznie zielonej palmy upalnego południa.
Hej, co podróży odbyło bobo, zanim poraz pierwszy serce jego uderzyło.
Bobo było już dawno, najdawniej, — żyło w plazmie leniwej ameby, istniało już w chaosie, z którego Bóg tworzył gwiazdy, rozwieszał je po niebie i umacniał niewidzialnemi nićmi wzajemnej zależności, — układał gwiazdy w społeczeństwa gwiazd.
— Tik tak, — tik tak, — bije serce boba.