Zagrzebani/Rozdział X

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Zagrzebani
Podtytuł Powieść z życia wiejskiego
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1897
Druk Rubieszewski i Wrotnowski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


ROZDZIAŁ X,
w którym pokazuje się, że głęboko obmyślane kombinacye pana Symplicyusza rozbiły się o nieprzewidziane przeszkody.

Gdy już zima dobiegała do końca, pan Symplicyusz obyczajem swoim w świat się chciał puścić, dokąd go różnorodne interesa ciągnęły.
W Czarnej zasiedział się dziadowina dość długo, ponieważ chciał pana Józefa dokładnie wyrozumieć. Witold wyjechał na czas jakiś do Warszawy, więc polowania ustały, a zatem porozumienie się z zapalonym myśliwym było o wiele łatwiejsze.
Pan Józef tak Witolda polubił, że po jego odjeździe formalnie tęsknić zaczął i Symplicyusz też zaraz w tę strunę uderzył.
Upatrzywszy chwilę stosowną, gdy ojciec panny Michaliny sam był w swoim pokoju, wszedł tam stary szlachcic, drzwi zamknął i rozmowę rozpoczął:
— Bogu dzięki, panie Józefie, — rzekł — że jesteś sam, a, jak przypuszczam, nie masz nic pilnego do roboty; mnie w drogę czas...
— Odjeżdżasz? i ty, panie Symplicyuszu, odjeżdżasz?
— Ano, widzisz, zasiedziałem się tu zadługo, a, prawdę powiedziawszy, i nie jednom przez to zaniedbał. Jechać mi trzeba koniecznie. Po ludziach pieniędzy trochę mam, chciałbym tedy poodbierać je i razem ulokować.
— Niby to tak łatwo poodbierać od ludzi...
— Mnie łatwo, bom tak lokował, że w każdej chwili odebrać mogę, a mam takie swoje kombinacye, że mi właśnie większy kapitalik może być niedługo potrzebny, więc chcę być na wszelki wypadek w pogotowiu.
— Majątek może kupisz?
— Może...
— Warto, warto doprawdy. W twoim wieku, to jakoś lepiej byłoby osiedlić się na stałe i zaprzestać tych wiecznych wędrówek. Jużeś nie pierwszej młodości, potrzebujesz wygody... spokoju...
— No, co do młodości, to jeszczebym niejednego wielkiego myśliwego przeskoczył... a spokój? Mój panie Józefie, kto wie, czy nie mam większego spokoju tak oto żyjąc, aniżeli w swojej fortunie... Ja sobie kapitalikiem obracam, służby trzymać nie potrzebuję, gradu się nie lękam.
— Prawda, ale zawsze... odpoczynek ci się należy... Oto więc wyszukaj sobie jakiego mająteczku tu koło nas, ożeń się...
— Ja?!
— Dlaczegóż nie? Nie mówię, żebyś z ośmnastoletnią dziewczyną miał się żenić, ale mógłbyś znaleźć jaką poważniejszą osobę, opiekunką by twoją była... gospodynią. Cóż, nie mam racyi?
— No, zapewne, ale na to będzie jeszcze dość czasu; widzisz przecie, żem zdrów i że rumianku jeszcze nie potrzebuję, zanim zaś sobie jakowej magnifiki wyszukam, wolałbym pierwej z Witoldem jakiś koniec zrobić — no i właściwie w tym celu chciałbym z tobą, kochany panie Józefie, pomówić. Ten chłopak obchodzi mnie bardziej, niż myślisz. Dlaczego, teraz ci mówić nie będę, dość, że mnie bardzo obchodzi... chciałbym go widzieć szczęśliwym i żebym tylko mógł, to duszę bym oddał za niego.
— Cóż to, znam cię, panie Symplicyuszu, od lat wielu, wiem, że jesteś dobry, poczciwy, uczynny — ale się z sentymentem nigdy nie lubisz oświadczać. Pierwszy raz słyszę, żebyś tak uczucia swoje manifestował.
— Istotnie, nie lubię o tem mówić, co czuję, — rzekł stary szlachcic z rozrzewnieniem — wszelako w tym razie muszę zrobić wyjątek. Witold ma do moich sentymentów niejakie prawa, o czem, żebyś sobie tego dwuznacznie nie tłómaczył, później ci szczegółowo opowiem...
— Dlaczego później?
— Bo tym razem nie mogę... Przypuszczam, że każdy człowiek, starszy zwłaszcza, miał w swojem życiu pewne momenta, o których bez rozrzewnienia wspominać nie może — a ja się właśnie rozrzewniać nie chcę dziś... gdyż chciałbym z tobą, kochany panie Józefie, pomówić na seryo...
— Służę ci — i owszem. O cóż chodzi?
— Powiedz mi tedy, ale tak poprostu, z ręką na sercu, bez żadnych ceremonij, jak ci się Witold podobał?...
— Złoty chłopak! złoty chłopak! Myśliwy zawołany.
— Ale myśliwy to jeszcze niewiele. Ja się pytam, jak go uważasz w ogóle, nie jako myśliwego — ale jako człowieka?
— Ano, krótko ci mówię, złoty chłopak... Takie jest moje zdanie...
— Istotnie... bo to, proszę cię, i persona i prezencya i uroda.
— Tak... tak...
— Gospodarz będzie doskonały, bo przecież tam za granicą próżno czasu nie tracił. Chłopak w świecie obyty, w głowie ma nieźle, wcale nieźle... no, wreszcie i „nervus rerum“... substancya jest... kapitalik pokaźny, możnaby za niego fortunkę niezgorszą nabyć, tembardziej, że jeżeliby zabrakło, to ja ze swojej kieszeni dołożę. U niego pewne, nie zginie mi... Widzisz tedy, panie Józefie, że wszystko za nim przemawia...
— Zapewne...
— Tedy, cóż w bawełnę owijać? Jestem twoim przyjacielem od tylu lat, mogę więc z całą otwartością mówić, jako człowiek godzien chyba twego zaufania...
— Ależ panie Symplicyuszu, dziwię się nawet, że się aż do takich przygotowań i wstępów uciekasz, mów poprostu o co idzie.
— Ano... tedy o Michalinę idzie mi dla Witolda...
— Domyślałem się...
— I cóż powiesz na to, panie Józefie?...
— Co powiem? Powiem, że o lepszej partyi dla mojej jedynaczki marzyć nawet nie mogę i gdyby tylko wola jej była po temu, to z całego serca pobłogosławię, majątek im oddam, a sam patrzyć będę na ich szczęście.
Pan Symplicyusz ręce rozkrzyżował i na szyję Józefowi się rzucił.
— Słuchaj, panie Józefie, — mówił głosem drżącym ze wzruszenia — jeżelim kiedy widział, jeżelim kiedy wyobrażał sobie bardziej dobraną parę — to pies jestem! Bo, proszę cię, Witold... jest dzielny chłopak, a twoja Michasia to... to... proszę cię, anioł... Jeżeli oni nie będą z sobą szczęśliwi, to już chyba niema szczęścia na świecie...
— Dobrze to jest, mój drogi, ale widzisz...
— Co? Jużeś może jaką przeszkodę wynalazł?
— Nie, tylko chciałem się zapytać, czy Witold mówił ci co o swoich zamiarach?...
— Wprawdzie nie mówił mi jeszcze nic, ale to widoczne, że jest zakochany po same uszy... Mogłeś to przecie zauważyć, gdy odjeżdżał. Ciebie żegnał z taką rewerencyą, jakby syn ojca, a Michasi rączki wyściskiwał jak za najlepszych czasów... Patrzyłem na to z boku i serce mi rosło z radości, jak ci dobrze życzę, panie Józefie. Ona również bardzo jakoś czule spoglądała na niego.
— Coprawda, nie zauważyłem, żeby byli sobą bardzo zajęci...
— Bo patrzyć nie umiesz... Zresztą byłby to dziw nad dziwy i niczem niewytłomaczona zagadka, gdyby się nie zakochał. Przecież ślepy nie jest... Co do mnie, żebym był na jego miejscu, żebym miał ze trzydzieści lat mniej, to wiedziałbym, co robić... Padłbym wam do nóg jak długi i albobyście Michasię dali mi, albo... albobym się na pierwszej suchej gałęzi obwiesił!
— Nie wiedziałem, żeś taki romantyk, panie Symplicyuszu.
— Powiadam to niby dla przykładu, jako argument, że młodzi się kochają, co zresztą czuję przez skórę, a trochę się na tych rzeczach znam. Skoro zaś tak jest, skoro skłonność młodych ku sobie nie ulega wątpliwości...
— Otóż ten punkt nie jest sprawdzony.
— Powtarzam, że dla mnie nie ulega wątpliwości i możemy o tem mówić, jako o fakcie... Witold tu niezadługo powróci, a powróciwszy oświadczy się; lepiej więc wszystko zawczasu ułożyć.
— A cóż tu układać?
— Jakto co? Przecież trzeba ich gdzieś podziać...
— Jeżeli się zechcą połączyć, to oddam im majątek i niech pracują, niech dorabiają się. Dom duży, wygodny, pomieścimy się doskonale... przecież do grobu z sobą nie wezmę, dzieci więcej nie mam — a na tej fortunie kawałka chleba nie zabraknie im do samej śmierci, jeżeli zechcą pracować...
— Otóż ja miałbym inne całkiem widoki.
— Naprzykład?
— Jegomość siedziałbyś tu w Czarnej, jako i teraz, z jejmością, a młodym trzebaby poszukać fortuny większej, choćby trochę zaniedbanej nawet, żeby Witold miał nad czem popracować. Otóż taką fortunę ja tu w blizkości upatrzyłem.
— Gdzie?
— No, blizko stąd, bardzo blizko. Krótko mówiąc, Maciejów.
— Co też ty mówisz! To niepodobna...
— Dlaczego...
— Raz, że majątek duży i nie wiem, czyby na fundusz Witolda, choćby nawet i z pomocą z mojej strony, można go kupić.
— Ja powiadam, że można.
— Przypuśćmy, ale zachodzi inna, poważniejsza przeszkoda: pan Mikołaj majątku nie sprzeda.
— Niech cię o to głowa nie boli. Ja powiadam, że sprzeda, i niech tylko przyjdzie pan Mikołaj do zdrowia, zaraz z nim układy rozpocznę. Wiem ja doskonale, co się tam święci. Piękna pani Lucyna jest jak ptak na odlocie, radaby jednej chwili stamtąd wyfrunąć, pan Karol także oddawna tylko o tem marzy... Naturalnie, że pan Mikołaj o sprzedaży niemcom nie chciał słyszeć, ale uczciwemu szlachcicowi sprzeda, tembardziej teraz po owym fatalnym wypadku, po chorobie... Chociaż nawet powróci do zdrowia, to już do gospodarowania sił nie znajdzie. Będzie wolał w mieście osiąść i spokojne życie pędzić... Już ja sam go do tego namawiać będę...
— Widzisz, to także nie argument... bo jeżeli ojciec gospodarować nie będzie, to zastąpi go syn...
— Jaki syn znowuż?
— Przecież Karol...
— Symplicyusz ręką machnął.
— Nie zaprzeczysz chyba, kochany Symplicyuszu, — rzekł pan Józef — że od chwili, kiedy ojciec zachorował, Karol zabrał się gorliwie do pracy...
— Tak, ambitny jest i przez ambicyę to zrobił, ale w gruncie rzeczy jemu tak się chce gospodarować, jak mnie tańczyć. Możesz mi wierzyć, panie Józefie. Krótko mówiąc, Maciejów kupimy i niech się państwo Witoldowie dorabiają. Jakoś cię ten plan nie zachwyca, jak widzę.
— Owszem, dlaczego nie? Tylko to jeszcze rzeczy odległe i obawiam się, czy nie łowimy ryb przed niewodem, Symplicyuszu.
— Ale co znowu? Już ja to wszystko doskonale obmyśliłem i dla siebie nawet.
— Osiadłbyś także w Maciejowie?
— A naturalnie, byłbym blizko was, a przytem mam rozmaite projekta.
— Projekta?
— Ma się rozumieć. Bezczynnie siedzieć niechcę, a nawet i nie mógłbym. Od gospodarstwa odwykło się, przytem lubię trochę włóczyć się po świecie, więc wykombinowałem sobie takie zajęcie, że będę zbożem handlował...
— Ty?
— A ja. Cóż to, proszę cię, czy święci garnki lepią? Mogą żydzi handlować, mogę i ja, a jeżeli mi się powiedzie, to za mną pójdzie drugi, trzeci, dziesiąty.
— Co ci po tem?
— Widzisz, panie Józefie, dużoby o tem było mówić. Oto naprzykład my, rozmawiamy tutaj o nas samych, o naszem szczęściu, Witoldzie, Michasi i tak dalej — ale nie należy zapominać, że oprócz tego, po za nami, są miliony braci, którym na świecie duszno, ciężko, źle — że cała nasza rodzina, w obszerniejszem tego wyrazu pojęciu, podzielona jest jakby na kasty egipskie. Stąd wynikają kolizye między jedną a drugą, nieporozumienia, zawiści, które przy okolicznościach pewnych, nieraz wytwarzanych sztucznie, przeradzają się w nienawiść, w niechęć, czasem skrytą, a niekiedy wprost jawną i otwartą.
— Oj, marzycielu, marzycielu! I ty chcesz to zmienić, chcesz sam jeden nieznośne położenie poprawić? Gdybym cię nie znał, żeś człowiek praktyczny, wziąłbym cię za Donkiszota, rozpoczynającego bój z wiatrakami.
Jajko roześmiał się.
— Zabawni wy jesteście — rzekł.
— Kto to wy?
— A ty, kochany panie Józefie, ty i tobie podobni, którzy dowodzą, że już nie da się zmienić, ani zreformować, bo to przechodzi nasze siły. Sam na własną rękę nikt nie zacznie, nikt się do poprawy złego nie weźmie — ale wzdychać, ubolewać, jęczyć każdy potrafi.
— Ależ ostatecznie, kochany Symplicyuszu, o cóż idzie? Nie mów ogólnikami, lecz...
— Nie, ja ogólnikami nie mówię. Warstwy różne, odrębności w nas są, a każda się w swojej skorupie zasklepia i na krzywdę drugiej działa. Otóż trzeba te kasty przemieszać, rozbić, bo jak ja albo ty weźmiemy się do handlu, to jeden i drugi handlarz musi wziąć się do motyki. Oto, w czem sens moralny, mój panie Józefie. Możesz się na to zgodzić, albo nie zgodzić, ale ja wierzę w to, co mówię i z siebie przykład pierwszy dam, jako już i dałem poniekąd... Śmieją się ze mnie może, lecz ja o to niedbam. Mógłbym przecie osiąść na swojej fortunie, którą w dzierżawę puściłem i notabene grosza z niej nie widzę, mógłbym sobie i tutaj oto kawał ziemi kupić...
— Mógłbyś, wiem.
— A jednak nie chcę... wolę się czem innem zatrudnić i być równie pożytecznym dla moich współbraci. Symplicyusz Jajko, zamiast gospodarować na kilkunastu włókach, myśli handel prowadzić, ponieważ mu się zdaje, że tak będzie lepiej... Wolno komu w to wierzyć, wolno nie wierzyć.
Pan Józef nie odpowiadał.
— Ale mój drogi panie Józefie — odezwał się po chwili milczenia Symplicyusz — odeszliśmy od przedmiotu. Czy tedy aprobujesz moje zamiary co do młodych?
— Kiedy jeszcze nic stanowczego niema.
— Ja się pytam tylko, czy aprobujesz w zasadzie?
— Powiedziałem ci już, że o niczem lepszem dla córki nie marzę...
— Dość na tem, więcej mi też nie trzeba. Powiadasz, że jeszcze stanowczego nic niema — to bagatelka!... to samo z siebie przyjdzie, chybaby oboje byli ślepi, żeby własnego szczęścia nie spostrzegli. Będzie para jakby w korcu maku dobrana... Tedy niech cię uściskam, jadę.
— Dziś?
— Zaraz nawet. Kazałem już Maciejowi, żeby deresza zaprzągł. Wlokę się.
— Cóż tak pilnego? Masz czas, jutro, pojutrze.
— A nie. Już jak sobie co postanowię, to lubię zaraz wykonać; trzeba jeszcze być tu i owdzie, a zanim wszystko pozałatwiam, to pewnie parę miesięcy zejdzie.
— I przez cały ten czas nie zajrzysz nawet w nasze strony?
— Jak Bóg da. Ale chciałbym choć na parę dni wpaść, bo mi tęskno będzie za wami. Witold za kilka tygodni ma tu być, pragnąłbym też na tę porę przyjechać. Niechby się oświadczył. No, drogi, panie Józefie, bądź zdrów, pójdę się z paniami teraz pożegnać — i w drogę.
W godzinę później pan Symplicyusz Czarnę opuszczał. Deresz, wypoczęty przez czas dłuższy, spasiony jak wał, kłusował ostro, parskając, a stary szlachcic ulubioną swoją fajeczkę pykał, a o przyszłości młodej pary rozmyślał...
— Zabawny człowiek — rzekła panna Michalina do ojca, gdy już biedka pana Symplicyusza zniknęła za bramą.
— Może, ale poczciwy, prawy...
— O poczciwości jego nie mam prawa wątpić, lecz rozśmieszył mnie na odjezdnem.
— Czem?
— Naprzód pocałował mnie w głowę...
— Mógłby być twoim dziadkiem.
— Zapewne... a powtóre, takie mi dziwne nauki dawał...
— No?
— Powiedział mi, ach! dużo mi mówił o młodości, o sercu, o szczęściu... niestworzone rzeczy, wreszcie skończył pogróżką.
— Jakto?
— Zagroził mi, że jeżeli nie zakocham się na zabój do czasu jego powrotu, to obrazi się na mnie śmiertelnie i już nigdy noga jego w Czarnej nie postanie.
— Cóż odpowiedziałaś na to?
— Powiedziałam, że wezmę zaraz jego fotografię, wpatrywać się w nią będę po kilka godzin na dzień — i jeżeli nie będę mogła się zakochać, to niech mi wspaniałomyślnie wybaczy.
— W czyją fotografię masz się tak wpatrywać?
— W czyjążby? — naturalnie, że w drogie rysy pana Symplicyusza...
Pan Józef się rozśmiał.
— Nie przypuszczasz chyba, że sam dla siebie chciał wzbudzić sentyment w twojem sercu...
— Więc?...
— Może miał kogo innego na myśli.
Panna Michalina nie odpowiedziała nic, pokręciła tylko główką i wybiegła z pokoju.
Zima przeszła. Ciepłe słońce wiosenne pobudziło do życia całą przyrodę. Zazieleniły się łąki i pola; rozśpiewały ptaki w lasach, weselej szumiały rzeki i strumienie.
Drzewa, świeżą zielenią pokryte, szemrały gałązkami, oracze z pługami wychodzili na pola.
W Maciejowie duże zmiany zaszły. Pan Mikołaj prawie zupełnie do zdrowia powrócił. Odzyskał władzę i mógł, podpierając się laską, chodzić; mowa również mu wróciła.
Chciał też zaraz do dawnego trybu życia powrócić, ale Sapiejewski, który go ciągle w kuracyi miał, stanowczo oparł się tym projektom.
— Już z tego nic, mój dobrodzieju, — rzekł — dziękuj Bogu, żeś się z jednej biedy szczęśliwie wykręcił, lecz drugi raz guza nie szukaj... bo mógłbyś to życiem przypłacić, jak nic. Jesteś już jegomość stary, to też wyperswaduj sobie wszelkie gospodarowanie, łażenie po polach, oborach i stodołach. Zrobi się wszystko i bez ciebie, a jeżeli ci się przykrzy bez zajęcia, to gazety czytaj, zegary swoje reperuj, tabakę kręć. To akurat robota dla starego inwalida...
Pan Mikołaj zawsze sprzeczać się lubił, więc też i z doktorem przekamarzał się i protestował, ale w duszy przyznawał mu słuszność i wiedział, że trzeba się do dobrej a życzliwej rady zastosować. Siedział więc starowina w domu, ale na wszystko, co w folwarku i gospodarstwie działo się, baczne dawał oko i z pociechą widział, że syn go doskonale wyręcza.
A jaki przytem uprzejmy i delikatny! Nie gra roli samodzielnego gospodarza, lecz codzień radzi się ojca, jak to zrobić, jak owo? Pan Mikołaj zachwycony tą zmianą, dumny jest z syna i wydziwić się nie może jego pracowitości i energii.
— Skąd się to wzięło? — pyta stary szlachcic w duchu i dziwi się, że dzieci go o sprzedaż majątku nie nagabują. Bo i pani Lucyna nie nudzi się, ma zawsze dobry humor i tak wypiękniała, że poznać jej trudno.
Nie mówi już o wyjeździe, nie tęskni do Warszawy, nie wspomina o potrzebie kuracyi u znakomitości lekarskich. Usposobienie dzieci wpłynęło korzystnie na humor pana Mikołaja — nigdy jeszcze nie był tak wesoły. Śmiał się, opowiadał chętnie o dawnych czasach, żartował z kłopotów panny Weroniki — a gdy przyjechali goście, gdy się ulubiona pulka złożyła, to już był tak wesoły i zadowolony, że nawet o zegarach swoich zapominał. Pan Karol w powszednie dni nigdy Maciejowa nie opuszczał, chyba że mu z jakim ważnym interesem do miasta wyjechać wypadło, w niedzielę zaś lub święto do Czarnej jeździł; czasem sam, częściej z siostrą, a nawet i z ojcem, któremu wolno było już niedalekie wycieczki w powozie odbywać.
Z Witoldem, który u państwa Józefów w Czarnej bawił, a w Maciejowie bywał bardzo częstym gościem, pan Karol wszedł w stosunki bardzo przyjazne.
Niechęć i uprzedzenie, które do młodego żmudzina z początku żywił, zniknęły, i pan Karol polubił jego towarzystwo, zasięgał jego rad i wskazówek do gospodarstwa, a w rozmowie z nim wielką przyjemność znajdował.
Jednego dnia wieczorem, gdy gazety i listy chłopak z poczty przywiózł, pan Mikołaj, z miną bardzo uroczystą, zaprosił syna i córkę do siebie na konferencyę poufną.
— No, moje drogie dzieci, — rzekł do nich, wskazując na list na stole leżący — marzenia wasze są blizkie urzeczywistnienia.
Pani Lucyna zarumieniła się trochę.
— Marzenia? — rzekła jakby zdumiona — my, proszę ojca, nie mamy żadnych marzeń... co do mnie przynajmniej.
— Ale, tak mówisz, przypomnij-no sobie i ty, Karolu, także.
— Nie wiem, o czem ojciec mówi.
— Ach, Boże! O tem, o co tyle lat męczyliście mnie...
— My?!
— O sprzedaż Maciejowa...
— Ja ojca nie namawiam, — rzekła pani Lucyna — czy nam tu źle?...
— No, proszę, jak to się gusta zmieniają... Tak niedawno jeszcze...
— Dziś rozmyśliłam się...
— I ja się także rozmyśliłem, kochana Lucynko...
— Ojciec?!
— A tak. Naturalnie szwabom nie chciałem ojcowizny, która przez lat tyle była w ręku naszej rodziny, sprzedawać, ale dziś, gdy się trafia kupiec porządny, rodak, a poniekąd i przyjaciel, to czegóżby nie? Na co macie zagrzebywać tu swoją młodość, zdolności i talenta? Wynieście się do miasta, szukajcie odpowiedniejszej sfery, a ja, jako stary inwalid, jak Sapiejewski powiada, osiądę także na bruku, będę miał blizko kościół, gazety, może do resursy jakiej się zapisze — ot i tak, jako stary emeryt, żywota dokonam. Wysłużyłem się już dość tym zagonom szarym, tym polom.
Pan Karol nic nie odpowiadał, wsparł głowę na rękach i posmutniał widocznie.
— Ciekawam, cóż to za kupiec? — spytała pani Lucyna.
— Znasz go dobrze, zgadnij.
— Nie domyślam się nawet.
— Jajko, stary Symplicyusz...
— On?
— A tak, właśnie proponuje mi sprzedaż listownie, a za dwa tygodnie ma się osobiście zgłosić po odpowiedź.
— Ten człowiek wszędzie się musi wtrącić — rzekła pani Lucyna prawie z gniewem.
— Kiedy właśnie on tu pisze, że działa zgodnie z waszem życzeniem, że obiecywaliście mu nawet porękawiczne, jeżeli sprzedaż doprowadzi do skutku.
— Ach, ojcze, ja wtenczas byłam chora, rozdrażniona, zmartwiona różnemi przejściami i tym nieszczęśliwym rozwodem. Jednem słowem, wszystkiem...
— A dziś? Cóż się dziś w twojej sytuacyi zmieniło?
— Zapewne że nic...
— A zatem?
— Nie, ojczulku kochany... Naturalnie, zrobi ojczulek ze swoją własnością jak zechce, ale jeżeli idzie o moje osobiste zdanie...
— To co?
— To ja oświadczam się przeciw sprzedaży.
— Boże miłosierny! Świat się kończy! — zawołał, śmiejąc się, pan Mikołaj — a cóż ty, Karolu, powiadasz?
— Ja? — rzekł pan Karol, ramionami wzruszając — cóż ja powiedzieć mogę?
— Skoro się pytam...
— Majątek należy do ojca.
— A nie... do mnie należy obecnie, ale w przyszłości jest wasz, pragnąłbym więc uwzględnić i wasze zdanie.
— Czy mam mówić otwarcie?
— Spodziewam się.
— W takim razie zgadzam się zupełnie ze zdaniem mojej siostry, zostańmy w Maciejowie...
— Dzieci?! — zawołał pan Mikołaj — co się z wami porobiło? Cóż to za metamorfoza?...
Pan Karol milczał, pani Lucyna spuściła oczy.
Ojciec powtórzył pytanie.
— Cóż za metamorfoza, — rzekł — niechże się dowiem, skąd się wzięła?
— Proszę ojca, — odpowiedział pan Karol po chwilowym namyśle — proszę ojca, właściwie to nie jest żadna przypadkowa zmiana.
— A więc cóż?
— Tak... zastanowiliśmy się i przyszliśmy do przekonania, że lepiej tu zostać na miejscu.
— Czy i ty, Lucynko, myślisz tak samo?
— Tak, ojcze...
— A jakżeż będzie z różnymi projektami, kuracyą i tak dalej...
— Nic nie będzie.
— Hm! hm... coś się w tem święci... no, ale wasza wola, moje dzieci... jak chcecie, zastosuję się do niej. Czy mam Symplicyuszowi odpisać?
— Wspominał ojciec, że osobiście ma się zgłosić po odpowiedź.
— A tak, istotnie, pisze, że za dwa tygodnie tu przyjedzie.
— Niech przyjedzie.
— A jak zapyta o odpowiedź? Nie chciałbym go obrazić.
Pani Lucyna rozśmiała się.
— Przecież ojczulek ma zawsze na wypadek sprzedaży swoją kochaną kapitułę w pogotowiu...
— Prawda, prawda. A wiecie wy, że to jego własny pomysł...
— Pana Symplicyusza?
— Tak, tak. Teraz go chcecie pobić jego własną bronią. Tak, jeżeli sobie przypominacie ową historyę z niemcami... Namęczyliście mnie wtedy dość; żeby nie poczciwy Symplicyusz, który mi dał ów pomysł, to nie wiem, na czem byłoby się skończyło... No, nie stało się. Co was skłoniło do zmiany zdania, nie wiem, i jak dotąd wcale się nie domyślam, ale szczęśliwy jestem z tego obrotu rzeczy... i dziękuję wam serdecznie... Wy, młodzi, rwiecie się do życia i może nie jesteście w stanie pojąć myśli starca, który już nad grobem stojąc...
— O, ojczulku kochany! — przerwała pani Lucyna — nie wspominaj o tem. Bóg cię zachowa dla nas jeszcze przez długie lata.
— To, moja kochana, jest życzenie wasze, życzenie, o którego szczerości nie wątpię — ale prawa natury są nieubłagane i niezłomne. Młodość mija, przychodzi wiek dojrzały, za nim starość, a za tą starością... grób. Więc...
— Dlaczego ojciec o tem mówi?
— Pozwólcież mi dokończyć... Stary myśli często o grobie, myśli, gdzie złoży stare kości, a choć się wam to może przesądem wyda, ale wierzcie mi, że boleśnie pomyśleć, że się będzie leżało zdala od swoich, od tych kątów, do których się przez tyle... tyle lat przywykło... Ostatecznie teraz sprzedałbym majątek, gdyby to życzeniem waszem było, sprzedałbym, bo czegóż człowiek dla szczęścia dzieci nie zrobi... Myślałem o tem, byłem prawie zdecydowany w Warszawie osiąść i tam ostatek życia przekołatać... ale ile razy tem miewałem głowę zaprzątniętą, ile razy wspomniałem o Warszawie, tyle razy przychodziły mi na myśl Powązki...
— Powązki!
— A tak, tak, Powązki... Mnieby tam było ciasno, źle... duszno... Nie śmiejcie się ze starego, z wiekiem nabiera człowiek różnych uprzedzeń, może nawet przesądów... Ja wiem, że to nie wytrzymuje krytyki, ale... to jest... jest... wyrośnie gdzieś w jakimś zakątku serca, ukryje się na samem dnie duszy, ale jest i czasem boli, czasem straszy, czasem dziwną jakąś trwogą przejmuje... Bóg wam zapłać, moje dzieci, żeście mnie uwolniły od tej zmory.
— Ojcze!
— Bóg zapłać, dziękuję, raz jeszcze wam dziękuję. Uważam, że ty, Karolu, jakoś do gospodarstwa się wziąłeś...
— Uczę się, chciałbym...
— Owszem, owszem, mój synu, zostawiam ci pole, pracuj, bo doprawdy to praca wdzięczna... to, na mój rozum, jedno ze szlachetniejszych zatrudnień... Nie zbogaca ono szybko, nie opłaca sowicie trudów, ale pomimo niepowodzeń, pomimo klęsk jakie się trafiają, ma w sobie coś, co przyciąga, przywiązuje do roli... Jak pobieleją ci włosy, to zrozumiesz.
— Rozumiem już, ojcze.
— Powiedziałem, że ustępuję ci pola... pracuj... ja się do niczego wtrącać nie będę.
— Dlaczego?
— Na emeryturę pójdę... Sapiejewski poczciwy ma słuszność... Stary inwalid jestem, do zegarów, do tabaki kręcenia, do pulki jeszcze od biedy, ale już nie do gospodarstwa. Oddaję ci je też, mój Karolu, zupełnie...
— Ale przecież rady mi ojciec nie odmówi.
— Ha, jeżeli potrzebować jej będziesz... I ty także, spodziewam się, nie weźmiesz mi za złe, że o pogodnym dniu, wziąwszy kij do ręki, powlokę się w pole, aby się twojej pracy przypatrzyć.
Nie wspominano już więcej o sprzedaży. Po tej rozmowie z dziećmi pan Mikołaj prawie odmłodniał, aż panna Weronika wydziwić się nie mogła, skąd staruszek ma ciągle tak doskonały humor. Przekomarzał się z nią ciągle, żartował, obiecywał, że jej na imieniny złotą tabakierkę kupi, ale poczciwa stara panna nie zważała na te przycinki, zadowolona, że starowina wesół jest i nie zrzędzi, jak dawniej.
Pan Symplicyusz tymczasem zwijał się, jak mucha w ukropie. Ciągle był w drodze, ciągle czynny. Deresza swego pędzał bez litości, to też konisko, spasione jak wał podczas pobytu w Czarnej, schudło tak, że można mu było żebra przez skórę policzyć.
Bo też i ogromny kawał drogi pan Jajko na swojej dwukołowej biedzie przejechał, był nad Wisłą, nad Bugiem, a nawet i za Bug się przeprawił, do tej swojej fortuny, o której nikt nie mógł dowiedzieć się, gdzie jest. Posprzedawał swoje koniki, co je tu i owdzie miał, pościągał należności od ludzi. Niewielkie były te sumki, ale liczne, więc razem utworzyły całość sporą.
Pan Symplicyusz, gdy już ją całkowicie zgromadził, zaszył skarb swój pod podszewkę surduta i najbliższemi drogami prosto do Czarnej pośpieszał.
Jechał dniami i nocami, tyle się tylko zatrzymując, ile zmęczona szkapa wymagała. Przez drogę rozmyślał o Maciejowie, którego nabycia był pewny, o Witoldzie, Michasi, to znowuż cofał się myślą w przeszłość, w tę przeszłość, o której nigdy mówić nie lubił, a która, jak ludzie powiadali, była burzliwa, romantyczna i pełna ciekawych przygód.
Rozpamiętywał stary szlachcic te chwile dawno, dawno już upłynione — i naprzemian to wzdychał, to uśmiechał się znów pod wąsem. Wzdychał za tem, co już minęło, przeszło i nie powróci nigdy, a uśmiechał się do owej nadziei, która do ostatniej chwili życia człowieka nie opuszcza i ciągle, jak czarodziejka prawdziwa, roztacza przed oczami jego wyobraźni najpiękniejsze obrazy...







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.