Świat zaginiony/Rozdział IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Arthur Conan Doyle
Tytuł Świat zaginiony
Podtytuł Tom I
Wydawca Skład główny w Stowarzyszeniu Pracowników Księgarskich, sp. z o.o.
Data wydania 1926
Druk Zakł. Druk. W. Piekarniaka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz A. Spero
Tytuł orygin. The Lost World
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


ROZDZIAŁ IV.
„Jest to największa rzecz w świecie“.

Zaledwie zdążył je zamknąć, gdy pani Challenger wybiegła z jadalni. Drobna kobietka była niesłychanie rozdrażniona. Zaszła drogę mężowi, co wyglądało tak, jakby rozdrażnione kurczę stanęło przed buldogiem. Najwyraźniej była świadkiem mojego wygnania, ale nie zauważyła mojego powrotu.
— Ty brutalu — krzyknęła — skaleczyłeś tego miłego chłopca.
Profesor wskazał na mnie wielkim palcem.
— Oto on, cały i zdrów stoi za mną.
Pani Challenger zmieszała się nieco, i nie bez powodu.
— Bardzo mi przykro, że nie zauważyłam pana — rzekła.
— Nic nie szkodzi, proszę pani.
— Mój mąż posiniaczył pana! Ach, Jerzy, jakiż z ciebie brutal. Przez cały tydzień nie robi nic, prócz awantur. Wszyscy wokół nienawidzą nas i wyśmiewają się z nas. Ale miara mej cierpliwości już się przebrała. Mam już tego dosyć.
— Sprawy rodzinne — zaczął profesor.
— To nie żaden sekret — przerwała mu żona — czy sądzisz, że cała ulica, ba, cały Londyn — Austin, proszę nas zostawić. Czy myślisz, że ludzie nas nie obmawiają? Czy masz jeszcze jakie poczucie godności? Człowiek taki jak ty powinien być profesorem w wielkim uniwersytecie, mając tysiące podziwiających go słuchaczy. Czy masz choć trochę miłości własnej?
— A ty, moja droga?
— Doświadczasz mnie zanadto. Stałeś się rozbójnikiem, prostym rozbójnikiem.
— Opamiętaj się Jessie.
— Wściekły hałaśliwy buldog!
— Tego już za wiele. Będziesz ukarana.
Ku mojemu zdumieniu uniósł ją w górę i posadził na szczycie czarnej marmurowej kolumny, stojącej w rogu sieni. Kolumna miała przynajmniej pięć stóp wysokości i była tak cienką, że tylko z trudnością można było utrzymać na niej równowagę. Trudno sobie wyobrazić dziwaczniejszy widok nad ten, który przedstawiała pani profesorowa, zawieszona w powietrzu, przebierając nogami, z twarzą, wykrzywioną gniewem, czyniącą rozpaczliwe wysiłki, aby nie stracić równowagi.
— Zsadź mnie w tej chwili — wołała.
— Powiedz „proszę“.
— Ty brutalu, zsadź mnie w tej chwili.
— Chodźmy do gabinetu, panie Malone.
— Doprawdy, panie — rzekłem, patrząc na jego żonę.
— Oto pan Malone wstawia się za tobą, Jessie. Powiedz „proszę“, a zsadzę cię.
— Ach, ty brutalu, no proszę, proszę.
Uniósł ją w powietrzu, tak, jakgdyby była piórkiem.
— Nie powinnaś się unosić, kochanie, pan Malone jest dziennikarzem, wszystko to, co słyszy, wydrukuje jutro w swej szmacie, a extra tuzin egzemplarzy kupią zaraz nasi sąsiedzi. „Oryginalna historja z życia High-life’u“ — przebywając na tym marmurowym piedestale mogłaś istotnie sięgać do wysokich sfer. Potem tytuł drugi „Rzut oka na oryginalną rodzinę“. Tak, jak wszyscy jego koledzy, pan Malone żywi się padliną i wszelkim brudem — „porcus ex grege diaboli“ — prosię z djabelskiego stada — oto czem jest Malone. Nieprawdaż?
— Pan jest doprawdy niemożliwy — zaprotestowałem gorąco.
Roześmiał się hałaśliwie.
— Będziemy tu mieli niebawem całą koalicję — rzekł, spoglądając kolejno to na mnie, to na swoją żonę i prężąc swą olbrzymią pierś, poczem nagle, zmieniając ton, dodał:
— Niech pan zechce wybaczyć drobne nieporozumienia rodzinne, panie Malone. Sprowadziłem tu pana z powrotem dla poważniejszych celów, niż mieszanie pana do naszych figlów domowych. Uciekaj mała kobietko i nie martw się niczem. — Oparł swe wielkie ręce na jej ramionach i tak ciągnął dalej. — W tem, co mówisz, masz rację, byłbym prawdopodobnie znacznie lepszym, gdybym słuchał twoich rad, ale nie byłbym wówczas Jerzym Edwardem Challengerem. Jest wielu lepszych odemnie, ale jest jeden tylko Jerzy Edward Challenger, więc staraj się z nim pogodzić.
I z temi słowy złożył na jej policzkach głośny pocałunek, który stropił mnie bardziej jeszcze, niż jego poprzednia gwałtowność.
— A teraz, panie Malone — ciągnął z nagłym napadem godności — poproszę pana tędy. — Powróciliśmy do pokoju, któryśmy przed dziesięciu minutami opuścili tak hałaśliwie. Profesor starannie zamknął drzwi za sobą. Wskazał mi fotel i podał pudełko z cygarami.
— Prawdziwy San-Juan-Colorado — rzekł. — Ludzie skłonni do podnieceń, tak jak pan, gustują w narkotykach. Na Boga, niech pan nie odgryza końca — niech go pan obetnie i to z należytą atencją. A teraz niech pan siądzie wygodnie i wysłucha to, co mam panu do powiedzenia. Jeżeli w trakcie mego opowiadania nasunie się panu jaka uwaga, zechce ją pan zachować na później. — Przedewszystkiem, co do przyczyny pańskiego powrotu tutaj, po zupełnie usprawiedliwionem wyrugowaniu — urwał i głaszcząc brodę, spoglądał na mnie, jak ktoś, kto spodziewa się protestu i czeka nań — więc, jak powiedziałem, wygnanie pańskie stąd było aż nadto usprawiedliwione, przyczyna zaś powrotu leży w odpowiedzi, jaką pan dał owemu policjantowi, zdawało mi się bowiem, że dostrzegam w niej przebłyski szlachetniejszych uczuć, lepszych bądź co bądź, niż te, o które podejrzewałem dotychczas pańskich kolegów. Przyznając, iż wina całego tego incydentu leży po pańskiej stronie, wykazał pan pewną niezależność myśli i szerokość poglądów, które mnie zainteresowały. Osobniki rodzaju ludzkiego, do jakich pan, niestety, należysz, znajdowały się zawsze po za linją mojego myślenia. Dzięki swej uwadze przekroczył pan właśnie tę linję. Wzbudził pan we mnie zainteresowanie. Zdecydowawszy się poznać pana bliżej — wpuściłem go tutaj z powrotem. Zechce pan łaskawie strząsać popiół do japońskiej popielniczki, stojącej na bambusowym stoliczku po pańskiej lewej ręce.
Wszystko to wygłosił tonem profesora, zwracającego się do swojej klasy. Przekręciwszy ruchomy fotel, siedział teraz na wprost mnie, nadęty, jak olbrzymia żaba. Głowę oparł na poręczy, a oczy wpół przysłonił powiekami. Nagle odrzucił się z krzesłem w bok, ukazując najeżone włosy i kawałek czerwonego ucha. Szukał czegoś w nawale papierów, rozrzuconych na biurku i wreszcie zwrócił się znów do mnie, trzymając w ręku coś, w rodzaju mocno wysłużonego notatnika.
— Będę panu opowiadał o Południowej Ameryce — rzekł — wypraszam sobie jakiekolwiek komentarze. I przedewszystkiem uprzedzam, że ani jedno słowo z tego wszystkiego co pan tu usłyszysz, nie może bez mojego specjalnego zezwolenia przedostać się w jakikolwiek bądź sposób do wiadomości publicznej. Zezwolenia tego prawdopodobnie nigdy panu nie udzielę. Czy zrozumiał pan mój warunek?
— Jest on nader uciążliwy — zauważyłem — upewniam pana, że dokładne sprawozdanie...
Położył notatnik na stole.
— Sprawa wyczerpana — rzekł — żegnam pana.
— Nie, nie, zaprotestowałem — przyjmuję pańskie warunki. Nie mam zresztą innego wyboru.
— Żadnego.
— W takim razie obiecuję milczeć.
— Pod słowem honoru?
— Pod słowem honoru.
Cień wątpliwości przemknął w jego zuchwałem spojrzeniu.
— Cóż ja mogę zresztą wiedzieć o pańskim honorze? — rzekł.
— Doprawdy, mój panie — zawołałem gniewnie — pozwala pan sobie za dużo! Jeszcze nikt w życiu tak mnie nie obraził.
Mój wybuch raczej go zajął, niż uraził.
— Typ okrągłogłowca — szepnął — bracefalistyczny, szaro-oki, ciemno-włosy, z lekkiemi śladami negroidu. Pan musi być celtem?
— Jestem Irlandczykiem, panie.
— Irlandczykiem?
— Tak jest.
— To wyjaśnia sytuację. Więc jednem słowem, zobowiązał się pan do zachowania tajemnicy moich zwierzeń? Muszę zauważyć, że nie będą one zupełne, ale dam panu kilka ciekawych wyjaśnień. Wiadomem jest panu zapewne, że przed dwoma laty odbyłem podróż do Ameryki Południowej, podróż, która w wszechświatowej historji nauki będzie miała znaczenie ogromne. Celem jej było sprawdzenie niektórych wniosków Wallace’go i Bates’a, co mogłem jedynie uczynić drogą obserwacji, w tych samych co i oni warunkach, opisywanych przez nich zjawisk. Ekspedycja moja byłaby godna uwagi, nawet gdyby nie dała żadnych innych, prócz tych wyżej wspomnianych wyników, ale zdarzył mi się w jej trakcie przypadek, który otworzył przedemną zupełnie nową dziedzinę badań.
— Słyszał pan zapewne — lub raczej w tym półinteligentnym wieku nie słyszał pan wcale — iż niektóre okolice Amazonki są tylko częściowo zbadane; wybrzeża tej rzeki zamieszkuje wielka liczba plemion, nieraz zupełnie nam nieznanych. Zadaniem mojem było zapuścić się w te okolice i poznać
ich faunę; dostarczyła mi ona materiału do kilku rozdziałów kolosalnego dzieła o zoologji, którego napisanie jest celem mojego życia. Po ukończeniu prac moich, zdarzyło mi się na powrotnej drodze nocować w małej wiosce indyjskiej — nazwę jej i dokładne położenie zachowuję dla siebie — leżącej przy ujściu do głównej rzeki. Tubylcy należeli do plemienia Cucama, łagodnej, lecz zdegenerowanej rasy, której umysłowość nie przewyższa umysłowości przeciętnego Londyńczyka. Powiodło mi się między nimi parę kuracji, wówczas, gdy jadąc wgórę rzeki, byłem wśród nich poraz pierwszy. Podniosło to tak moje znaczenie w ich oczach, że jak się przekonałem ze zdumieniem — oczekiwali niecierpliwie mojego powtórnego przybycia. Z mimiki ich domyśliłem się, iż znajdował się w wiosce ktoś potrzebujący pomocy lekarskiej i bezzwłocznie udałem się do wskazanej mi chatki. Chory jednak, do którego mnie wezwano, już umarł. Ku memu zdumieniu nie był on Indjaniniem lecz białym, można nawet powiedzieć bardzo białym, zdradzał bowiem charakterystyczne cechy albinosa, a włosy miał koloru lnianego. Ubranie jego było w łachmanach, a wychudzona postać nosiła ślady ogromnego wyczerpania. Z opowiadań tubylców zdołałem wyrozumieć, że człowiek ten był im zupełnie nieznany. Samotny i wynędzniały przybył do ich wioski z pobliskich lasów. Obok jego posłania leżała podróżna torba, której zawartość dokładnie obejrzałem. Na metalowej tabliczce wewnątrz wyryte było imię, przed którem gotów jestem zawsze schylić głowę: Maple White, Lake Avenue, Detroit, Michigan. Nie przesadzę, twierdząc, że będzie ono równe mojemu własnemu, gdy istotne znaczenie tego odkrycia zostanie wreszcie ocenione.
Z zawartości torby wynikało jasno, że człowiek ten był poetą i artystą w poszukiwaniu wrażeń. Nie jestem sędzią w tej dziedzinie, ale wartość jego utworów wydała mi się nader licha. Znalazłem również parę dość pospolitych krajobrazków rzeki, pudełko farb, pudełko kredek, parę pendzli, tę zakrzywioną kość, która leży na moim kałamarzu, tom „Ćmy i Motyli“ Baxtera, tani rewolwer i nieco naboi. Żadnego ekwipunku osobistego nie miał, lub może zgubił go po drodze. Taki był cały ruchomy majątek tego oryginalnego amerykańskiego cygana.
Miałem już zamiar opuścić chatkę, gdy spostrzegłem ten notatnik, sterczący w kieszeni podartej kurtki zmarłego; był w takim stanie, w jakim się znajduje obecnie, gdyż mogę pana upewnić, że pierwsze wydanie dzieł Szekspira nie mogłoby być traktowane z większem poważaniem, niż ten podarty notatnik od chwili, jak jest w moim posiadaniu. A teraz, proszę pana o przejrzenie go strona po stronie.
Zapaliwszy cygaro, profesor zagłębił się w fotelu i utkwił we mnie dwoje przenikliwych oczu, śledząc wrażenie, jakie wywrze na mnie ten dokument.
Otwarłem notatnik, spodziewając się znaleść w nim rewelacje jakiejś, nieokreślonej bliżej, tajemnicy. Na pierwszej stronie jednak spotkało mnie rozczarowanie, zawierała bowiem jedynie rysunek nader grubego jegomościa z objaśnieniem, iż jest to „Jimmy Colver“. Kilka następnych stron przedstawiały indjan i ich obyczaje, później widniał obrazek dobrodusznego, korpulentnego mnicha w szerokim kapeluszu i napis „Śniadanie w Rosario z bratem Cristofaro“. Po szkicach kobiet i dzieci ciągnęła się cała serja zwierząt; każdy rysunek miał specjalne objaśnienie: „Żółwie i ich jajka“, „Czarny aguti pod palmami“ i wreszcie widniały podobizny jakichś długich i wstrętnych płazów. Nic się w tem wszystkiem nie orjentując, spytałem profesora:
— Czy to są krokodyle?
— Alligatory, panie! Wątpię, czy znajdzie się choć jeden prawdziwy krokodyl w Ameryce Południowej. Różnica polega...
— Chciałem poprostu powiedzieć, iż nie widzę nic nadzwyczajnego w tych rysunkach. Nic coby usprawiedliwiało pańskie słowa.
Uśmiechnął się spokojnie.
— Niech pan ogląda dalej.
Czułem się rozczarowany. Odwróciwszy stronę, miałem przed sobą szkic pejzażowy, wykonany w dość ostrych kolorach, tak jak to zwykle czynią artyści, malując z natury studjum, które mają później starannie wypracować. Gęstwa jasno-zielonej roślinności stanowiła tło, na którem ostrą, ciemnoczerwoną linją odcinał się szereg bazaltowych, stromych skał; stanowiły one nieprzerwana ścianę, w jednym punkcie, której unosił się samotny, do piramidy podobny złom, a na nim rosło olbrzymie drzewo, przedzielone, jak się zdawało, głęboką rozpadliną od głównej skały. A nad tem wszystkiem błękitne, tropikalne niebo. Cieniutkie pasmo roślinności zieleniło się na rudawym szczycie skał. Na następnej stronicy znajdował się ten sam pejzaż, ale znacznie większy, tak, iż można było dokładnie rozróżnić wszystkie jego szczegóły.
— No? — zagadnął profesor.
— Jest to formacja oczywiście ciekawa — odrzekłem — gdybym był geologiem, pozwoliłbym sobie może nazwać ją nadzwyczajną.
— Nadzwyczajna — powtórzył — jest niesłychana, jest niewiarogodna. Czegoś podobnego wprost nie można sobie wyobrazić. Ale patrz pan dalej.
Spojrzawszy na następną stronę, wydałem okrzyk zdumienia. Nigdy w życiu nie widziałem tak dziwnego potwora. Był to wytwór wyobraźni, podnieconej opium, gorączkowa wizja chorego umysłu. Stworzenie to miało głowę ptaka, korpus płaza, ogon najeżony kolcami, a wygięty jego grzbiet zdobiła obfita frendzla, podobna do nieskończonej ilości kogucich grzebieni, umieszczonych jeden tuż za drugim. Na wprost tego potwora, stał wpatrzony weń, śmieszny człowieczek, malutki, jak karzełek.
— Cóż pan o tem myśli? — zawołał profesor, pocierając ręce z wyrazem triumfu.
— Potworne — groteskowe.
— Ale czemu, skąd wymalował takiego potwora?
— Prawdopodobnie po pijanemu.
— Nie znajduje pan lepszego wytłómaczenia.
— A czemże pan to tłómaczy, profesorze?
— Poprostu tem, że zwierzę to istnieje. Było rysowane z natury.
Miałem ochotę wybuchnąć śmiechem, ale przypomniałem sobie nasze niedawne zapasy atletyczne.
— No tak, mruknąłem tonem, jakiego się używa względem niebezpiecznego warjata — przyznam jednak, że ta malusieńka postać ludzka zdumiewa mnie. Gdyby to był indjanin, przypuściłbym, że należy do jakiegoś karlego plemienia, ale jest to najwidoczniej Europejczyk w słomkowym kapeluszu.
Profesor zaczął sapać gniewnie.
— Doprawdy — rzekł — to już przechodzi wszelkie granice. Nie miałem pojęcia o czemś podobnem. To zakrawa na paraliż mózgu, na zanik władz umysłowych.
Był tak śmieszny, że nie mógł nikogo obrazić. Gniewać się na niego znaczyło tracić czas i energję, bo trzebaby było czuć się stale obrażonym. To też poprzestałem na słabym uśmiechu i uwadze, że rozmiar człowieka na rysunku zdziwił mnie.
— Niech pan spojrzy na to! — zawołał profesor, pochylając się ku mnie i kładąc na rysunku włochaty i gruby, jak serdelek palec — widzi pan tę roślinę za zwierzęciem? Czy pan myśli, że to kapusta brukselska, albo brodawnik? Toż to jest palma z gatunku dochodzącego pięćdziesięciu lub sześćdziesięciu stóp. Nie rozumie pan, że ten człowiek znajduje się tu umyślnie? Przecież gdyby tak stał wobec podobnego potwora, to nie uszedłby z życiem, aby namalować swój obrazek. Artysta zrobił to, aby dać pojęcie o rozmiarach. Sam liczył, przypuśćmy, pięć stóp, to też drzewo jest odeń dziesięć razy większe.
— Wielki Boże! — krzyknąłem — to w takim razie sądzi pan, że zwierzę dochodziło.... nie, panie, przecież cały dworzec kolejowy w Charing Cross nie starczyłby mu za norę!
— W każdym razie jest to ciekawy okaz — odparł profesor.
— Temniemniej jednak — zauważyłem — trudno przekreślić cały dorobek naukowy ludzkości na podstawie zwykłego rysunku, wykonanego przez jakiegoś amerykanina pod wpływem haszyszu, może gorączki, a może poprostu chorobliwej wyobraźni. Jako człowiek nauki, nie może pan zająć podobnego stanowiska.
Z temi słowy przewracałem nadal kartki notatnika, ale były już czyste. W odpowiedzi profesor sięgnął po jakąś książkę.
— Oto doskonała monografja Roya Lancaster, mego przyjaciela — rzekł. Jest tu jedna ilustracja, która napewno pana zainteresuje. A, otóż ona. Jak głosi objaśnienie jest to przypuszczalny wygląd Dinosaura Stegosaura z okresu Jurajskiego. Rozmiar tylnej łapy równa się dwukrotnej wielkości dorosłego mężczyzny. Co pan powie na to?
Podał mi książkę. Ze zdumieniem spoglądałem na obrazek, który łudząco przypominał szkic nieznanego amerykańskiego artysty.
— Jest to istotnie nadzwyczajne — szepnąłem.
— Ale nie przekonywuje to pana?
— Może to być zwykły zbieg okoliczności, albo też Amerykanin, widząc kiedyś podobną illustrację, podświadomie zachował ją w pamięci i potem odtworzył w gorączce.
— Doskonale — rzekł profesor — nie mówmy o rysunku, ale może pan obejrzy teraz tę kość.
Kość, o której już wspominał i którą mi teraz podawał, była około sześciu cali długa i grubsza od mego wielkiego palca.
— Do jakiego stworzenia należy ta kość? — spytał profesor.
Przyglądałem się jej uważnie, starając się przywołać zapomnianą wiedzę.
— Mógłby to być bardziej gruby obojczyk ludzki — rzekłem.
Mój towarzysz wzgardliwie machnął ręką.
— Kość obojczyka ludzkiego jest zakrzywiona, ta zaś jest prosta. Żłobek, jaki pan dostrzega na jej powierzchni wykazuje obecność grubego ścięgna, co nie mogłoby mieć miejsca przy kości obojczykowej.
— No, to przyznaję, że nie wiem, co to jest.
— Nie potrzebuje się pan wstydzić swojej ignorancji, bo cały instytut Kensingtoński nie mógłby dać odpowiedzi na to pytanie.
I wyjmując z niedużego pudełka kostkę wielkości ziarnka grochu, dodał:
— O ile mogę sądzić, ta kość ludzka odpowiada tej, którą pan trzyma w ręku. Może da to panu pojęcie o wielkości potwora. Sądząc po szczątkach chrząstek, kość ta nie jest okazem kopalnianym, lecz zupełnie świeżym. Co pan powie o tem?
— Prawdopodobnie słoń...
Profesor skrzywił się boleśnie.
— Niech pan nic nie mówi o słoniach w Południowej Ameryce. Nawet w tych czasach szkół powszechnych.....
— No to w takim razie — przerwałem — każde wielkie zwierze Ameryki Południowej, jak np. tapir?
— Upewniam pana, młodzieńcze, że znam się dobrze na mojej specjalności. To nie jest kość, ani tapira, ani żadnego zwierzęcia, znanego w zoologji. Należy ona do ogromnego, silnego i według wszelkiego prawdopodobieństwa, bardzo dzikiego zwierzęcia, które żyje, ale o którem nauka nic nie wie jeszcze. Czym pana jeszcze nie przekonał?
— W każdym razie bardzo mnie pan zainteresował.
— A więc sytuacja nie jest beznadziejna. Wyczuwam w panu pewną dozę zdrowego rozsądku, do którego będę się odwoływał. Pozostawimy zmarłego amerykanina, a wrócimy do mego opowiadania. Jak pan się łatwo domyśla, nie mogłem opuścić brzegów Amazonki nie zapoznawszy się bliżej z całą tą sprawą. Miałem wskazówki co do kierunku skąd przybył zmarły. Indyjskie legendy byłyby mi zresztą nicią przewodnią, gdyż wśród plemion zamieszkujących wybrzeża rzeki, słyszałem nieraz opowiadania o dziwnym kraju. Wie pan co to jest Curupuri?
— Nie.
— Curupuri jest to duch puszczy, uosobienie czegoś strasznego, złego, czegoś czego należy się wystrzegać. Nikt nie potrafi go bliżej opisać, ale imię jego sieje przerażenie wzdłuż Amazonki. Wszystkie plemiona zgadzają się co do kierunku, gdzie przebywa Curupuri. Był to ten sam kierunek, z którego przybył Amerykanin. Coś okropnego musiało się tam kryć, i postanowiłem zbadać co to było.
— Cóż pan począł?
Ten masywny człowiek przykuł całą moją uwagę i wzbudził we mnie głęboki szacunek.
— Przezwyciężyłem wrodzony strach tubylców — strach, który wstrzymuje ich nawet od rozmów na ten temat — i za pomocą perswazji, darów, a nawet, muszę wyznać, i przymusu, znalazłem między nimi dwuch przewodników. Nie będę opisywał po jakich przygodach, ani po jak długiej podróży, kierunku, której bliżej nie określę, — przybyliśmy wreszcie do okolic dotychczas nieznanych nikomu, prócz mego poprzednika, który to przypłacił życiem. Niech pan spojrzy na to.
Podał mi fotografię.
— Fotografja jest zniszczona, gdyż łódź w której znajdowała się skrzynka z płytami, wywróciła się i zawartość jej wpadła do wody. Prawie wszystkie płyty uległy zniszczeniu, co jest niepowetowaną stratą. Ta fotografja jest jedną z niewielu, które częściowo ocalały. Mam nadzieję, że zechce pan przyjąć to wytłomaczenie pewnych niedokładności i niejasności. Wspominano z tego powodu o oszustwie, ale nie czułbym się usposobionym do dyskutowania na ten temat.
Fotografja była istotnie bardzo blada. Uprzedzony krytyk mógłby bez trudności postawić szereg zarzutów. Wpatrując się uważnie rozróżniłem szarawy krajobraz, w głębi którego ciągnął się długi i niezmiernie wysoki szereg skał, podobny zdala do olbrzymiej katarakty, a przed skałami leżała równina porośnięta drzewami.
— Zdaje mi się, że to jest to samo miejsce co na rysunku — rzekłem.
— Tak, to samo — odparł profesor — znalazłem tu nawet ślady obozowiska.
A teraz następna fotografja.
Było to bliższe zdjęcie tej samej okolicy. Mimo wadliwości fotografji rozróżniłem złom skalny na którym wznosiło się samotne drzewo.
— Nie mam najmniejszej wątpliwości — oznajmiłem.
— No to postępujemy naprzód — rzekł profesor — proszę niech się pan przyjrzy uważnie tej kamiennej piramidzie. Co pan dostrzega na niej?
— Olbrzymie drzewo.
— A na drzewie?
— Wielkiego ptaka.
Podał mi szkło powiększające.
— Wielki ptak stoi na drzewie — rzekłem studjując fotografję — zdaje mi się, że ma bardzo duży dziób. Wygląda na pelikana.
— Nie mogę panu powinszować dobrego wzroku — zauważył profesor — to nie jest ani pelikan, ani wogóle ptak. Muszę panu powiedzieć, że udało mi się zastrzelić ten okaz. Był to jedyny rzeczowy dowód w jaki zdołałem się zaopatrzyć.
— A więc ma go pan? zawołałem serdecznie.
— Miałem go. Niestety przepadł podczas nieszczęsnego wypadku z łodzią, który zniszczył fotografje. Rzuciłem się wślad za łodzią w fale i zdołałem porwać za jedno ze skrzydeł ptaka; gdy mnie wyniesiono nieprzytomnego na brzeg, trzymałem kurczowo tę resztkę mojej wspaniałej zdobyczy. Oto ona.
To co wyciągnął z szuflady przypominało skrzydło wielkiego nietoperza: liczyło przynajmniej dwie stopy długości, a od wygiętej górnej kości zwieszała się członkowata błona.
— Olbrzymi nietoperz — rzekłem.
— Nic podobnego — odparł surowo profesor — otaczając się atmosferą czystej nauki nie byłbym doprawdy nigdy przypuścił aby początkowe zasady zoologii mogły być komu tak obce. Czyż doprawdy nie zna pan nawet na tyle elementarnej anatomji, aby pamiętać, że o ile skrzydło ptaka jest rodzajem jego przedramienia, to skrzydło nietoperza składa się z trzech wydłużonych palców między którymi rozciąga się błona? Otóż w danym wypadku kość ta nie może być przedramieniem, a jak pan widzi, błona zwiesza się z pojedyńczej kości, co wykazuje, że nie może należeć do nietoperza. Czemże więc było to stworzenie nie będąc ani ptakiem, ani nietoperzem?
Skromny zapas mojej wiedzy był wyczerpany.
— Nie wiem — przyznałem.
Profesor Challenger znów otworzył książkę do której się poprzednio odwoływał.
— Otóż — rzekł, wskazując obrazek jakiegoś latającego potwora — oto doskonała reprodukcja dimorphodona lub pterodaktyla, latającego płaza z epoki Jurajskiej. Na następnej stronicy znajduje się dokładny rysunek jego skrzydła. Proszę to porównać z kością, którą pan trzyma w ręku.
Nie mogłem ochłonąć ze zdumienia. Byłem zupełnie przekonany. Niepodobna było wątpić wobec takich dowodów. Szkice, fotografje, opowiadanie, a teraz ten dowód rzeczowy — nie mogłem oprzeć się tej oczywistości. Powiedziałem to, i powiedziałem z uniesieniem, gdyż w oczach moich profesor Challenger stał się człowiekiem skrzywdzonym przez ogół. Oparty o poręcz swego fotela, słuchał mnie, przymknąwszy oczy, a uśmiech wyrozumiały, lecz zarazem zadowolony, rozjaśnił jego twarz.
— Jest to największe odkrycie o jakiem kiedykolwiek słyszałem! — mówiłem z entuzjazmem raczej dziennikarskim niż naukowym. Wprost niesłychane. Pan jest Kolumbem nauki, który odkrył zaginiony świat. Szczerze żałuję żem mógł wątpić w pana. Ale to było tak niewiarygodne. Teraz chylę głowę wobec tych dowodów i dziwię się tylko, że są ludzie którzy nie chcą się dać przekonać.
Profesor jaśniał zadowoleniem.
— Ale co pan począł dalej, profesorze?
— Nadeszła już pora deszczowa, panie Malone, a zapasy moje były na wyczerpaniu. Zbadałem częściowo tę olbrzymią skałę, ale nie zdołałem jej przebyć. Ów złom kamienny w kształcie piramidy, gdziem ujrzał i zastrzelił pterodaktyla, był bardziej dostępny. Wdrapałem się nań nawet do połowy i z tej wysokości zdałem sobie lepiej sprawę z ogromnej przestrzeni skał ciągnących się po za nią. Zielonkawy łańcuch gór zdaje się nie mieć końca, ani na wschód, ani na zachód. W dole leży błotnista, leśna równina obfitująca w węże, owady i ziejąca gorączka. Broni ona wejścia do tej dziwnej krainy.
— Czy znalazł pan jakie ślady życia?
— Nie, nie znalazłem. Ale w ciągu tygodni jakieśmy spędzili, nocując u podnóża skał, dobiegały nas z góry dziwne odgłosy.
— Skądże się jednak wzięło to zwierzę, które amerykanin wyrysował?
— Sądzę, że wdarł się na wierzchołek skały i że stamtąd je ujrzał. Stąd też wnioskuję, że musi być jakaś droga wiodąca na szczyt, ale bezwątpienia jest niesłychanie trudną, gdyż w przeciwnym wypadku potwory przebyłyby ją i dostałyby się do sąsiednich okolic. Zrozumiale nieprawdaż?
— Ale skąd się wzięły te zwierzęta?
— Ten problemat nie wydaje mi się zbyt zawiły — odparł profesor — istnieje tylko jedno możliwe wyjaśnienie. Słyszał pan zapewne, że Ameryka Południowa jest formacji granitowej. Przed wiekami musiał tu nastąpić nagły wybuch wulkaniczny, skały te, jak to zauważyłem, są bazaltowe, — czyli wulkanicznego pochodzenia. Przestrzeń, równa może rozległością hrabstwu Sussex, została wyniesiona w górę ze wszystkiem, co na niej egzystowało i odcięta od reszty świata prostopadłemi ścianami nie do przebycia. Cóż z tego wynikło? Oto poprostu prawa natury uległy zawieszeniu. Przyczyny, które warunkują w całym świecie walkę o byt, zostały zneutralizowane lub zmienione. To też stworzenia, któreby w zwykłych warunkach musiały zniknąć, pozostały przy życiu. Zarówno pterodaktyl jak i stegosaurus należą do epoki Jurajskiej, czyli że w hierarchji świata, zajmują miejsce bardzo odległe. Zachowały się sztucznie przy życiu dzięki warunkom wytworzonym przez przypadek.
— Dowodzenie pańskie jest bardzo jasne, powinien pan zaznajomić z niem ludzi kompetentnych.
— W prostocie mego umysłu uważałem tak samo — z goryczą rzekł profesor — ale muszę panu powiedzieć żem się w zupełności pomylił. Na każdym kroku spotykałem się z podejrzliwością, będącą po części wynikiem zazdrości, a po części głupoty. Pozatem nie leży w mojej naturze przekonywanie ludzi, którzy z góry wątpią w moją prawdomówność. Zraziłem się zaraz po pierwszych próbach, znienawidziłem do tego stopnia cały ten temat, że wogóle nie chciałem go poruszać. Gdy tak jak pan dzisiaj przychodzili do mnie ludzie chcący zaspokoić próżną ciekawość ogółu, nie umiałem zachować względem nich należytej godności. Przyznaję, że z natury jestem nieco prędki, i niekiedy się unoszę. Zdaje mi się zresztą, że pan to stwierdził na sobie.
Potarłem podbite oko, ale zachowałem milczenie.
— Żona moja nieraz robiła mi wymówki z powodu mego zachowania się, ale jednak zdaje mi się, że każdy człowiek honoru podzieli moje zdanie. Dziś wieczorem jednak chcę dać przykład opanowania instynktu przez siłę woli. Może pan być nawet świadkiem tego ćwiczenia! — z tymi słowy wręczył mi jakiś bilet. — O wpół do dziewiątej odbędzie się w Instytucie Zoologicznym odczyt p. Perivala Waldron, popularnego przyrodnika. Tytuł odczytu „Dzieje Stuleci“. Otrzymałem specjalne zaproszenie i mam składać powinszowania i podziękowania prelegentowi. Postanowiłem wtrącić z całym taktem i spokojem kilka uwag, które może wzbudzą szersze zainteresowanie wśród słuchaczy i dadzą początek poważniejszej dyskusji. Będzie to tylko wskazówka, napomknienie o wielkiem odkryciu. Postanowiłem trzymać się na wodzy, aby się przekonać czy spokojem nie uda mi się osiągnąć lepszych rezultatów niż gwałtownością.
— I ja mogę przyjść? — spytałem ciekawie.
— Naturalnie — rzekł z serdecznością, która była równie wielka, również nieodparta jak jego gwałtowność. Coś niezwykłego kryło się w jego dobrym uśmiechu, dzielącym twarz jego na dwie czerwone półkule, między wpółzamkniętymi oczyma i masą czarnej brody, — niech pan przyjdzie koniecznie. Będzie mi bardzo miło widzieć, że jest na sali ktoś życzliwy mi, choćby nawet ten ktoś był dyletantem w tej dziedzinie. Mam wrażenie, że sala będzie przepełniona, bo choć Waldron jest kompletnym szarlatanem, ale publiczność lubi go. No, ale panie Malone, udzieliłem panu aż nazbyt wiele z mojego czasu. Jednostka nie powinna zabierać na swój wyłączny użytek tego co należy do ogółu. Będzie mi miło ujrzeć pana dziś wieczór, ale raz jeszcze przypominam panu, że nic z tego com panu tu powiedział nie może dostać się do wiadomości publicznej.
— Ale nasz redaktor, Mc Ardle, będzie mnie zapytywał o wynik mojego wywiadu.
— Niech mu pan powie co się panu żywnie podoba. Między innymi powiedz mu, że jeśli mi tu naśle jeszcze kogoś, przyjdę sam się z nim rozprawić za pomocą mojej pejczy. W każdym razie polegam na pańskim słowie honoru. A więc dziś o wpół do dziewiątej w Instytucie Zoologicznym.

Rzuciłem ostatnie spojrzenie na jego czerwone policzki, błękitnawą brodę, jego zuchwałe oczy i opuściłem pokój.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Arthur Conan Doyle i tłumacza: Anonimowy.