Zwodne światło/Rozdział V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Rudyard Kipling
Tytuł Zwodne światło
Wydawca Księgarnia Teodora Paprockiego i S-ki
Data wydania 1893
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Anatol Krzyżanowski
Tytuł orygin. The Light That Failed
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ V.

Wszedłszy nazajutrz do pokoju Ryszarda, Torpenhow zastał go otoczonego gęstymi kłębami dymu.
— I cóż, szaleńcze, jakże się czujesz?
— Nie wiem. Namyślam się właśnie nad tem.
— Zabrałbyś się lepiej do roboty.
— Być może, tylko że mi do niej nie pilno. Zrobiłem od wczoraj odkrycie. Wiesz, Torp, znajduję, że za wiele jest ego w mojem comos.
— Doprawdy! Komuż zawdzięczasz ten wynalazek? Mnie, czy Nilghai’emu?
— Jest on własną moją zasługą, nagłym wynikiem własnych dociekań. O, za dużo ego, za wiele mego ja. A teraz będę pracować.
Przejrzał kilka niewykończonych szkiców, pobębnił palcami po nowem płótnie, oczyścił parę pędzli, poprawił zbroje, przestawił przyrządy i, rzucając wszystko, oświadczył, że dosyć już ma roboty na dzisiaj.
— Nie, to prosta nieprzyzwoitość — mówił Torpenhow do siebie. — Co mu się stało? Po raz pierwszy nie korzysta ze światła porannego. Czyżby odkrył niespodzianie, że ma duszę, temperament artystyczny, lub jakiś skarb równie cenny, który mu nadal pracować nie pozwoli? A może wychodził pod moją nieobecność wieczorami i zaplątał się gdzie w kabałę? Muszę ja to sprawdzić.
Zadzwonił na starego, łysego odźwiernego, którego nic nie zwykło gniewać, ani dziwić.
— Powiedz mi, Beeton — zapytał, — czy mr. Heldar obiadował na mieście, podczas gdy mnie tu nie było?
— Nie, proszę pana, jadał w domu. Nie przypominam sobie nawet, abym mu wydostawał choć raz jeden garnitur wizytowy.
— Po teatrze przyprowadzał tu z sobą rozmaitych panów; ciekawe to były figury. Wogóle lokatorzy na wyższych piętrach nie zachowują się zbyt cicho, przywykłem więc do ich hałasów. Spuszczać jednak laski wzdłuż schodów, a później gonić je na czworakach, lub zawodzić chórem, o drugiej w nocy, pijackie piosenki, to niezbyt grzeczne zachowanie, ze względu na sąsiadów. Ja też przypominałem tym panom: Nie czyńcie tego, czego nie chcecie, aby wam czyniono. Taką jest przynajmniej moja zasada.
— Słusznie, bardzo słusznie! Miałeś więc kłopot z górnem piętrem?
— Nie skarżę się, sir, nie skarżę wcale. Powiedziałem jednak po przyjacielsku panu Heldarowi, co o tem myślę... Uśmiał się tylko i zrobił mi portret mojej żony, bardzo podobny, mało co gorszy od oleodruku. Nie jest to równie piękne jak fotografia, ale ja wiem, że: „Darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby.“ Tak, tak... pan Heldar nie ubierał się ani razu wieczorem.
— Tem lepiej — myślał Torpenhow. — Hulanka mu nie zaszkodzi; Dick tęgą ma głowę. Gdyby jednak kobieta jaka zaczęła stroić do niego słodkie oczy, wtedy nie byłbym pewny swego. Słuchaj, Binkie, ciesz się, że nie jesteś człowiekiem. Ludzie to także zwierzęta, w czynach ich żadnego nie dopatrzysz sensu.
Ryszard, skierowawszy się tymczasem w północną stronę parku, doznawał wrażenia, że idzie wraz z Maisie wzdłuż błotnistego wybrzeża. Przypominał sobie dzień, w którym oplątał rogi Amommy strzępkami białego papieru, i śmiał się głośno na wspomnienie bladej z wściekłości twarzyczki Maisie, którą figiel ten mocno rozgniewał. Spędzili cztery lata, każdy zaś dzień ich, każda godzina związana była ściśle z obrazem dziewczęcia. Przebiegając je myślą, Dick łączność tę spostrzegł teraz dopiero.
W oddali łoskot burzy morskiej, na brzegu zaś Maisie w szarej sukience odrzuca mokre włosy z czoła i śmieje się z pośpiechu łodzi, pędzących ku domowi. Mokradła lśnią odblaskiem słońca, a Maisie z podbródkiem podniesionym do góry krzywi się pogardliwie, wciągając w nozdrza ostrą woń morskich wyziewów. Dalej: Maisie uciekająca przed wiatrem, który gna za nią tumany piasku; Maisie okłamująca mrs. Jennett z minką spokojną i arogancką; Maisie skacząca po wodzie, z kamienia na kamień, z rewolwerem w dłoni i zaciśniętymi rezolutnie zębami; Maisie wreszcie w szarej znów sukience, siedząca na trawie, między rozwartą paszczą armaty a kielichem żółtej lilii wodnej.
Obrazy te zatrzymywały się kolejno przed jego oczyma; ostatni trwał najdłużej, budząc w sercu Dick’a uczucie szczęścia i spokój tem rozkoszniejszy, że nieznany dotąd. Nie przyszło mu też wcale na myśl, aby w ranek ów pogodny istniało dla niego jakiekolwiek inne zajęcie nad spacerowanie po alejach parku.
— Doskonałe światło do pracy — mówił spokojnie, patrząc na własny cień, posuwający się na piasku. — Doskonałe. Niejeden bazgracz pewno się cieszy z tego. Ach, otóż i Maisie.
Szła ku niemu od strony Marmurowego Łuku. Dick spostrzegł, że ruchy jej żadnej nie uległy zmianie, a świadomość, iż odnajduje Maisie taką samą, jak była, dziwne sprawiła mu zadowolenie. Nie przywitali się, bo przecież i dawniej grzeczności tego rodzaju uważali za rzecz zbyteczną.
— Dlaczego opuszczasz o tej godzinie pracownię? — zapytał Dick tonem człowieka, który ma prawo do uwag podobnych.
— Bo mię opanowało lenistwo, po prostu lenistwo. Rozgniewałam się na źle zrobiony podbródek, wyskrobałam go i uciekłam potem na świeże powietrze.
— Oho, znam skrobanie; wiem, jaka to rzecz miła. A co przedstawia obraz?
— Główkę fantastyczną, która źle wychodzi. Uwzięło się na mnie to szkaradzieństwo.
— Nie lubię malować ciała na tle raz podskrobanem. W miarę jak farba zasycha, w miejscu tem występują zawsze włókniste pasemka płótna.
— Bo nie umiesz się wziąć do rzeczy — zapewniła i, podnosząc rękę dla poparcia metody swej, ruchem żywym odsłoniła mankiet, na którym odcinała się żywo barwna plama.
— Patrz, jesteś widocznie równie nieuważną, jak dawniej — zaśmiał się Ryszard.
— Łatwiej dojrzeć źdźbło w oku bliźniego, niż belkę we własnem. Spojrzyj na swój mankiet.
— Na Jowisza! prawda. Gorzej umalowany od twego. Widać, żeśmy oboje niewiele się zmienili. Czekaj, zobaczymy; muszę ci się przyjrzeć.
Przystanął, badając rysy jej krytycznie. Blade światło dnia jesiennego, przyćmione przez drzew konary, stanowiło delikatne tło, na którem odcinała się szara sukienka, toczek czarny aksamitny, spoczywający na kruczych włosach, i profil o regularnym, czystym zarysie.
— Nie, nie zmieniłaś się, dzięki Bogu, ani odrobinę. Czy pamiętasz, Maisie, jak ci raz zaplątałem włosy w zatrzask od torby podróżnej?
Skinęła twierdząco główką i z błyskiem wesela w oczach zwróciła ku niemu twarzyczkę, pełnem światłem oblaną.
— Zaczekaj — mówił, wpatrując się w nią bacznie; — dlaczego kąciki ust twych osuwają się na dół? Czy ci kto przykrość wyrządził, Maisie?
— Nie, sama dręczę się ciągle. Pomimo całej uciążliwej pracy, robota moja nic nie postępuje. A jednak Kami mówił...
Continuez, mesdemoiselles. Continuez toujours, mes enfants. Och, Kami zniechęcić tylko może.
— Prawda, zawsze słowa te powtarza. Zeszłego lata wszakże zapewniał, że robię postępy; powiedział, że w tym roku pośle jedną z prac moich na wystawę.
— Nie tutaj przecież?
— Cóż znowu! Do Salonu.
— Wysoko szybujesz.
— Dość już długo podcinałam sobie skrzydła. Ale gdzie ty, Dick’u, wystawiasz swoje prace?
— Nie wystawiam wcale. Sprzedaję.
— A w jakim kierunku tworzysz?
— Jakto, nie słyszałaś o mnie nigdy?
Dick patrzył na nią szeroko otwartemi oczami, nie mogąc pojąć podobnego zacofania. Nie słyszała o nim! Jak ją tu przekonać? Na szczęście, znajdowali się blizko Łuku Marmurowego.
— Chodź na ulicę Oksfordzką, bliziutko stąd, a ja ci wszystko wytłumaczę i pokażę.
Garść widzów stała właśnie przed sklepem z rycinami, dobrze znanym Dick’owi.
— Patrz, cisną się, aby zobaczyć kopię mego obrazu — wołał z nieukrywanym tryumfem; nigdy zaś powodzenie nie posiadało dlań takiej wartości, takiej upajającej słodyczy. — Teraz wiesz już, w jakim kierunku pracuję. Cóż, czy podobają ci się moje utwory?
Maisie patrzyła na szalony ruch bateryi polnej, idącej do ataku. Wśród tłumu, tuż za nią, dwóch artylerzystów wypowiadało zachwyt swój w gorących wyrazach. Odczuwali ważność chwili — sądzili, że biorą w niej udział, że są tam, na miejscu.
Dick, słuchając słów ich prostych, patrzył tryumfująco na dziewczę i rósł w pospolitem, brutalnem poczuciu wyższości swej i powodzenia. Maisie jednak więcej okazywała zajęcia dla tłumu, zebranego przed sklepem, niż dla obrazu. Zapał ludzi tych bardziej był dla niej zrozumiałym, niż wszelkie sceny wojenne.
— Och, tak pragnęłam chwili podobnej dla siebie, tak pragnęłam! — wyszeptała wreszcie.
— To mnie podziwiają, moje dzieło, moją pracę — mówił Dick tymczasem. — Patrz, oni nie wiedzą nawet, co ich przykuwa, co wzrusza; nie pojmują, czemu oczy ich rozszerzają się, a usta otwierają z zachwytem. Ale ja rozumiem przyczynę tego wrażenia i dumny jestem z pracy, która tłumy elektryzować potrafi.
— Nie dziwię się twej dumie. Boże, cóż to za rozkosz podobne powodzenie!...
— Alboż mało napracowałem się na nie? O, ty nie wiesz, ile chwila ta wynagradza lat pracy ciężkiej a mozolnej.
— Warto walczyć dla takiego tryumfu. Powiedz mi, jak je zdobyłeś?
Wrócili do parku i tu dopiero Dick, puściwszy wodze wymowie, przesunął przed jej oczami całe dzieje dotychczasowej swej działalności, dzieje, opowiadane z arogancyą i przechwałkami, do jakich wobec kobiety skłonnym jest każdy młody mężczyzna. W ciągu sprawozdania tego ja, ja i ja przesuwało się ciągle przed Maisie, jak słupy telegraficzne przed oczami podróżnego, patrzącego w okna wagonu.
Dziewczę, słuchając, kiwało tylko główką od czasu do czasu. Historya przecierpianej biedy, szczegóły głodowych męczarni nie wzruszały Maisie ani na chwilę. Uwaga jej wzrastała wtedy tylko, gdy Dick dodawał przy końcu każdego okresu:
— I to właśnie dało mi pojęcie barw, światła, prawdy w sztuce.
Słowami podobnemi, niby zaklęciem czarodziejskiem, prowadził ją z powstrzymywanym oddechem przez życie swe, przez świat nieznany jej a opisywany z ogniem i werwą, jakiej Ryszard Heldar nigdy nie wykazał dotąd. W uniesieniu tem zaś, w wylewie egzaltacyi, artysta czuł jedno tylko pragnienie. Oto, patrząc na kruczą główkę, która od czasu do czasu pochylała się, jak gdyby chciała powiedzieć: „Rozumiem, mów dalej!“ doznawał dzikiej chęci porwania jej w ramiona i przytulenia do piersi. Marzył, aby ją zabrać stąd, unieść z sobą; bo była to przecież Maisie, bo ona jedna go pojmowała, bo stanowiła jego własność, jego dobro, istotę nad wszystkie pożądaną i upragnioną.
Pokusa stawała się tak silną, iż dla stłumienia jej przerwał opowiadanie.
— Jak widzisz, umiałem dotąd zdobyć wszystko, po co sięgnąłem — kończył, — chociaż mi nieraz ciężko o to walczyć przyszło. A teraz mów ty z kolei.
Życie Maisie było szarem, jak jej sukienka. Obejmowało długie lata pracy wytrwałej, niezmordowanej, którą podniecała duma zacięta, niedająca się złamać ani śmiechem handlarzy, ani mgłą gęstą, przeszkadzającą w robocie, ani sarkaniem Kami’ego, ani nawet ucinkową grzecznością towarzyszek i koleżanek z innych pracowni. Jedyny jaśniejszy punkt stanowiło przyjęcie paru obrazków na wystawy prowincyonalne. W opowiadaniu dziewczęcia przewijała się też ciągle bolesna skarga:
— Jak widzisz, Dick’u, nie mogę, pomimo najsilniejszych starań, dobić się powodzenia, nie mogę trafić do celu.
W sercu Ryszarda głębokie zapanowało współczucie. Tak właśnie mówiła mała Maisie, gdy strzał jej chybiał drewnianego pala, — tak się skarżyła przed wyznaniem ich uczuć i pamiętnymi pocałunkami, — a on doznawał złudzenia, że działo się to przed pół godziną zaledwo.
— Mniejsza o powodzenie — pocieszał. — Wierzaj mi, Maisie — tu słowa następne bezwiednie wybiegły mu na usta, — wierzaj, iż wszystko to razem, wszystkie pędzle i artyzm cały, nie warte jednej lilii wodnej, rosnącej tam, poniżej Fort-Keeling’u.
Pokraśniała lekko.
— Łatwo ci mówić, boś zdobył poklask ogólny, ale ja...
— Pozwól, abym skończył myśl swoją. Wiem... że zrozumiesz... Maisie, może ci się to wyda szaleństwem, lecz dla mnie te dziesięć lat rozłąki nie istniały wcale... Wracam do ciebie... takim, jakim mnie żegnałaś; uczuć moich nic nie zmieniło. Nic również nie zmieniło się w naszem położeniu; jesteśmy, jak wówczas, samotni oboje i sobie zostawieni. Zamiast więc martwić się i toczyć walkę z życiem, chodź do mnie, jedyna.
Maisie siedziała spokojnie na ławeczce, kreśląc czubkiem parasolki znaki fantastyczne na żwirze.
— Rozumiem cię — odparła wreszcie zwolna. — Wyznaczywszy sobie jednak raz cel w życiu, muszę go osiągnąć. Dzieła zaczętego nie rzuca się w połowie.
— Kończ je więc ze mną i przy mnie, najdroższa; nie będę ci przeszkadzał.
— Nie, nie mogłabym. Praca ta musi być moją własną, moją, moją i tylko moją! Całe życie szłam dotąd samotnie i dziś nie umiałabym już należeć do nikogo, prócz do siebie samej. Pamiętam chwile owe tak dobrze, jak i ty, Ryszardzie; ale nie próbowałabym już brać ich dziś w rachubę. Byliśmy dziećmi, które nie wiedziały, co przyszłość kryje przed niemi. Później inne pragnienie opanowało mą duszę; dla spełnienia go długie lata poświęciłam. Dziś więc, gdy zdaje mi się, że jestem bliższą mety, że rok przyszły przyniesie mi względne chociaż powodzenie, dziś nie bądź samolubnym, Dick’u, i nie zabieraj mi tej odrobiny trymfu.
— Przepraszam cię, Maisie, najdroższa moja. Zawiniłem, odzywając się zbyt szybko a nierozważnie. Trudno żądać, abyś rzuciła dotychczasowe twe życie i cel jego dlatego tylko, że ja wróciłem. Odejdę więc i... i... zaczekam trochę...
— Ależ ja nie chcę, abyś odszedł! Nie chcę cię tracić, nie chcę wykreślać z mego... z mego... istnienia teraz, gdy po długiej rozłące odzyskałam cię zaledwo.
— Przebacz raz jeszcze i... rozporządzaj mną, jak zechcesz; zastosuję się do twej woli.
Pożerał rysy jej drobne, zmieszaniem i wzruszeniem nacechowane, w oczach zaś jego zaczął się przebijać błysk tryumfu. Nie przypuszczał bowiem, aby, zatrzymując go przy sobie, mogła nie pokochać go z czasem, aby gorącą miłością swoją nie zdobył nawzajem jej uczuć.
— Wiem, że to źle z mej strony — mówiła Maisie, wolniej niż przedtem, — źle i samolubnie; ale, Dick’u, ja tak długo, och, tak długo byłam sama, sama jedna na świecie! Nie, nie próbuj fałszywie mnie zrozumieć... Teraz jednak, gdy wróciłeś nareszcie, chciałabym zatrzymać cię, jako jedno z ogniw mego życia.
— Rzecz prosta. Należymy przecież do siebie.
— Nie, nie należymy. Ja nie chcę wracać do tego dzieciństwa; wiesz o tem, Dick’u, bo ty jeden pojmowałeś mię zawsze. Przytem dzisiaj wiąże nas jeszcze praca na wspólnem polu. Zaszedłeś dalej, niż ja; mógłbyś mi tyle rzeczy wyjaśnić, w tylu pomagać. Zapanowałeś nad techniką, nad środkami; musisz więc nauczyć mię, jaką drogą dochodzi się do celu. Czy zgoda?
— Zgoda na wszystko; tylko... zdaje mi się, że nie dobrze rozumiem, o co ci chodzi. Czy ma to znaczyć, iż nie chcesz tracić mię z oczu i dlatego proponujesz, abym ci na przyszłość w pracy pomagał?
— Tak; ale pamiętaj, Dick’u, że w słowach moich niema żadnej innej myśli, że stosunek nasz musi poprzestać na cechach koleżeństwa i przyjaźni. Ten warunek właśnie każe mi odczuwać cały mój egoizm. Ale rozstać się z tobą byłoby mi dziś przykro... Pozostawmy więc rzeczy, jak są... i... i będziesz mi pomagał.
— Dobrze. Aby jednak radzić skutecznie, muszę wpierw zobaczyć twoje prace, przejrzeć szkice, zbadać kierunek i tendencye. Wtedy dopiero będę mógł udzielać wskazówek, w miarę postępu roboty. Wszak o to ci chodzi, Maisie?
W błysku jego oczów przebijał znów z trudnością ukrywany wyraz tryumfu.
— Jesteś dobry, bardzo dobry — przyznała. — Czuję, iż opierasz przyrzeczenie swe na wyrachowaniu, które się nigdy nie spełni; czuję to i widzę; źle więc robię, zatrzymując cię przy sobie. Pamiętaj, Dick’u, abyś później nie miał do mnie urazy.
— Nie, Maisie; układ nasz zawieram z całą świadomością; zresztą królowa się nie myli, królowa nie może zbłądzić. Nie sądź więc, iż zdumiewa mnie twój egoizm; nie, uderzony tylko jestem śmiałością, z jaką mnie zużyć próbujesz.
— Phi! — zaśmiała się. — Dla mnie jesteś tylko Dick’iem.
— Tem lepiej, bo Dick’iem tylko pragnę dla ciebie pozostać. Powiedz mi jednak, Maisie, wszak wierzysz, że cię kocham? Pomnij i ty później, w przyszłości kiedyś, że kładę nacisk na to, że nie chcę, abyś się łudziła niedobrzecznem przypuszczeniem braterskich uczuć z mej strony.
Dziewczę popatrzyło na niego badawczo, poczem długie jej rzęsy przysłoniły źrenice.
— Wierzysz, że cię kocham?
— Wierzę; jakkolwiek szaleństwem to jest z mej strony, wierzę. I dlatego właśnie żałuję, że nie mam siły rozstać się z tobą na zawsze, zanim w sercu twojem gniew zapanuje. Towarzyszka jednak, z którą mieszkam, jest nie tylko ruda jak wiewiórka, lecz w dodatku impresyonistka; wszystkie nasze pojęcia różnią się krańcowo, co mnie tem więcej samotną czyni.
— Zdaje mi się, że i nasze się różnią. Nie zwracaj wszakże na to uwagi. Za trzy miesiące będziemy się, mam nadzieję, śmieli oboje z dzisiejszej rozmowy.
Maisie wstrząsnęła smutnie główką.
— Wiedziałam, że nie zechcesz mnie zrozumieć, i że potem, pojąwszy myśl moją, tem sroższą czuć będziesz urazę. Przyjrzyj się wszakże rysom mym, Dick’u, i powiedz, co one ci mówią.
Powstali, patrząc na siebie, oko w oko. Mgła coraz gęstsza tłumiła głuchy łoskot i szum ulicy, kratą żelazną od parku oddzielonej. Dick przywołał całą swą, doświadczeniem życia zdobytą znajomość ludzkiej fizyognomii, aby czytać tem snadniej w tej drobnej, delikatnej twarzyczce, pod czarnym kapelusikiem ukrytej, — w zdobiących ją dużych, siwych oczach, w ustach wytwornie zarysowanych i profilu kruczymi włosami otoczonym.
— Ta sama, moja Maisie, tak jak ja tym samym Dick’iem zostałem — wyrzekł wreszcie. — Oboje posiadamy przytem zadatek uporu i wolę niezłomną; jedna więc z dwóch złamaną być musi... A teraz ułóżmy plany na przyszłość. Mam przecież przyjść obejrzeć twoje obrazy. Może naznaczymy dzień, w którym ruda towarzyszka...
— Najlepiej w niedzielę. Przychodź w niedzielę zawsze. W tylu rzeczach potrzebuję zasięgnąć twej rady, o tylu pogawędzić, lecz teraz czas już wracać do roboty.
— A więc do niedzieli! Tymczasem zaś, Maisie, spróbuj dociec, kim jestem i jakim jestem właściwie. Nie wierz na ślepo uległości mej i słowom, wypowiedzianym tutaj. Do widzenia, ukochana; niech cię Bóg ma w swej opiece!
Maisie odbiegła cicho, jak mała myszka szara. Dick stał w miejscu, śledząc postać jej wysmukłą, dopóki nie zniknęła mu wśród tłumu. Na szczęście jednak, nie słyszał, iż, odchodząc, mówiła do siebie:
— Złe ze mnie, szkaradne, samolubne stworzenie. Ale to Dick przecież, a Dick powinien mnie rozumieć.
Ów Dick tymczasem starał się wytłómaczyć sam sobie, iż dłuższa jego obecność i wpływ serdecznego uczucia muszą rozgrzać Maisie, muszą zmienić obecne jej zapatrywania. Wtem w myśli artysty stanął obraz rysów jej i wszystkiego, co mu one powiedziały.
— Ktokolwiek umie czytać w ludzkiem obliczu, ten musi przyznać, iż w twarzyczce jej odzwierciadla się wszystko, prócz odrobiny uczucia, prócz cienia tkliwości. Będę więc musiał zbudzić je dopiero; usta te zaś mówią wyraźnie, iż nie łatwo zdobyć je przyjdzie. A jednak ona ma racyę; skoro wie, czego chce, powinna dążyć do celu, raz wytkniętego. Co za zuchwalstwo wszakże... zużywać mnie do tego! Mnie! No, ale to Maisie, jej wszystko wolno. Faktowi temu nikt i nic zaprzeczyć nie zdoła. Możność zaś częstego widywania jej sowicie trudy me opłaci. To zarzewie — ciągnął dalej — musiało nigdy nie wygasnąć, lecz tlało widać przez lata długie w mej duszy. Nic w naturze nie ginie; teraz będzie mnie ona zużywać do swych celów, jak ja zużywałem Binat’a w Port-Said. Ha, ma racyę; to jej prawo; niemniej boli to troszkę. Wolno mi więc odwiedzać ją w niedzielę tylko, zupełnie jak kawalerowi, który chodzi w zaloty do kucharki. Przekonam ją jednak, nawrócę; chociaż te usta nie mówią o uległości. Chęć ucałowania ich będzie mnie prześladowała, tak jak dzisiaj, przez cały czas, a ona, zamiast upragnionej pieszczoty, da mi pędzle, każe oglądać obrazy swoje, nie wiem dotąd jakie, i mówić o sztuce, o sztuce niewieściej w dodatku. Och, niechżeż ta przeklęta sztuka przepadnie raz, ze wszystkiemi swemi odmianami! Co prawda, oddawała mi ona dotąd niezłe przysługi, ale czegóż teraz w drogę mi wchodzi? Dla przebłagania, pójdę do domu i spróbuję, o sztuko, złożyć ci należną daninę.
W połowie drogi jednak nowa, smutna myśl uderzyła malarza. Podsunęła ją postać kobiety, przebijającej się przez mgłę gęstą.
— Sama jedna w Londynie, bez żadnej opieki, a w towarzystwie tej rudowłosej impresyonistki, która posiada może strusi żołądek. Wszystkie wiewiórki odznaczają się niebywałą strawnością; tymczasem Maisie taka drobna i delikatna. Jadają pewno nieregularnie, zasycają się herbatą. Życie podobne wycieńcza; może zachorować kiedykolwiek, a ja nawet nie będę mógł nieść jej pomocy. Och, ależ to męka istna! Gdyby była moją żoną, ta troska, ten niepokój, nie psułyby mi chwili każdej.
O zmierzchu do pracowni Dick’a wszedł Torpenhow. W męskich jego rysach odzwierciadlała się troska również i owa miłość surowa, znana tylko mężczyznom, których złączyło jarzmo wspólnej pracy, razem przebytych niebezpieczeństw, długiego przyzwyczajenia, trudów i zabiegów. Uczucie takie opiera się wszelkim próbom — zarówno sprzeczce, jak ostrym uwagom i brutalnej szczerości. Przeciwnie, po otwartem wypowiedzeniu myśli wzrasta, stając się silniejszem nad rozłąkę, nad złe postępowanie nawet.
Podawszy mu fajkę, Dick milczał dalej. Myśli jego zajęte były w tej chwili obrazem Maisie oraz obliczaniem możliwych jej potrzeb. Troszczyć się o kogokolwiek innego oprócz Torpenhow’a, który doskonale radził sam sobie, była to dla Ryszarda nowość, pełna uroku. Teraz wiedział nareszcie, na co pracował; wiedział, co ma zrobić z pieniędzmi. Będzie obsypywał Maisie klejnotami. Zawiesi na delikatnej jej szyi gruby łańcuch złoty, okrągłe ramiona pokryje bransoletami, w pierścienie drogocenne ubierze te rączki drobne, chłodne, a wszelkich świecideł pozbawione, te rączki, które z takim spokojem spoczywały nie dawno w jego dłoniach.
Wtem myśl ta cała wydała mu się niedorzeczną. Wszak Maisie nie pozwalała mu włożyć jednego, jedynego pierścionka na swój paluszek; inne więc złote okowy śmiechem przyjęłaby zapewne. Nie; lepiej byłoby o szarej, jak ta, godzinie siedzieć z nią razem; ręką opasać kibić, a czarną główkę przygarnąć do ramienia; ona oparłaby mu ją tu, na piersiach — i siedzieliby cichutko, wsłuchani we własne słowa, lub w spokój, panujący dokoła.
Buty Torpenhow’a skrzypnęły w tej chwili, a ostry głos jego przerwał nić marzeń dalszych. Heldar ściągnął brwi i zaklął z cicha; przypomniało mu to bowiem, iż w powodzeniu, branem za rzecz z prawa sobie przynależną, za słuszną nagrodę cierpień przebytych, nagła zachodziła przerwa. Oto znalazła się kobieta, która, nie przecząc sławie owej, ani zasługom, nie chciała jednak uczuć jego dzielić.
— Słuchaj, stary druhu — mówił tymczasem Torpenhow, — czyja cię czem dotknąłem, czy obraziłem w ostatnich czasach?
— Ty? Nie. Co za myśl nawet!
— Więc chyba wątroba ci dolega?
— Człowiek zdrowy, jak ja, nie wie, że ma wątrobę. Jestem po prostu rozstrojony trochę. Coś mi tam świdruje w duszy.
— Człowiek zdrowy naprawdę nie wie, że ma duszę. Skąd ci przyszły takie zbytkowne dociekania?
— Z powietrza pewno. Czy nie pamiętasz, kto to napisał, że jesteśmy wszyscy wyspami kłamstwa, rozrzuconemi na morzu nieporozumień?
— Kimby on nie był, miał racyę, co do nas przynajmniej. Morze nieporozumień tylko to rzecz zbyteczna. Wątpię, Dick’u, abyśmy dwaj mogli nie zrozumieć się wzajemnie.
Milczenie zaległo pracownię. Kłęby błękitnego dymu, dosięgnąwszy sufitu, zaczęły z wolna zniżać się ku dołowi. Torpenhow, zapatrzony w nie, rzucił z nienacka:
— Dick’u, czy to o kobietę chodzi?
— Bodajś się powiesił, jeżeli mi kobieta przez myśl chociaż przeszła! Spróbuj raz jeszcze przemówić w ten sposób, a wiesz, co zrobię? Oto, wynająwszy typową pracownię, z czerwonej cegły, z białemi, olejno malowanemi ozdobami, z doniczkami begonii, petunii i palm tanich o trzech liściach, przeniosę tam moje obrazy. Każę je oprawić w ramy z pluszu błękitnego, porozstawiam malowniczo i sproszę wszystkie kobiety, które jęczą, wzdychają i plotą wyczytane w podręczniku banialuki o sztuce. A ty, ty, Torp, będziesz je musiał zabawiać, ubrany w tabaczkowy, aksamitny surdut, w żółte spodnie i pomarańczowy krawat. Przypuszczam, że przypadnie ci to do gustu.
— Przeciągnąłeś strunę, Dick’u, i dlatego właśnie wiem, co chciałem wiedzieć. Człowiek lepszy nawet od ciebie gotów w takiej chwili kląć się i przysięgać; ale to go tem więcej potępia. Przeciągnąłeś strunę. Nie mam prawa nic ci powiedzieć; cieszę się jednak, że za kłamstwo podobne losy gotują ci tam, gdzieś pod słońcem, potężne cięgi. Czy ci je ześle niebo lub ziemia, nie wiem. Przyjść jednak muszą; muszą cię złamać, zgnieść, upokorzyć trochę, bo od dawna uczciwych plag potrzebujesz.
Dreszcz mimowolny wstrząsnął Heldarem.
— Dobrze — odparł żartobliwie. — Gdy będą mię miażdżyć, udam się do ciebie po ratunek.
— A ja przyjdę i dopomogę im jeszcze. Ale po co my głupstwa mówimy? Wszystko to sensu nie ma. Chodźmy lepiej do teatru.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Rudyard Kipling i tłumacza: Natalia Korwin-Szymanowska.