Strona:Korczak-Bobo.djvu/27

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Tyle drzew w borze, jeszcze jedna krzewina wykluła się z ziarna.
W chór ptactwa leśnego wplótł się jeszcze jeden maleńki naiwny głos śpiewaka...
Natura nie zna spoczynku, pchnięta do pracy potęgą niewidzialnej dłoni. Cudownie wyrzeźbiła małego człowieka mocą twórczego natchnienia. Natchnienie natury ma rozmach tytana i sumienność świętą. Ciśnie gromady gór w potwornym nieładzie, kroplami rosy obciosa każdy załamek, jeszcze mchem przystroi, którego źdźbło żyje i cieszy się i wierzy.
Dzieło sztuki, mozolny twór pracy ludzkiej, łudząc wzrok, kłamie naturę. Uderz młotem w rzeźbę, będziesz miał tylko gruzy, skorupy, garnek rozbity. Pokraj mikrotomem okruch pazurka, lśniącego na końcu różowego paluszka bobowego, zobaczysz pod drobnowidzem szereg nowych pięknych obrazów.
Gdyby w maleńkich nitkach bobowych żył nie płynęła krew, tocząc się przez rzeczki i rzeki do morza — serca, gdyby przez rzeki bobowych nerwów nie płynęły wrażenia do morza — mózgu, gdyby nie miało cudownej mocy wzrostu, byłoby jeszcze miljonkroć bardziej skończone, niż wszystkie dzieła martwej sztuki, rozwieszone w mrocznych salach cennego muzeum.